DZIEWCZYNA O PERŁOWYCH WŁOSACH

Dziewczyna o perłowych włosach_1500

 

– Jecie krewetki?

– Tak.

W ten sposób na messengerze szybko ustaliliśmy menu naszego spotkania, a dalej to już poszło…

– Może posłuchamy winyli?

– Masz gramofon?

Czyli audio też udało nam się ustalić. Po „Tenderly” Elli Fitzgerald nieśmiało zapytałem czy można puścić Rolling Stones…

– E, tego to może nie…

– Ale mam ciekawą eksperymentalną płytę z 1967 r., nalegałem… I przekonałem, a nawet lekko zaskoczyłem.

Czar winyli czy wina, a może jedno i drugie, pchnęły nas w muzyczne wędrówki po świecie. Wyhamowaliśmy na Węgrzech…

– W latach siedemdziesiątych, przy Marszałkowskiej, był Dom Kultury Węgierskiej. Spragnieni rocka  kupowali tam węgierskie płyty, które dość skutecznie przebijały się przez żelazną kurtynę…

Dziewczyna o Perłowych Włosach Omegi podbiła wtedy Londyn, a potem Świat…

I tak od Omegi, przez Locomotiv GT, Illes, Bergendy, dobrnęliśmy do Syriusa.

– Ja to ja,  ale Ty przecież jesteś ode mnie młodszy… Skąd u Ciebie zainteresowanie takimi płytami?

– Miałem szefa Węgra. Bywałem na Węgrzech. Nauczyłem się nawet trochę języka…

W czasie tego spotkania odżyły wspomnienia. Przypomniałem sobie Jacka, długobrodego Węgra z Siófok, wędrującego po balatońskiej plaży ze skrzypcami. Wyglądał na wytrawnego melomana, ale po zaprzyjaźnieniu się, otworzył instrument i futerał okazał się podręcznym barkiem…

Nad jeziorem Velence (połowa drogi z Budapesztu nad Balaton) w ferworze rockowego występu szkoliłem basistę w technice nowoczesnego trzymania gitary, nie zdradzając się w ogóle, że grać nie potrafię. Na koncert wszedłem przez płot, bo nie było już biletów, a wyszedłem w chwale, żegnany czule przez cały zespół.

W dzień wylegiwaliśmy się na plaży, wieczorami przychodziła pora szaleństw. Którejś księżycowej nocy wyłuskiwałem dla wygłodniałych kolegów arbuzy zza ogrodzenia okolicznej plantacji i w pewnym momencie nastała dziwna jasność… Oślepiono mnie latarką. Ponieważ moje hobby wymagało pozycji siedzącej, więc relacja ze światłem była lekko upokarzająca. Usłyszałem zdanie, z którego wywnioskowałem, że ktoś próbuje się dowiedzieć, co tu robię…

– Patrzę na księżyc. Powiedziałem po polsku i pokazałem na mizdrzącą się do ziemi światłem słońca planetę.

W odpowiedzi usłyszałem, coś, czego nie zrozumiałem. Z gestykulacji latarki wywnioskowałem jednak, że mam się wynieść. Długo nie dałem się prosić, bo z krzaków dochodził szept:

– Uważaj, to glina…

Po Węgrzech podróżowaliśmy często stopem z biało-czerwoną flagą. Raz zabrały nas młode Niemki, z którymi potem nie wypadało się rozstać… Innym razem zatrzymała się ciężarówka, której kierowca miał dziadka Polaka… I co? I wylądowaliśmy w pięknej starej kamienicy na kolacji z dziadkiem. Seniora niesamowicie cieszyła możliwość rozmowy z rodakami. Z tej przyjaźni jak i ze wszystkich innych rodziły się dalsze przygody. Następowała prywatna wymiana międzypaństwowa. Po naszej wizycie Węgrzy przyjeżdżali do Polski z rewizytą. Wszystko toczyło się w naprawdę wielkiej zażyłości. Ciepła na Węgrzech doznawałem często. Kiedyś błądziłem samotnie szukając znajomych w okolicach Balatonu. Zapytałem o drogę młodego Węgra, a ten nie dość, że doprowadził mnie na miejsce, nadkładając drogi, to jeszcze przed punktem docelowym napoił węgierskim winem z ulicznego wózka. Po odnalezieniu przyjaciół miałem kolejną winną przygodę. Kolega postanowił odwiedzić w pobliskiej wsi gospodarza, który rok wcześniej nieodpłatnie udzielił mu miejsca pod namiot. Była dwunasta w południe. Zapukaliśmy do schludnego wiejskiego domu. Gość, który nam otworzył, tak się ucieszył ze spotkania, że postanowił z nami wypić duszkiem dziesięciolitrowy antałek domowego wina, ucząc nas przy tym specjalnego trzymania słoja. Jako uczniowie okazaliśmy się bardzo pojętni. W połowie antałka radziliśmy sobie jak rodowici Węgrzy, ale od połowy to już nic nie pamiętam… Taki był upał.

Może krewetki to nie jest danie węgierskie, ale dzięki nim, muzyce i kilku zbiegom okoliczności, ich uzyskany przez pieczenie w białym winie smak, będzie mi się już zawsze kojarzył z krajem, do którego wzdycham od lat siedemdziesiątych…

Reklamy

6 myśli w temacie “DZIEWCZYNA O PERŁOWYCH WŁOSACH

  1. ~węgier 27 października 2017 / 12:58

    Fantastyczne opowiadanie i piekne wspomnienia, pozazdroscic!!!

    Polubienie

    • ~Darek 27 października 2017 / 13:49

      Bardzo dziękuję to tylko mały procent wspomnień 🙂

      Polubienie

  2. ~Sylwek 27 października 2017 / 13:17

    Cudowne lata 70. Ciekawe czy na Węgrzech nadal taka serdeczność? Pokolenia i czasy się pozmieniały. Ale takiego arbuza z pola chętnie by się zjadło!

    Polubienie

  3. ~Darek 27 października 2017 / 13:48

    Ludzie chyba się nie zmienili. Cóż trzeba wyruszyć na arbuzy bo te u nich jakoś inaczej smakują 🙂

    Polubienie

  4. ~Agata 28 października 2017 / 15:08

    Ale nostalgiczne. Twoje opowiadania zawsze i u mnie budzą jakieś wspomnienia.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s