APETYT NA NALEŚNIKI

Stałem z jego walizką a on ubrany w buty z cholewami, bryczesy, jasnobeżową dopasowaną marynarkę ze stójką i czapkę, oddalał się w cieniu naszego domu, rzucając w moim kierunku:

– Proszę mi przynieść ręcznik i szlafrok!

– A może ma pan ochotę na naleśniki?

Zatrzymał się  i jakby zastanawiał…

– A z czym?

– Z serem.

– To poproszę.

– Dwa, czy trzy?

– Mogą być trzy.

Chciałem jeszcze doprecyzować i zapytać; z cukrem i śmietaną, ale powstrzymałem się dochodząc do wniosku, że podam tak jak sam lubię.

Otworzyłem walizkę nieopatrznie odwrotnie. Cała zawartość ułożyła się w dziwnie kubistyczną piramidę. Wyciągnąłem szlafrok, ręcznik i zamyśliłem się…

Moje pierwsze naleśniki były autorstwa babci. Robione na cygańskiej patelni, na smalcu z hodowanego w naszym obejściu świniaka, mąki kupionej na wsi, jajek od własnych kur i  smażone na kuchni opalanej drewnem…

Babka smażyła, a my z rodzeństwem wykradaliśmy je  ryzykując cios mokrą ścierką przy gromkim okrzyku:

– A kysz mi stąd! Czekać aż skończę!

Te świeżutkie były najlepsze dodatkowo przez to, że zakazane.

Z czasem doszedłem do wniosku, że jeśli tak kocham naleśniki, a w kuchni są jajka, mąka i mleko, to przecież mogę sam je zrobić… Z ciastem nie utrafiłem od razu, bo przecież robiłem „na oko”. Pierwsze sztuki nie chciały odlepić się od patelni,  a kiedy nerwowo podważane łopatką już się odlepiły, to zostawiły przeciągły, tłusty ślad na ścianie. Nie wyrzuciłem ich, zjadłem pomimo niedoskonałości.

Po osiągnięciu jako takiej wprawy, zobaczyłem w kinie jak kucharze rywalizują w  podrzucaniu naleśników. Moja reakcja była natychmiastowa. Ciasto, kuchenka, patelnia,  rzut! Placek z trudem odlepił się od sufitu.

– Co to za tłusty ślad nad kuchenką?

– Naleśnik wypadł mi z patelni…

Kiedy w latach sześćdziesiątych wylądowaliśmy z rodzeństwem na dłuższe wakacje w Gdańsku przy ul. Łąkowej, wygadałem się, że potrafię smażyć naleśniki. Dano mi składniki i sprzęt.

– A mikser?

– Elektrycznego nie mam, musisz poradzić sobie ręcznym.

W pierwszej chwili nie wiedziałem jak się nim posługiwać, ale ciotka pokazała, że półkoliste drewienko z nacięciami umieszczone na końcu kijka zanurza się w składnikach, a drugi koniec umieszcza się między dłońmi i trze tak jakby krzesało ogień.

To było wyzwanie, ale udało się.

Inna ciotka, mieszkająca w Szwecji, sama wpadła na pomysł, że ugości nas naleśnikami. Efektu nie będę opisywał, powiem jedynie, że wtedy pierwszy raz bardzo mocno uwierzyłem w siebie.

Równie ciekawego doświadczenia doznałem w stanie wojennym. Nie było mąki pszennej, kupiłem jaka była, a była kukurydziana. Przyrządziłem wszystko jak zwykle oczekując określonego sukcesu… Pierwszy naleśnik wyszedł bardzo żółty i tak ciężki, że zwątpiłem w swoje umiejętności. Rezultat od razu trafił do śmieci. Nie potrafiłem naruszyć swojej naleśnikowej estetyki nawet pomimo tak wielkich trudności zaopatrzeniowych.

Wracając do teraźniejszości… Zamówienie trzech naleśników z serem, cukrem i śmietaną, okazało się nie do końca prawdziwe. Naleśniki owszem wykonałem, ale ów gość w butach z cholewami, bryczesach, dopasowanej marynarce i czapce, okazał się Josifem Wissarionowiczem Dżugaszwili, czyli Stalinem…

Na szczęście odwiedził mnie jedynie w dziwnym styczniowym śnie.

Reklamy

2 thoughts on “APETYT NA NALEŚNIKI

  1. Mrysia_ltd 24 stycznia 2018 / 16:44

    Ruszamy w nowym miejscu, musimy się odszukać, poukładać jak naleśniki w rondlu)))

    Polubienie

  2. Darek 24 stycznia 2018 / 16:50

    A onet wydłużył czas zamknięcia blogów do końca lutego 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s