PODATEK OD WIOSNY

– Jeszcze w tym roku wprowadzają podatek od wiosny… Głupia sprawa, bo nie da rady powiedzieć, że się nie korzysta…/- O, tyle im zapłacę! Ewentualnie mogę im odstąpić 1% od dochodów, ale w naturze; rurka, grabie, albo takie tam…/- Grabi to może nie, bo i bez nich sobie radzą…

Czterech wolnych ludzi grzało się w promieniach słonecznych na ledwo wystającej framudze okna punktu fryzjerskiego. Piąty, zakapturzony, stał  niczym dyrygent i podrzucał bieżące tematy. Słońce ich lubiło i to z wzajemnością. Z czeluści kieszeni wyciągali kolejne skarby, by wyłuskać z nich znalezione wcześniej pety i nabożnie rozpalać.

– Paczcie jaką ma brykę… Pokazał na starszego pana wysiadającego z eleganckiego auta…/- Będzie miała z siedem zer, a karoseria jak u dzierlatki…/- Mało jeżdżona… Gość na odwyku… Pewnie mu lekarz zabronił…/- Pamięć już nie ta, zapomniał…

Samochód był nowy, ale w środku siedziała elegancka starsza pani, najwyraźniej żona kierowcy.

– Może zagadamy? Gość poszedł na pocztę, to mamy jak nic godzinę./- Od kiedy ty taki szybki? Wczoraj była okazja zaciągnięcia kredytu bezzwrotnego, to najpierw stwierdziłeś, że załatwisz a potem, że sąsiadek nie ruszasz…/- E… Mgła mi po nocy z oczu nie opadła. Nie rozpoznałem od razu …/- Ona nawet chciała pogadać…/- Jej tylko jedno w głowie… Koniecznie chce mi jakąś robotę załatwić… A ja mam zasady… Na emeryturze nie pracuję./- Przecież to emerytura twojej matki!/- I co z tego? Jaka to różnica?/- Taka, że swojej to na 100% nie dożyjesz!/- Nawet nie zamierzam. Nie będę sępił na biednym narodzie.

Jeden z siedzących wstał. Masując pośladki poszedł obok przed wystawę księgarni. Myślałem, że tam sobie siądzie, ale z wyraźnym zainteresowaniem zaczął oglądać wyeksponowane woluminy.

– Widzieliście jaki literat!/- Szkoły ma, to co mu żałujesz…/- Poszedłby do monopolowego, tam są fajniejsze tytuły… Jakby się wciągnął, to mógłby wziąć udział w akcji „Cała Polska czyta dzieciom”… A my, sierotki, chętnie byśmy posłuchali…/- Kiedy kelnerowałem w Forum to po pracy chodziliśmy czytać do takiej zdechłej speluny bez okien… Trzeba się było odchamić po tylu godzinach luksusu… Pracowała tam taka jedna bez przednich zębów… Chcieliśmy się zrzucić na protezę…/- E, dajcie panowie spokój. Szkoda waszych emocji. Takie butelki teraz robią, że proteza nie wytrzyma…/- A złota? Złoto przecież jest bardzo kowalne…/- Skąd tu złotą wziąć?/- Na ręczniaku gość wczoraj miał za jakieś marne grosze…/- Ale ja Goldwasser nie pijam.

– Paczcie! Wchodzi do księgarni! Odbiło mu czy co?

Doskoczyli do szyby i zaczęli komentować./- Książkę bierze! Nawet dobrą stroną…/- Uczony to wie…/- Jaka gruba!/- Chowaj i chodu!/- E, idzie do kasy!/- A kasa skąd?/- Przecież ma rodziców…/- To my z nim siedzimy, zwierzamy się z miłości do procentów, a ten wydaje na jakąś makulaturę!

Kumpel wyszedł z księgarni. Otoczyli go szczelnie miotając oburzeniem:

– Odbiło ci!? Tyle picia stracić!/- Spoko… Kupiłem kodeks karny. Obronię nas przed podatkiem od wiosny.

 

Reklamy

DZIEJE ZWYKŁEJ PRZYJAŹNI

Żeby dostać się do prywatnej szkoły Sióstr Felicjanek, trzeba było chociaż rok zaliczyć w ich przedszkolu. Ja uczęszczałem tam od początku, razem ze swoim starszym rodzeństwem. Byłem przedszkolakiem z wieloletnim stażem, kiedy K. dołączył do nas.

Już w grudniu Mikołaj wręczył wszystkim dzieciom standardowe paczki ze słodyczami. Ktoś dostał prezent bardzo szczególny, narty,  albo coś w tym stylu. Ktosiem był K.

Ciekawa ksywka przylgnęła do niego, kiedy zaczynaliśmy piłować literki w pierwszej klasie. Trochę mu jej zazdrościłem. Na mnie wołano „osa”, a na niego „lak, lyba, lynek”. To był wynik dziecięcego niewymawiania „r”.

Przed szkołą, jak zjawa z innego świata, pojawiał się elegancki wartburg, jedyny samochód w okolicy. To K. był nim przywożony na zajęcia.

Zimą, po upaństwowieniu szkoły (3 klasa), doszło do walki na śnieżki. Ktoś z braku amunicji użył lodu. Lód trafił w głowę schowaną pod skórzaną pilotką. Tym razem nie wiadomo kto był ktosiem, ale kontuzjowanym z raną ciętą i krwotokiem był K. Potężna awantura przeleciała po szkole, winnego nie ustalono.

Nasze męskie przyjaźnie nie były jeszcze do końca ukształtowane. W wyniku przeróżnych przepychanek i bijatyk przegrupowywaliśmy się co chwila. Zawsze jednak potrafiliśmy się zjednoczyć przy wyborze którejś z dziewcząt na obiekt chłopięcego pożądania i bohaterkę opłotkowej literatury.

W ciepłe dni jeździliśmy do szkoły rowerami. Kolega dosiadał elegancką, młodzieżową damkę, ja jeździłem równie dobrym sprzętem po starszym rodzeństwie, z różnego rodzaju terkotkami własnej konstrukcji.

K. grywał w piłkę na pustych placach z kolegami z sąsiedztwa. Mnie ten sport mniej pociągał. Kiedy uprawiałem go ze starszym bratem to ten obsadzał mnie zawsze na nudnej bramce. Kręciliśmy się po okolicy zacieśniając przyjaźnie. Któregoś słonecznego dnia K. zaprosił mnie na basen w swoim ogrodzie. Było pięknie. Wtedy poznałem jego wujka, starszego pana, który perfekcyjnie pielęgnował ogród i zajmował się wszelkimi pracami gospodarczymi. Opowiadał nam fascynujące historie, m.in. o tym jak rozbrajał potulnych Niemców wraz zakończeniem I Wojny Światowej. Od niego usłyszałem jakże filozoficzne zdanie: Przycinając coś na wymiar trzeba to kilkakrotnie zmierzyć, a i tak wyjdzie za krótko…

W domu K. pracowała wtedy młodziutka gosposia, fanka mini spódniczek. Wujek z upodobaniem upuszczał klucze, ona schylała się po nie, a on cieszył oko wdziękami młodości.

Nasza przyjaźń z K. nabierała mocy. Robiliśmy wspólne wypady do centrum Warszawy by poznawać topografię miasta. Jeździliśmy pociągiem, bo wtedy, było to najszybsze połączenie. Bywaliśmy na Brzeskiej, gdzie jego rodzice prowadzili sklep. Za każdym razem posyłali nas po bazarowe pyzy, których smak do dziś pamiętam.

W szkole podejmowaliśmy się wspólnie różnego rodzaju prac. Któregoś razu kleiliśmy w domu K. gazetkę ścienną. Zeszło się do północy. Wracałem przez cztery ciemne place. Szedłem po przekątnej, gdy zobaczyłem na drugiej przekątnej zawoalowaną kobietę idącą w moim kierunku. W miejscu przecięcia naszych dróg postać przemówiła: – Która godzina? – Trochę po północy… Odpowiedziałem, a wszystkie włosy stanęły mi dęba. Postać minęła mnie. Obejrzałem się… Nikogo nie było! Dalszy odcinek do domu pokonałem z szybkością światła. Nikt nie uwierzył w moją przygodę. Cóż, duch to duch…

K. dostał ponton. Zaczęły się wycieczki nad Zalew Zegrzyński i na różne glinianki. Jego tata był wędkarzem. W Pyrach pierwszy raz trzymałem w ręku spinning. Najwyraźniej nie był on moim przeznaczeniem. Bez przerwy zaplątywałem żyłkę, by na koniec ją zerwać. Taki stan utrzymałem po dziś dzień, bo w 2014 roku identycznie mi się łowiło.

W czasach Beatlesów mieliśmy incydent muzyczny. Dobraliśmy się we czterech. K. znający język angielski, nadał nam nazwę The Blue Birds. Odbywaliśmy systematyczne próby. W całej działalności zespołu było kilka drobnych mankamentów… Tylko jeden z nas potrafił grać i to niestety na akordeonie. Mieliśmy na szczęście jeszcze talerz od perkusji, więc umiejętnie kładliśmy go pod nogę akordeonisty, a ten wystukiwał nim dodatkowo rytm. Nikt z nas nie potrafił tego lepiej…

W czasie prób K. zaczął interesować się siostrą naszego jedynego muzyka, u którego ćwiczyliśmy. To zaważyło na trudnej, ale demokratycznej decyzji. The Blue Birds przestało istnieć.

Bywaliśmy u mojego stryjka na Saskiej Kępie. Przedwojenny sędzia grodzki wspominał Syberię, na którą trafił  jako pierwszy delegat do Armii Radzieckiej o pomoc dla powstania. Legionista, akowiec i Sybirak był radcą prawnym Ministerstwa Kultury. Dzięki temu mieliśmy bilety na różnego typu imprezy. W cyrku siadaliśmy w loży honorowej…

Nasze pierwsze miłości… Od jednej zakochanej dziewczyny K. dostał stary, srebrny zegarek z dewizką i pięknie grawerowanymi kopertami. Te cudo przestało cykać,  a byliśmy właśnie pod nowym zjazdem z mostu Poniatowskiego… Postanowiłem poratować kolegę i na ławce wśród traw otworzyłem polowy zakład zegarmistrzowski. Scyzorykiem wdarłem się do środka zegarka. Kombinowałem tak długo, aż jak z katapulty wyskoczyła sprężyna z trybikiem. Pocisk niestety wpadł w gęste trawy. Jakoś udało mi się zamknąć zegarek a K. niezwłocznie postanowił go oddać właścicielce. To nie była moja pierwsza ani ostatnia reperacja. Mój zegarmistrzowski zapał nigdy nie kończył się pozytywnie.

W opisanej naprawie zaleta była taka, że nie zostały mi w ręku żadne części.

Co do suwenirów od naszych miłości to sytuacja na tyle się zmieniła, że K. podsumował ją tak:

– O co chodzi? Czy to moja, czy twoja dziewczyna, to podarki trafiają wyłącznie do ciebie…

– Też tego nie rozumiem, ale  to mi nie przeszkadza.

Przed egzaminami do ogólniaka umarł ojciec K. Starałem się jakoś go pocieszać i jeszcze częściej bywałem w jego domu. Zawsze było coś do przegadania albo zrobienia. Jazdy rowerowe uzupełnialiśmy jazdami motorowerowymi. K. był urodzonym rajdowcem. Kręcił kółka, skakał po górkach, najeżdżał z impetem na drzewo stwierdzając; – Lubię, jak mnie tak telepie!

Miał psa-boksera, emerytowanego medalistę. Ja miałem piękną bokserkę-znajdę.- Swatamy? No i zeswataliśmy. Psy szczepiły się u K. na podwórku, a my spanikowaliśmy. nie wiedząc, że tak to u nich bywa. Nagabywani telefonicznie znajomi radzili, by im stawiać osobne miski, nakłuwać szpilką… Wróciła z pracy mama K . – Jaki ten twój piesek piękny, a jaki wesoły! Przeraziliśmy się wizją radośnie szczepionych psów, ale okazało się, że było już po wszystkim.

Wraz z ukończeniem szesnastego roku życia K. zdobył prawo jazdy. Dla szlifowania swoich umiejętności kupił stare DKW, które musiał pilnować przede mną, bo uporczywie chciałem je przerobić na kabriolet odpiłowując dach.

Kolejnym jego pojazdem był biały maluch. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu w domowym garażu, gdzie K. nieustannie przerabiał, rasował silniki, drapał i lakierował jakieś samochodowe części. Zaangażował się w rajdy samochodowe. Czasami pełniłem rolę pilota. Po jednej z anińskich prób pokonania piaszczystego Delmaka (górka w Aninie) wyciągał nas koniem okoliczny rolnik…

W ogólniaku tworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma kolegami. Mieliśmy zajęcia na polowej strzelnicy (górka Delmaka). Jeden z naszych niósł tarczę i wyłamał się z szyku, bo piasek zaczął mu się wsypywać w nowiutkie lakierki. Nauczyciel Przysposobienia Obronnego wezwał go do siebie przed szpaler złożony z około czterdziestu uczniów. Zamachnął się wyciorem od kbks. Metrowy, hartowany pręt przeciął koledze palce. „Wojsko” stało sparaliżowane. Trąciłem K. i drugiego kumpla mówiąc: – Wychodzimy! Pobiegliśmy do ranionego kolegi, który w nerwach szukał kamienia, by się odwdzięczyć. Nauczyciel był bokserem i ciężarowcem. Nie mieliśmy z nim szans, bo na sparaliżowanych kolegów nie mogliśmy liczyć…

W tym czasie w domu K. gosposią była starsza pani przepysznie gotująca i niesamowicie wyrozumiała dla wszystkich naszych młodzieńczych szaleństw. Tak się zaprzyjaźniliśmy, że później na moim weselu odśpiewała a cappella piękną  przyśpiewkę podlaską…

K. trafił do wojska. Z jego mamą z okazji przysięgi pojechaliśmy do Katowic. Młodego żołnierza przenieśli do Warszawy. Byłem w jego jednostce na tzw lewiźnie, czyli przez płot. K. przygotował transakcję pomiędzy dwoma zbieraczami staroci, mną i dowódcą jego kompani.

Kiedy trafiłem do Marynarki Wojennej, on, będąc już w cywilu, znalazł się na terenie mojej jednostki również nielegalnie i w dodatku samochodem. Załatwiłem mu wyżywienie i nocleg w marynarskiej kanciapie. Z jego strony był to wyjazd typowo turystyczny.

K. zaczął latać do Londynu. Z jednej z takich wypraw przywiózł tajemnicze nasiona. Zasiał w doniczce i uporczywie podlewał. Roślinka rosła rozcapierzając swoje piękne zielone liście. Kiedy zaczęło jej być za ciasno, K. przesadził ją do ogrodu, gdzie rosła i rosła… Przerosła dom, podwiązane sznurki przestały jej zapewniać stabilność. K. przystąpił do żniw, szatkowania i suszenia. Nie było mnie w tym czasie w Warszawie i nie dostąpiłem degustacji, ale z relacji smakujących wynikało, że trawka nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

W czasach hippisowskich mieliśmy spore kolekcje winyli. K. swoją gdzieś zapodział, moja uprzyjemnia mi życie do dziś. Wtedy przerobiliśmy jedno z pomieszczeń strychowych na pokój dzieci kwiatów. Oj, działy się tam różności… Wracając z czyichś zimowych imienin postanowiliśmy przedyskutować wieczór w naszym Wawer Hippi Center. K. wszedł oficjalnie, reszta miała wspiąć się po rynnie, by nie budzić domu. Kiedy byłem już na szczycie rynna odpięła się i z przeraźliwym hukiem wylądowałem w różach wystających ze śniegu. Chyba obudziłem nawet sąsiadów. Gospodyni zdziwiona stwierdziła: – Przecież macie klucze…

K. studiował filozofię przyrody. Pewnego dnia oznajmił, że jedzie na sympozjum naukowe do Lublina.

– Do Lublina? Może dam ci kontakt. Wujek jest tam komendantem milicji największej dzielnicy. – No, coś ty. Jadę w celach naukowych.

Wrócił dużo później niż zamierzał. – Co się stało? – Wykrakałeś! Poszliśmy wieczorem do kawiarni i kiedy zasmakowaliśmy w koniaczku dotarła do nas wieść, że w pobliżu jest dyskoteka. Z kieliszkami w rękach postanowiliśmy zmienić lokal. Przed dyskoteką stał bramkarz, taki osiłek, szafa gdańska. Nie chciał nas wpuścić, więc chlusnąłem mu koniakiem w twarz… Odpowiedź wbiła mnie z nadprzyrodzoną siłą w jakiś kąt. Kiedy się ocknąłem byliśmy już wszyscy aresztowani i wieźli nas do żłobka. Zabrali nam ciuchy, zrobili dyngusa i ubrali przykrótkie komże, takie że z daleka można było ustalić płeć. To była niedziela i w naszej noclegowni nocowała jeszcze prostytutka w identycznym stroju. Rano sprawa. Bramkarz zeznawał jako poszkodowany i do tego pobity przeze mnie. On w idealnym sanie a o mnie lepiej nie mówić…

Mniej więcej w tym samym czasie K. podarował mi czaszkę po trepanacji. Podobno zaczęła przeszkadzać domownikom, a ja właśnie potrzebowałem prawdziwie martwej natury do wprawek z rysunku. Ćwiczyłem w przerobionej na atelier komórce i to czasami do późnych godzin nocnych. Któregoś razu spiąłem czaszkę gumkami, by stanowiła całość na specjalnie drapowanym podeście i odszedłem do sztalug. Zdążyłem jedynie chwycić ołówek, a mój model równo z wybiciem północy przez babciny zegar, runął z hukiem na ziemię. Wróciłem, złożyłem, chwyciłem ołówek i znowu! Przecież duchów nie ma… Już z mniejszą pewnością powtórzyłem czynności a kiedy po raz trzeci wszystko się rozleciało, to nic nie sprzątając zgasiłem światło i pobiegłem do domu spać.

Rano złożyłem czaszkę chowając ją do kartonika. Świadomość posiadania tak nietypowego eksponatu trochę mi przeszkadza. Zadzwoniłem do K. z propozycją zwrotu. W odpowiedzi usłyszałem: – Mój drogi, prezentów się nie oddaje.

Sprawa ułożyła się współcześnie. Prowadziłem zajęcia z ceramiki i jedna z moich uczennic stwierdziła, że ma kolegę lekarza, który może być zainteresowany moim unikalnym obiektem. Po kilku dniach potwierdziła wiadomość i zabrała paczkę. Po następnych zadzwoniła: – Kolega stwierdził, że w jego całym instytucie nie ma tak dobrze zachowanej czaszki. Pyta, ile ma zapłacić? – Nic, ja ją dostałem i przekazuję dalej.

Następnego dnia wręczyła mi tabliczkę czekolady. To była czekolada najdziwniej smakująca…

Ożeniłem się pierwszy. K. był moim świadkiem i woził mnie po plenerach Królikarni i lasów wawerskich na ślubne sesje fotograficzne.

Rok później on brał ślub. Oczywiście byłem świadkiem i też oddałem się do dyspozycji nowożeńców. Jadąc z Panem Młodym po wiązankę mieliśmy wypadek. K. rozbił głową przednią szybę. Poturbowany ledwo się ruszał podczas ślubnej ceremonii…

Nasze wzajemne świadkowanie i wszystkie dodatkowe okoliczności okazały się szczęśliwe.

W związkach małżeńskich trwamy nierozerwalnie już prawie czterdzieści lat.

2018 rok to jubileusz naszej sześćdziesięcioletniej znajomości.

Ciężko opisać taki szmat czasu, bo materiału jest na dorodną książkę. Chciałem ograniczyć się do jednej strony. Nie wyszło. Wiele faktów z naszej przyjaźni zamknąłem już wcześniej w swoich tekstach. Tym opowiadaniem chciałem podkreślić szczególny jubileusz.

Trzymaj się K. i oby tak dalej.

 

UWAGA, PRIMA APRILIS!

Mamy przed sobą ciekawy dzień, 1 kwietnia. To pierwszy dzień świąt, ale i Prima Aprilis… Chyba trzeba będzie zachować daleko idącą ostrożność…

Zawsze ceniłem żarty, ale nie zawsze te z pierwszego kwietnia i nie zawsze żartem cieszyły się obie strony.

Jeszcze w wieku przedszkolnym podsuwałem grzecznie dziadkowi krzesło, by wygodnie usiadł. Kiedy siadał gwałtownie mebel wycofywałem. Ubawiłem się wtedy swoim pomysłem szczerze. Dziadek i rodzice na dowcipie się nie poznali.

Czasami bywało, że konsekwencji żartu nie potrafiłem przewidzieć. Pięć lat starszy kolega dostał kolarzówkę i kręcił wokół nas honorowe kółka. Wcisnąłem mu radośnie hamulec, a że okazał się to hamulec przedni, to przerażony kolarz wywinął spektakularnego orła. Już wtedy poznałem podstawową zasadę filmu komediowego, że po pięknym upadku, następuje jeszcze piękniejsza ucieczka.

W naszym kościele mieliśmy bardzo nobliwego księdza. Pozornie nie widział on i nie słyszał naszych ministranckich figli. Rozliczenie następowało w odpowiedniej chwili. Nie tracąc powagi sytuacji potrafił tak chlapnąć kropidłem w twarz, że wcześniejszy rozrabiaka ledwo łapał powietrze od nadmiaru święconej wody. Pomimo tego typu represji nie rezygnowaliśmy ze spektakularnego huśtania się na kościelnym dzwonie, wsypywania kapiszonów do kadzielnicy, czy podstawiania nogi koledze wracającemu z pełną tacą drobniaków.

Wraz z rozwojem cywilizacji rozwijał się i żart. Kiedy w latach sześćdziesiątych zainstalowano w naszym domu telefon, to jednym z pierwszych żartów był dialog:

– Czy to pan Zając?
– Tak.

– Piw! Paw!

Na apelu w szkole podstawowej kierownik-komunista grzmiał:

– Jeśli do jutra nie przyzna się ten, kto wysmarował tablicę tłuszczem, to uznam incydent za sabotaż, a klasa, w której miał on miejsce, nie pojedzie na wycieczkę!

Jak to w takich razach bywa, winny się nie przyznał, ale podkablował go kolega. W pierwszej fazie żartu zazdrościłem nowatorskiego pomysłu. Kiedy jednak nastąpiły szykany, to cieszyłem się, że projekt nie był mojego autorstwa.

W szkole średniej żarty weszły w okres dojrzewania i bywało z nimi różnie. W trakcie sprawdzania obecności na geografii, przy nazwisku jednej z ładniejszych dziewczyn (nieobecnej) profesor rozpoznał głos w zastępstwie i zapytał:

– A gdzie ona jest?

– A w ciąży, panie profesorze!

Trochę dalej poszedł znajomy Kaszub, który wykorzystując swoje umiejętności w podrabianiu pieczątek, wstemplował przyjacielowi do dowodu osobistego (książkowego jeszcze) dwoje dzieci. Żart okazał się ponad czasowy, bo obecna żona właściciela tego dowodu do tej pory nie wierzy w fikcyjność potomstwa.

Adaś, młodzieniec prawidłowo dojrzewający, umówił się z rówieśniczką na wymianę wiosennych uniesień. W tym celu wybłagał u przyjaciela klucze do domku rodziców w pobliskim Ogródku Działkowym. Wymiana uniesień toczyła się pomyślnie, do czasu gdy na działce pojawił się właściciel-senior. Włożył klucz by otworzyć zasuwkę, przekręcił, a Adaś myk, przekręcił z powrotem. Akcja powtórzyła się kilkakrotnie.  Wreszcie zrezygnowany właściciel odjechał do domu po odpowiednie narzędzia.  Może to nie żart, ale sytuacja chyba komediowa.

W akademiku toruńskim (lata siedemdziesiąte) kolega w tubkę po paście wcisnął krem do rąk…Trafiło na mnie, okropność.

W wojsku, podoficer zawodowy, zaczął nachalnie częstować nas papierosami. Dobrze znaliśmy jego skąpstwo i zachowaliśmy czujność, poza jednym kolegą:

– A, od obywatela plutonowego z przyjemnością!

Po pierwszym zaciągnięciu papieros wybuchł osmalając twarz przerażonemu palaczowi. Podoficer szalał ze śmiechu, a obdarowany ledwo powstrzymał pięści…

W ten nadchodzący Prima Aprilis chyba lepiej zachować ostrożność, bo przecież zaraz dnia następnego mamy lany poniedziałek i może być różnie.

KAC

Moje pierwsze zetknięcie z Kacem miało miejsce w szkole podstawowej. Nie, wtedy nie popijałem; po prostu mój kolega nosił takie nazwisko. Kiedy  jednak  skończyłem osiemnaście lat, wszedłem w okres „smakowania pełni życia” i …  poznałem tradycyjne znaczenie tego słowa. Skorzystałem  nawet z popularnej metody walki z tego typu zjawiskiem – klin klinem. Ale na szczęście szybko  zrozumiałem  jej wadliwość:  pozwala  ona wpaść ratującemu się w pętlę nieskończoności, a to już jest mało ciekawe…

W czasach wczesnych prób i błędów doznałem szczególnego przypadku. Kiedy wybudzałem się z  przeżyć imieninowych, nieporadnie wracając do rzeczywistości, objawił mi się… Anioł Stróż. Uniósł mnie w górę i z lotu ptaka pokazał porzucony na kanapie wrak człowieka. Obraz zbliżał się i oddalał, jakbym szybował nieustająco. Po wielu latach dowiedziałem się, że to typowy objaw zapadania w śmierć kliniczną;  a przecież to były tylko niewinne imieniny…

Wrócę jednak do obrazu normalnego kaca, który z  nadprzyrodzoną siłą prowadzi człowieka do lodówki, by tam sięgnął po taki cud natury jak ogórki konserwowe. Gdzieś z tyłu głowy pojawia  się wtedy wielosłowie:

– I po co ci to było?

– Mogłeś przestać w odpowiednim momencie…

– Teraz masz za swoje!

Przegryzane ogórki zagłuszają zgryźliwe uwagi, ale nie do końca.

Pulsujące złośliwości powracają i nic z nimi nie można zrobić, bo najwyraźniej jest to głos sumienia, a ono potrafi być naprawdę upierdliwe… Nic nie jest w stanie go zagłuszyć. Ani łapczywie przełykana zalewa ogórkowa, która na nosie zostawia  gałązkę kopru, ani rozpryskujący się o podłogę słoik. Z sumieniem ciężko wygrać, trzeba uciekać się do podstępu… Może wpadnięcie w wir pracy zacierania śladów  po przyjęciu? Ale talerze potrafią tak o siebie dzwonić i w takiej wysokiej tonacji… Może szum wody! Ale sam, tylko on,  bez jakichkolwiek brzęków…! Może wanna, pełne zanurzenie i takie dźwięki, jakby delfiny szły nam z pomocą…

Jeszcze za komuny współczułem katowiczanom rejestracji samochodowej, z której krzyczały trzy litery: KAC! Bolesne, przynajmniej w takich właśnie sytuacjach jak powyżej, a profilaktyka żadna.

Dyskutując z własnym sumieniem doszedłem do wniosku, że temat przedawkowania jest bardzo stary. W podstawówce omawialiśmy fraszkę Kochanowskiego (XVI w.) na temat beztroskiego pijaństwa.

Zastanawia mnie, dlaczego wielki poeta nie opisał kaca, przecież miałoby to naprawdę wychowawczy wpływ i może teraz bylibyśmy społeczeństwem w zupełnie innym miejscu…

O DOKTORZE HISZPANIE

 – Nasz dobry doktor spać się od nas bierze,
Ani chce z nami doczekać wieczerze.
– Dajcie mu pokój! najdziem go w pościeli,
A sami przedsię bywajmy weseli!
– Już po wieczerzy, pódźmy do Hiszpana!
– Ba, wierę, pódźmy, ale nie bez dzbana.
– Puszczaj, doktorze, towarzyszu miły!
Doktor nie puścił, ale drzwi puściły.
– Jedna nie wadzi, daj ci Boże zdrowie!
– By jeno jedna – doktor na to powie.
Od jednej przyszło aż więc do dziewiąci,
a doktorowi mózg się we łbie mąci.
– Trudny – powiada – mój rząd z tymi pany:
Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany.

 

KŁOPOTY WYCHOWAWCZE

W piaskownicy piasek nie każdemu służy… Chłopczykowi zabrano łopatkę, bo uderzył nią koleżankę w głowę. Rozpacz ograbionego trwała krótko. Zaczął ciskać piaskiem. Nastąpiło wyprowadzenie agresora z piaskownicy.

– Zachowujesz się bardzo nieładnie. Musisz opuścić piaskownicę, bo dzieci nie mogą się przez ciebie bawić.

Perswazja nie udała się. Chłopczyk padł na piach i krzycząc, że nigdzie nie pójdzie, jął  okładać Matkę Ziemię wszystkimi kończynami.

W odległych czasach mojego dzieciństwa, nasze opiekunki przedszkolne (zakonnice), chwytały takiego delikwenta i wynosiły w bezpieczne miejsce. Jeden z takich systematycznie wynoszonych wywodził się z rodziny tzw. patologicznej. Jego nieznośność doprowadziła do tego, że przywiązywany był za nogę do fortepianu. Taki rodzaj aresztu pozwalał pozostałym przedszkolakom prawie normalnie egzystować. Prawie, bo aresztant odbijał sobie wykrzykując zasłyszane w domu różne potoczne powiedzenia. My, świętoszki udawaliśmy, że nic nie słyszymy i pilnie oddawaliśmy się codziennym zajęciom.

W beztroskich latach, kiedy upaństwowiono naszą szkołę podstawową prowadzoną przez siostry zakonne, przyszło nam zderzyć się z siłą proletariatu. Przed pierwszą lekcją jak zwykle czekaliśmy na nauczyciela. Kiedy zaczął wchodzić wszyscy wstaliśmy, a dyżurny intonował poranną modlitwę…

– Co wy mówicie! Nie widzicie, że tu nie ma żadnego krzyża, tylko wisi nasz Pierwszy Sekretarz i Premier!

Siła przyzwyczajenia zrobiła swoje, ale szybko przestawiliśmy się na nowe tory.

Zniknęła część naszych kolegów dojeżdżających z krańców Warszawy, bo zaczęła obowiązywać rejonizacja. Na ich miejsce pojawiły się orły, które do tej pory omijaliśmy szerokim łukiem na naszym  osiedlu. Zlikwidowano kaplicę i wszelkie oznaki wiary katolickiej. Z całego personelu ocalała jedynie woźna, która dalej dla nas była przemiłą osobą. Kierownik szkoły, o głębokich przekonaniach politycznych, potrafił wyłuskiwać spośród nas najbardziej nieznośne przypadki i dotkliwie karcić je na porannych apelach szkolnych.

Takim przypadkiem był oczywiście wcześniej wspomniany przywiązywany do  fortepianu. W naszych nowych szkolnych realiach awangardowo wręcz wyprzedzał różnego typu przestępcze warianty. Jednego dnia był karcony za spowodowanie powodzi w męskiej łazience, drugiego dnia ścigano go za jej podpalenie. Jestem przekonany, że gdyby nauczyciele inaczej spojrzeli na jego pomysłowość, to mielibyśmy teraz kolejnego laureata nagrody Nobla.

W okolicach Wielkanocy wymyślił proste działko wodne. Otóż wygrzebał na śmietniku Fabryki Wyrobów Gumowych metrowe wentyle do rowerów. Jeden koniec zawiązał i przeciągnął przez spodnie, koszulę i prawy rękaw. Wystającą niezawiązaną końcówkę umieścił na kranie i całość napełnił wodą tak, że wodna parówka ułożyła mu się wygodnie wzdłuż ciała. Wbrew pozorom w wentylu mieściło się sporo wody pod dużym ciśnieniem. Z takim elastycznym urządzeniem wychodził na zapełniony gawiedzią korytarz i oddawał wodną salwę w kierunku tłumu. Co  się wtedy działo  trudno opisać…

W tamtych czasach niesfornych uczniów ciągano za uszy. Ten wynalazca miał je porządnie naderwane. My, świętoszki, popalaliśmy sobie w zaciszu podwórek domowych i raz nawet w wyniku dziwnego donosu też trafiliśmy do gabinetu kierownika. Przyjął nas częstując papierosami, ale jakoś nikt nie miał ochoty zapalić. Skończyło się na nieoficjalnej naganie.

Ten przywiązany do fortepianu (ale nie muzyk) zabawiał się ogniem na różne sposoby. Oczywiście palił papierosy i różnego typu kopcie w szkolnym kibelku, ale lubił też podpalać śmietnik, z którego dym wędrował prosto do otwartych okien podstawówki… Z czasem genialny umysł zawiązał tajne kółko pirotechniczne. Na zakonspirowanych zebraniach konstruował z wybrańcami klucze strzelające, puszki karbidowe, petardy i wreszcie rakiety. Prezesowi kółka przypisuje się również potężny wybuch na Resurekcjach, który ogłuszył i przepłoszył wiernych. W tym wypadku nasz bohater sięgnął już do najwyższej półki, czyli wyniesionych z wojska bardzo silnych środków wybuchowych…

Cóż, gdyby zaczynał w dzisiejszej piaskownicy, może trafiłby na właściwych nauczycieli i wyszedł na ludzi. Z tego co wiem nie wyszedł, a po różnego rodzaju wątkach kryminalnych trafił do piachu,  ale już nie w piaskownicy…

ROZPOZNAWALNOŚĆ

Zdarzyło się kilka razy, że zostałem rozpoznany gdzieś w świecie, gdzie nie przypuszczałem,  że ktoś może mnie znać. Jeżdżąc na wiejskie wakacje często słyszałem reakcję na mój widok:

– O, to ten mały od Lucjanów…

Dziadek umarł jeszcze przed wojną. Nie poznałem go osobiście i z początku nie kojarzyłem, że od Lucjanów to właśnie ja jestem, ale z czasem przywykłem.

Przy kumplach z wioski byłem wersją jakby bardziej wypasioną. Nie dość, że od Lucjanów to jeszcze z Warszawy. Nawet okoliczny proboszcz wiedział kto ja jestem i dodatkowo czule głaskał mnie po głowie kiedy umieszczałem na tacy przekazane mi przez dorosłych monety.

Kilka razy w życiu byłem  świadkiem sprzeczek, które kończyły się w dość teatralny sposób zdaniem:

– Pan nie wie kto ja jestem!

Zawsze kiedy mógłbym takiego zdania użyć, docierało do mnie wcześniej, że ja sam nie wiem kim ja jestem…

W wojsku przylgnęła do mnie opinia gościa który dużo może. Kilka razy, ku mojemu zdziwieniu, dowiadywałem się od starszych roczników, że gdybym chciał, to bym tu rządził. Może to dlatego, że zawsze miałem przy sobie jakąś książkę, albo czasopismo o sztuce, a jak wiadomo tajemnica budzi  respekt. Z tego powodu nie tylko koledzy marszczyli czoło w mocnym zamyśleniu, ale nawet oficerowie. Dodatkowo malowałem różnego rodzaju plansze, projektowałem różności na użytek najwyższych władz jednostki, czasami woziłem służbowe przesyłki jadąc na urlop do stolicy. To wszystko razem najwyraźniej było powodem okazywanego mi szacunku przez brać mundurową. Nawet, kiedy dyżurny oficer złapał mnie wracającego na kompanię z dziwnie przeładowaną teczką, sytuacja zakończyła się dość interesująco.

– Obywatelu mat co wy tam niesiecie?!

– Obywatelu bosmanie melduję, że to skórzana teczka!

– Pozwólcie do mnie, jeśli to nie wódka, to was puszczę!

– Melduję obywatelu bosmanie, że nie wódka!

– Co?! Co?! Co to jest?!!!

– Dwadzieścia piw obywatelu bosmanie. Nie wódka!

– Ilu was do tego?!

– Dwudziestu, obywatelu bosmanie!

– Odmeldować się i natychmiast wypić mi to świństwo!

– Tak jest obywatelu bosmanie!

– I przynieście puste butelki, bo jeszcze was ktoś zobaczy!

Butelek nie odniosłem, bo było nas do tej bateryjki nie dwudziestu a czterech, no i jakoś wyleciał mi  ten rozkaz z głowy… Teraz właśnie, po czterdziestu latach, jakby zdarzył się ciąg dalszy przygody wojskowej. Otóż postanowiłem popisać się ekologicznym podejściem do świata i sześć ciężko uzbieranych butelek od piwa poniosłem do sklepu oddalonego ode mnie o 800 metrów.

– Dzień dobry. Chciałem oddać opakowania szklane.

– A paragon jest?

– Jaki paragon? Nic pani nie mówiła przy zakupie, że mam przynieść paragon…

– Ale ja pana nie znam. Krysiu, znasz tego pana?

– To tylko przyjmujecie po znajomości?

– Przykro mi,  ale takie mamy wytyczne.

Opakowania zwrotne umieściłem w koszu stojącym przed sklepem. Niech sobie paniusie zarobią… I poszedłem zirytowany do księgarni w sąsiedztwie.

– O, jest pan. Już mamy książki, które pan zamawiał.

Dziwne. Dwa sklepy obok siebie, w jednym rozpoznają mnie już w drzwiach,  a w drugim kompletnie mnie nie kojarzą.

Trochę to przykre, bo urodziłem się w tej okolicy, nawet obserwowałem budowę obu sklepów w latach sześćdziesiątych, a tu takie buty…

Cóż, pozostaje się cieszyć, że to właśnie w księgarni jestem rozpoznawalny.

Kuba Sienkiewicz – Głowy Lenina

Z szerokim gronem przyjaciół byłem  w ostatnią niedzielę na koncercie Kuby Sienkiewicza  w Kinokawiarni Stacji Falenica. Cóż to był za koncert! Lekarz neurolog dał z siebie wszystko porywając widzów do wspólnej zabawy! Moją szczególną uwagę przykuł jeden z ostatnich utworów zatytułowanych „Głowy Lenina”

Lenin. Pierwsze z nim spotkanie datuję na okres mojego wczesnego dzieciństwa. Przyszywany dziadek obdarzył mnie piękną książką, ładniejszą nawet od elementarza starszego rodzeństwa… Wspólny z dziadkiem podziw nad urodą wydania popsuli rodzice, którzy stwierdzili:

– Nawet nie dotykaj tego dziadostwa!

Z czasem okazało się, że książka nosi tytuł „Dzieciństwo Lenina”…

Drugiego oficjalnego spotkania z Wodzem dostąpiłem na koloniach w Poroninie. Podziwiałem z rówieśnikami jego pomnik i salę pamięci. Byłem nawet dumny, że tyle go łączy z naszym krajem, choć koledzy różne mieli na ten temat zdania.

Ogólnie moją fascynację bardzo dobrze oddaje dowcip, w którym Jasiu chwali się przy całej klasie:

– Proszę pani, proszę pani,  a ja byłem z tatą w lesie i widziałem Lenina!

– Jasiu, a może to był jeleń?

– A może i jeleń…

Pierwsze lekcje historii w podstawówce zaowocowały wycieczką do muzeum Lenina w Warszawie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tam na ścianach jedynie  fototapety …

W ogólniaku przyjaźniłem się z córką ówczesnego prezydenta Warszawy. Jej bogato wyposażony pokój był miejscem przechowywania olbrzymiej kolekcji medali i popiersi Lenina. Byłem przekonany, że to nic nieznaczące dary pozyskiwane przez ojca w kontaktach z przedstawicielami ZSRR… Okazało się, że ten unikalny zbiór był przejawem  wyrafinowanego hobby mojej koleżanki.

W wojsku, jeszcze przed przysięgą, zgłosiłem się do reperacji rzeźby. Kolega wcześniej doświadczony wojskiem wpajał mi, że nawet gdyby potrzebowali kosmonautę, to mam się zgłaszać, bo fucha jest oddechem dla utrapionego obowiązkami wojskowymi młodego żołnierza. Rzeźba okazała się oczywiście gipsowym popiersiem Lenina.

– Ile czasu potrzebujecie obywatelu marynarzu na doprowadzenie dzieła do stanu nowości?

– Melduję obywatelu kapitanie, że w normalnych warunkach taka czynność zajmuje miesiąc.

– Co!!!??? Macie tydzień.

Stanęło na dziesięciu dniach, z których większość wykorzystałem na wyspanie się, nadrobienie zaległej korespondencji i czytanie. Kiedy koniec czasu renowacji nieubłaganie  się zbliżył, odczekałem by cała kompania opustoszała, wziąłem Wodza pod pachę, zaniosłem do łazienki, ustawiłem w korycie do mycia nóg i wyszorowałem szczotką ryżową i mydłem. Towarzysz Iljicz wyglądał jak nowy. Otrzymałem publiczną pochwałę oraz  przepustkę na miasto.

W drugiej połowie służby wojskowej miałem jeszcze jedną przygodę z Leninem. Tym razem imię światowego przywódcy rewolucji okazało się ksywką kolegi Kaszuba. Trafił on do wojska na trzy miesiące a potem został przeproszony i zwolniony. Wypłacono mu nawet odszkodowanie jako jedynemu żywicielowi rodziny, twórcy ludowemu i choremu na coś poważnego. Nie było to prawdą, ale kolega potrafił omamić wszystkich niczym sam Lenin.  Autentycznie też potrafił porywać tłumy i już w najbliższym czasie został najmłodszym prezesem spółdzielni wielobranżowej. Nam, swoim  przyjaciołom, zapewniał ekscytujące rozrywki. Woził nas taksówkami a nawet samolotami. Dbał o karierę tak zajmująco, że w równie młodym wieku opuścił nas na zawsze.

Kiedy usłyszałem utwór Kuby Sienkiewicza „Głowy Lenin” wszystko to co napisałem wyżej stanęło mi przed oczyma i doszedłem do wniosku, że piosenka jest idealnym podsumowaniem mojej z Leninem znajomości.

______________________

Koncert z cyklu Wieczory z Piosenką Niegłupią perfekcyjnie rozśpiewał dwoma piosenkami i zapowiedział przeuroczy Tomek Krzymiński.

A tu właśnie ta piosenka :  www.youtube.com/watch?v=IUwyMyWW88c

MAREK ŁAWRYNOWICZ W ANINIE

Kiedy dowiedziałem się, że w anińskim klubie ma być spotkanie autorskie z Markiem Ławrynowiczem nie mogłem nie pójść. Są między nami dwa lata różnicy, ale uczyliśmy się w tym samym anińskim ogólniaku. Był bohaterem szkolnych opowieści. Można powiedzieć, że znałem go od dawna.

Po ukończeniu edukacji pracował jako robotnik, cukiernik, bibliotekarz, satyryk… Jest pisarzem, dziennikarzem, poetą, autorem bajek dla dzieci. Czyżby to Anin miał taki wpływ na ludzi…

Nasz ogólniak swoją lokalizacją namawiał do otwartego myślenia. Docierając do szkoły w ciepłe dni mieliśmy zawsze wybór: lekcje, las. Wystarczyło tylko czyjeś hasło a oficjalna edukacja szła na plan dalszy. Nie musieliśmy mieć telefonów komórkowych. W tej sprawie mieliśmy wyostrzoną telepatię. Taka filozofia najwyraźniej nie była też obca bohaterowi literackiego spotkania.

Marek Ławrynowicz przed przeczytaniem fragmentu jednej ze swoich książek, zaznaczył, że każdy literat ma prawo do fikcji. On również. Stwierdził, że tekst o jego ulubionym profesorze geografii Tiutaju, niezupełnie odpowiada prawdzie…

Fragment przywrócił mi pamięć o profesorze, który z jednej strony był dość wymagający a z drugiej pozwalał na wiele rozbrykanym uczniom. W książce autor wspominał podstępny sposób delegowania przez klasę atrakcyjnej koleżanki do pierwszej ławki tak, by miał on powody do rozkojarzenia się. Na naszych lekcjach ten sposób też działał.

Kiedyś omawialiśmy Wielką Brytanię i profesor wspomniał, że w Anglii hoduje się krowy mleczne. Zerwałem  się na równe nogi z protestem:

– Oni hodują krowy mięsne! Byłem to wiem.

Profesor poprosił mnie o rozwinięcie tematu i  w ten sposób stałem się specjalistą od tego regionu Europy. Już do końca naszej współpracy miałem z geografii czwórkę.

– Pisze pan w swoich książkach o mocnych związkach z Wilnem…

– Tak, z tamtych stron pochodzi moja rodzina. Ojcu udało się wyjechać do Polski i przez różne miasta trafił tu na te tereny i w anińskim liceum uczył rosyjskiego.

Pamiętam szczupłego profesora. Zapamiętałem go jako radosnego i ciepłego człowieka, ale mnie rosyjskiego uczyła inna nauczycielka. Miałem przyjemność spotykać się z nim ponownie, kiedy kończyłem swoją edukację na warszawskim Grochowie, a on właśnie wtedy tam zamieszkał…

Spotkanie z pisarzem przebiegało bardzo ciekawie. Wspólne miejsca pobytu zbliżają. Marek Ł. nie musiał prowokować do poruszania kolejnych tematów, one pojawiały się same.

– Może nam pan przybliżyć kino Szpak, którego już nie ma…

– To było miejsce niesamowite. Taki rodzaj wąskiej hali o półokrągłym suficie. W rzędzie było może 10,  może 12 krzeseł… Takich całkowicie drewnianych ze sterczącymi podłokietnikami, z siedziskami i oparciami ze sklejki. Skrzypiały okrutnie… Ekran był nietypowy, bo na całą ścianę. Kiedy puszczali Krzyżaków, film po raz pierwszy zrobiony nie na orwowskiej taśmie tylko na amerykańskiej… Kiedy rozjechał się ekran na boki a ze środka wyłonił się panoramiczny plener i zadrżały dwa nagie miecze wbite w ziemię, to  sali nie było, wszystkich nas wciągnęło do środka…

Temat został rozwinięty o inne kina, które po prawej stronie Wisły najczęściej nosiły nazwy ptaków.

– Dzieciństwo spędziłam na Woli. Mój tata był kierowcą autobusu, który jeździł na trasie do Anina. Wiosną tata przywoził naręcza pachnącego bzu. Zawsze też mówił, że Anin to inny świat, że tak tam pięknie, zielono, tak niesamowicie… To chyba przez niego zamieszkałam w Aninie.

– W jednej z pana książek pojawia się niewidomy starszy pan, który rozdaje cukierki dzieciom. To był mój dziadek…

Wśród słuchaczy autor przedstawił kobietę, bohaterkę jego opowiadań. Mieszkali w jednym domu, dzielili wspólnie podwórko, biegali po okolicznych zagajnikach, była uczestniczką ich wielu wspólnych przeżyć.

Nikt nie patrzył na zegarek. Temat rodził temat. Dyrektorka klubu zaprosiła wszystkich na spacer po Falenicy (już następnego dnia) w poszukiwaniu miejsc opisanych przez Marka Ławrynowicza.

Zaczęły się prywatne rozmowy przy herbacie i ciastku. Kupiłem książkę pt. Korytarz. Podszedłem do autora,  przedstawiłem się a on napisał mi dedykację:

 Dla Darka, kolegi ze szkoły, Marek Ławrynowcz, Anin, Zima 2018.

____________________

Spotkanie miało miejsce w Wawerskim Centrum Kultury filia Anin a zorganizowane zostało przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Anin.

AKUPUNKTURA

Moje pierwsze zetknięcie z tą starą chińską metodą leczenia miało miejsce naprawdę dawno, bo we wczesnym dzieciństwie… Atmosfera zbudowana była perfekcyjnie. Śpiew ptaków, szum wody, kojący upał… Pluskaliśmy się z rodzeństwem w jeziorku wśród pobliskiego lasu a gdy poczułem lekkie zmęczenie, usiadłem na piasku… i to w tym właśnie momencie nastąpiło moje pierwsze zetknięcie z akupunkturą. Jak oparzony skoczyłem po ratunek do mamy odpoczywającej w cieniu drzew. Lamentując pokazywałem szczypiące mnie miejsce a mama zamiast udzielić pierwszej pomocy, zanosiła się od śmiechu! Puchłem z bólu, ale musiałem odczekać aż się uspokoi. Oględziny wykazały pięć żądeł dzikich pszczół…

Na drugi dzień kolega w przedszkolu stwierdził:

– Trzeba było nasikać.

Syn aptekarki, wiedział co mówi.

Wbijanie szpilek czy igieł stało się dla mnie codziennością, bo moi rodzice prowadzili pracownię czapniczą. Wraz z pojawieniem się silników elektrycznych przy maszynach do szycia zwiększyła się szybkość pracy, ale też i zwiększyło się ryzyko. Jak każde dziecko lubiłem bawić się na podłodze. Jak każde dziecko byłem zainteresowany wszystkim co się rusza. W górze, na blacie maszyny, odbywał się proces szycia, a ja zastanawiałem się nad sposobem działania nowo zamontowanego silnika. Kiedy mama przestawała naciskać pedał, silnik przestawał warczeć, maszyna stawała. Postanowiłem wspomóc mamę i całym sobą docisnąłem zwolniony pedał. Rozległ się przerażający wrzask! Krawcowa przeszyła sobie palce!

Jaką nicią nie pamiętam, bo musiałem ratować się ucieczką. Wiem jednak, że to dzięki tej właśnie akupunkturze mama do dziś ma zdrowe palce.

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku koleżanka, plastyczka-pedagog, opowiedziała mi jak akupunkturą wyleczyć złodzieja z niecnych czynów. Dość często przemieszczała się środkami komunikacji miejskiej i któregoś razu wygramoliła się z zatłoczonego tramwaju z rozciętą torebką i bez portfela. Postanowiła się zemścić. Zaczęła jeździć z czymś w rodzaju jeża w torebce. Zwierzątko zrobione było z kulki twardego styropianu i sporej kolekcji nastroszonych krawieckich  igieł. Przynęta czekała około miesiąca. W zatłoczonym tramwaju rozległ się wrzask. Raniony dresiarz wyskoczył z pojazdu wraz z wbitym po kości leczniczym jeżem…

Myślę sobie o tych wszystkich wcześniejszych przypadkach leżąc z 25 igłami wbitymi na całym ciele i wsłuchując się jednocześnie w atmosferę miejsca.

– Mówiłem żeby pani zmywała korytarz po południu a nie kiedy przyjmuję pacjentów! Teraz całą wodę, a właściwie błoto, mam w gabinecie!

Pomimo porannej pory lampy świecą prosto w oczy… Lekarz przyjmuje kolejną komórkę z wielką uprzejmością umawiając się na zabieg… Za oknem panowie omawiają warunki pracy przy asyście dudniącej śmieciarki…

Atmosfera zbudowana perfekcyjnie.

Z głośnika rozbrzmiewa śpiew ptaków, szum wody, kojąca muzyka…

PRZEWIETRZANIE BLOGÓW

Zawiał wiatr i kolejny raz przewiało moje wpisy na onetowskich blogach. Tym razem wygląda na to, że już ostatecznie.

Część blogów wcześniej utraciłem, część przekazałem pod opiekę innym. Ogólnie wydaje mi się,  że do tej pory założyłem około stu. Pierwszy to był meksykański… Szukałem miejsca na prezentacje zdjęć o ceramice, a to był dobry adres na początek. W 2004 roku blogi nie cieszyły się dobrą sławą, ale pomimo to Onet je uruchomił. Wstawiłem na nie wszystkie swoje materiały tworząc rodzaj sieci powiązanej linkami. Z czasem BlogOnet udekorował mnie srebrną gwiazdą świadczącą o tym, że byłem jednym z pierwszych blogujących na tej platformie.

W Poradniku ceramicznym udostępniłem bezpłatnie swoje wieloletnie doświadczenie. Pisałem, rysowałem i publikowałem nawet trzy porady dziennie łącząc się z siecią przez modem telefoniczny. Miesięcznie płaciłem telekomunikacji nawet powyżej 500 złotych… Nie było łatwo. Nie od razu materiały były publikowane. Czasami musiałem je wpisywać kilkakrotnie. Na Garncarzu Nowatorze pisałem codziennie. Teraz, przy przenoszeniu blogów, doliczyłem się na nim około trzech tysięcy wpisów. Ocalały komentarze, które dodają smaczku moim wpisom. Kaktus, towarzysz pierwszych opowiadań, znalazł miejsce w nazwie naszej pierwszej, Nieformalnej, Niezależnej Grupy. To z nią (nim) przełamaliśmy swoją obecnością monopol lokalnych twórców  w Bolesławieckim Święcie Ceramiki! W internecie udało się skupić grono ceramików. Żeby nasze znajomości nie były jedynie wirtualne, to w 2003 roku zapoczątkowałem spotkanie w świecie realnym, na tzw. Czwartkach Ceramicznych. W 2005 r. jako Grupa Ceramików Ckwadrat zorganizowaliśmy 1. Warszawskie Spotkania Ceramiczne, a pod koniec roku powołaliśmy do życia Związek Ceramików Polskich.

Platforma BlogOnet wspierała wszystkie moje działania. Przydzielała mi coraz większą pojemność bloga. Dopiero teraz przy przenoszeniu przekonałem się o bogactwie tych zasobów. Przeciętny blog zajmuje około 0,7 MB a Garncarz zajął 17MB. Otrzymałem również miejsce na bezpłatną stronę, które wykorzystałem dla http://www.zcp.net.pl Stronę przenosiłem chyba trzy lata temu, bo Onet zamknął swoją usługę. Z automatu trafiłem w miejsce tak komercyjne, że właściciel nie miał ochoty na żadną ze mną współpracę. Może kiedyś napiszę szerzej o tym doświadczeniu, bo jest ono bardzo ciekawe pod względem moralnym.

Zdjęcia i rysunki wyleciały z Garncarza albo przypadkowo, albo na skutek szukania miejsca dla nowych wpisów. Dużo ilustracji mam w komputerze i jeśli starczy mi zapału postaram się je przywrócić na właściwe miejsca.

Od pierwszych moich publikacji zadawano mi pytanie dlaczego to wszystko robię, dlaczego tracę czas na coś z czego nie mam złotówki, a nawet je tracę… Nie potrafiłem odpowiedzieć i wtedy i dzisiaj…

W chwili kiedy piszę te słowa, Poradnikowi brakuje 625 wejść do miliona…

Może ten wynik jest jakąś odpowiedzią na dość krępujące mnie pytanie.