DZIEJE ZWYKŁEJ PRZYJAŹNI

Żeby dostać się do prywatnej szkoły Sióstr Felicjanek, trzeba było chociaż rok zaliczyć w ich przedszkolu. Ja uczęszczałem tam od początku, razem ze swoim starszym rodzeństwem. Byłem przedszkolakiem z wieloletnim stażem, kiedy K. dołączył do nas.

Już w grudniu Mikołaj wręczył wszystkim dzieciom standardowe paczki ze słodyczami. Ktoś dostał prezent bardzo szczególny, narty,  albo coś w tym stylu. Ktosiem był K.

Ciekawa ksywka przylgnęła do niego, kiedy zaczynaliśmy piłować literki w pierwszej klasie. Trochę mu jej zazdrościłem. Na mnie wołano „osa”, a na niego „lak, lyba, lynek”. To był wynik dziecięcego niewymawiania „r”.

Przed szkołą, jak zjawa z innego świata, pojawiał się elegancki wartburg, jedyny samochód w okolicy. To K. był nim przywożony na zajęcia.

Zimą, po upaństwowieniu szkoły (3 klasa), doszło do walki na śnieżki. Ktoś z braku amunicji użył lodu. Lód trafił w głowę schowaną pod skórzaną pilotką. Tym razem nie wiadomo kto był ktosiem, ale kontuzjowanym z raną ciętą i krwotokiem był K. Potężna awantura przeleciała po szkole, winnego nie ustalono.

Nasze męskie przyjaźnie nie były jeszcze do końca ukształtowane. W wyniku przeróżnych przepychanek i bijatyk przegrupowywaliśmy się co chwila. Zawsze jednak potrafiliśmy się zjednoczyć przy wyborze którejś z dziewcząt na obiekt chłopięcego pożądania i bohaterkę opłotkowej literatury.

W ciepłe dni jeździliśmy do szkoły rowerami. Kolega dosiadał elegancką, młodzieżową damkę, ja jeździłem równie dobrym sprzętem po starszym rodzeństwie, z różnego rodzaju terkotkami własnej konstrukcji.

K. grywał w piłkę na pustych placach z kolegami z sąsiedztwa. Mnie ten sport mniej pociągał. Kiedy uprawiałem go ze starszym bratem to ten obsadzał mnie zawsze na nudnej bramce. Kręciliśmy się po okolicy zacieśniając przyjaźnie. Któregoś słonecznego dnia K. zaprosił mnie na basen w swoim ogrodzie. Było pięknie. Wtedy poznałem jego wujka, starszego pana, który perfekcyjnie pielęgnował ogród i zajmował się wszelkimi pracami gospodarczymi. Opowiadał nam fascynujące historie, m.in. o tym jak rozbrajał potulnych Niemców wraz zakończeniem I Wojny Światowej. Od niego usłyszałem jakże filozoficzne zdanie: Przycinając coś na wymiar trzeba to kilkakrotnie zmierzyć, a i tak wyjdzie za krótko…

W domu K. pracowała wtedy młodziutka gosposia, fanka mini spódniczek. Wujek z upodobaniem upuszczał klucze, ona schylała się po nie, a on cieszył oko wdziękami młodości.

Nasza przyjaźń z K. nabierała mocy. Robiliśmy wspólne wypady do centrum Warszawy by poznawać topografię miasta. Jeździliśmy pociągiem, bo wtedy, było to najszybsze połączenie. Bywaliśmy na Brzeskiej, gdzie jego rodzice prowadzili sklep. Za każdym razem posyłali nas po bazarowe pyzy, których smak do dziś pamiętam.

W szkole podejmowaliśmy się wspólnie różnego rodzaju prac. Któregoś razu kleiliśmy w domu K. gazetkę ścienną. Zeszło się do północy. Wracałem przez cztery ciemne place. Szedłem po przekątnej, gdy zobaczyłem na drugiej przekątnej zawoalowaną kobietę idącą w moim kierunku. W miejscu przecięcia naszych dróg postać przemówiła: – Która godzina? – Trochę po północy… Odpowiedziałem, a wszystkie włosy stanęły mi dęba. Postać minęła mnie. Obejrzałem się… Nikogo nie było! Dalszy odcinek do domu pokonałem z szybkością światła. Nikt nie uwierzył w moją przygodę. Cóż, duch to duch…

K. dostał ponton. Zaczęły się wycieczki nad Zalew Zegrzyński i na różne glinianki. Jego tata był wędkarzem. W Pyrach pierwszy raz trzymałem w ręku spinning. Najwyraźniej nie był on moim przeznaczeniem. Bez przerwy zaplątywałem żyłkę, by na koniec ją zerwać. Taki stan utrzymałem po dziś dzień, bo w 2014 roku identycznie mi się łowiło.

W czasach Beatlesów mieliśmy incydent muzyczny. Dobraliśmy się we czterech. K. znający język angielski, nadał nam nazwę The Blue Birds. Odbywaliśmy systematyczne próby. W całej działalności zespołu było kilka drobnych mankamentów… Tylko jeden z nas potrafił grać i to niestety na akordeonie. Mieliśmy na szczęście jeszcze talerz od perkusji, więc umiejętnie kładliśmy go pod nogę akordeonisty, a ten wystukiwał nim dodatkowo rytm. Nikt z nas nie potrafił tego lepiej…

W czasie prób K. zaczął interesować się siostrą naszego jedynego muzyka, u którego ćwiczyliśmy. To zaważyło na trudnej, ale demokratycznej decyzji. The Blue Birds przestało istnieć.

Bywaliśmy u mojego stryjka na Saskiej Kępie. Przedwojenny sędzia grodzki wspominał Syberię, na którą trafił  jako pierwszy delegat do Armii Radzieckiej o pomoc dla powstania. Legionista, akowiec i Sybirak był radcą prawnym Ministerstwa Kultury. Dzięki temu mieliśmy bilety na różnego typu imprezy. W cyrku siadaliśmy w loży honorowej…

Nasze pierwsze miłości… Od jednej zakochanej dziewczyny K. dostał stary, srebrny zegarek z dewizką i pięknie grawerowanymi kopertami. Te cudo przestało cykać,  a byliśmy właśnie pod nowym zjazdem z mostu Poniatowskiego… Postanowiłem poratować kolegę i na ławce wśród traw otworzyłem polowy zakład zegarmistrzowski. Scyzorykiem wdarłem się do środka zegarka. Kombinowałem tak długo, aż jak z katapulty wyskoczyła sprężyna z trybikiem. Pocisk niestety wpadł w gęste trawy. Jakoś udało mi się zamknąć zegarek a K. niezwłocznie postanowił go oddać właścicielce. To nie była moja pierwsza ani ostatnia reperacja. Mój zegarmistrzowski zapał nigdy nie kończył się pozytywnie.

W opisanej naprawie zaleta była taka, że nie zostały mi w ręku żadne części.

Co do suwenirów od naszych miłości to sytuacja na tyle się zmieniła, że K. podsumował ją tak:

– O co chodzi? Czy to moja, czy twoja dziewczyna, to podarki trafiają wyłącznie do ciebie…

– Też tego nie rozumiem, ale  to mi nie przeszkadza.

Przed egzaminami do ogólniaka umarł ojciec K. Starałem się jakoś go pocieszać i jeszcze częściej bywałem w jego domu. Zawsze było coś do przegadania albo zrobienia. Jazdy rowerowe uzupełnialiśmy jazdami motorowerowymi. K. był urodzonym rajdowcem. Kręcił kółka, skakał po górkach, najeżdżał z impetem na drzewo stwierdzając; – Lubię, jak mnie tak telepie!

Miał psa-boksera, emerytowanego medalistę. Ja miałem piękną bokserkę-znajdę.- Swatamy? No i zeswataliśmy. Psy szczepiły się u K. na podwórku, a my spanikowaliśmy. nie wiedząc, że tak to u nich bywa. Nagabywani telefonicznie znajomi radzili, by im stawiać osobne miski, nakłuwać szpilką… Wróciła z pracy mama K . – Jaki ten twój piesek piękny, a jaki wesoły! Przeraziliśmy się wizją radośnie szczepionych psów, ale okazało się, że było już po wszystkim.

Wraz z ukończeniem szesnastego roku życia K. zdobył prawo jazdy. Dla szlifowania swoich umiejętności kupił stare DKW, które musiał pilnować przede mną, bo uporczywie chciałem je przerobić na kabriolet odpiłowując dach.

Kolejnym jego pojazdem był biały maluch. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu w domowym garażu, gdzie K. nieustannie przerabiał, rasował silniki, drapał i lakierował jakieś samochodowe części. Zaangażował się w rajdy samochodowe. Czasami pełniłem rolę pilota. Po jednej z anińskich prób pokonania piaszczystego Delmaka (górka w Aninie) wyciągał nas koniem okoliczny rolnik…

W ogólniaku tworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma kolegami. Mieliśmy zajęcia na polowej strzelnicy (górka Delmaka). Jeden z naszych niósł tarczę i wyłamał się z szyku, bo piasek zaczął mu się wsypywać w nowiutkie lakierki. Nauczyciel Przysposobienia Obronnego wezwał go do siebie przed szpaler złożony z około czterdziestu uczniów. Zamachnął się wyciorem od kbks. Metrowy, hartowany pręt przeciął koledze palce. „Wojsko” stało sparaliżowane. Trąciłem K. i drugiego kumpla mówiąc: – Wychodzimy! Pobiegliśmy do ranionego kolegi, który w nerwach szukał kamienia, by się odwdzięczyć. Nauczyciel był bokserem i ciężarowcem. Nie mieliśmy z nim szans, bo na sparaliżowanych kolegów nie mogliśmy liczyć…

W tym czasie w domu K. gosposią była starsza pani przepysznie gotująca i niesamowicie wyrozumiała dla wszystkich naszych młodzieńczych szaleństw. Tak się zaprzyjaźniliśmy, że później na moim weselu odśpiewała a cappella piękną  przyśpiewkę podlaską…

K. trafił do wojska. Z jego mamą z okazji przysięgi pojechaliśmy do Katowic. Młodego żołnierza przenieśli do Warszawy. Byłem w jego jednostce na tzw lewiźnie, czyli przez płot. K. przygotował transakcję pomiędzy dwoma zbieraczami staroci, mną i dowódcą jego kompani.

Kiedy trafiłem do Marynarki Wojennej, on, będąc już w cywilu, znalazł się na terenie mojej jednostki również nielegalnie i w dodatku samochodem. Załatwiłem mu wyżywienie i nocleg w marynarskiej kanciapie. Z jego strony był to wyjazd typowo turystyczny.

K. zaczął latać do Londynu. Z jednej z takich wypraw przywiózł tajemnicze nasiona. Zasiał w doniczce i uporczywie podlewał. Roślinka rosła rozcapierzając swoje piękne zielone liście. Kiedy zaczęło jej być za ciasno, K. przesadził ją do ogrodu, gdzie rosła i rosła… Przerosła dom, podwiązane sznurki przestały jej zapewniać stabilność. K. przystąpił do żniw, szatkowania i suszenia. Nie było mnie w tym czasie w Warszawie i nie dostąpiłem degustacji, ale z relacji smakujących wynikało, że trawka nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

W czasach hippisowskich mieliśmy spore kolekcje winyli. K. swoją gdzieś zapodział, moja uprzyjemnia mi życie do dziś. Wtedy przerobiliśmy jedno z pomieszczeń strychowych na pokój dzieci kwiatów. Oj, działy się tam różności… Wracając z czyichś zimowych imienin postanowiliśmy przedyskutować wieczór w naszym Wawer Hippi Center. K. wszedł oficjalnie, reszta miała wspiąć się po rynnie, by nie budzić domu. Kiedy byłem już na szczycie rynna odpięła się i z przeraźliwym hukiem wylądowałem w różach wystających ze śniegu. Chyba obudziłem nawet sąsiadów. Gospodyni zdziwiona stwierdziła: – Przecież macie klucze…

K. studiował filozofię przyrody. Pewnego dnia oznajmił, że jedzie na sympozjum naukowe do Lublina.

– Do Lublina? Może dam ci kontakt. Wujek jest tam komendantem milicji największej dzielnicy. – No, coś ty. Jadę w celach naukowych.

Wrócił dużo później niż zamierzał. – Co się stało? – Wykrakałeś! Poszliśmy wieczorem do kawiarni i kiedy zasmakowaliśmy w koniaczku dotarła do nas wieść, że w pobliżu jest dyskoteka. Z kieliszkami w rękach postanowiliśmy zmienić lokal. Przed dyskoteką stał bramkarz, taki osiłek, szafa gdańska. Nie chciał nas wpuścić, więc chlusnąłem mu koniakiem w twarz… Odpowiedź wbiła mnie z nadprzyrodzoną siłą w jakiś kąt. Kiedy się ocknąłem byliśmy już wszyscy aresztowani i wieźli nas do żłobka. Zabrali nam ciuchy, zrobili dyngusa i ubrali przykrótkie komże, takie że z daleka można było ustalić płeć. To była niedziela i w naszej noclegowni nocowała jeszcze prostytutka w identycznym stroju. Rano sprawa. Bramkarz zeznawał jako poszkodowany i do tego pobity przeze mnie. On w idealnym sanie a o mnie lepiej nie mówić…

Mniej więcej w tym samym czasie K. podarował mi czaszkę po trepanacji. Podobno zaczęła przeszkadzać domownikom, a ja właśnie potrzebowałem prawdziwie martwej natury do wprawek z rysunku. Ćwiczyłem w przerobionej na atelier komórce i to czasami do późnych godzin nocnych. Któregoś razu spiąłem czaszkę gumkami, by stanowiła całość na specjalnie drapowanym podeście i odszedłem do sztalug. Zdążyłem jedynie chwycić ołówek, a mój model równo z wybiciem północy przez babciny zegar, runął z hukiem na ziemię. Wróciłem, złożyłem, chwyciłem ołówek i znowu! Przecież duchów nie ma… Już z mniejszą pewnością powtórzyłem czynności a kiedy po raz trzeci wszystko się rozleciało, to nic nie sprzątając zgasiłem światło i pobiegłem do domu spać.

Rano złożyłem czaszkę chowając ją do kartonika. Świadomość posiadania tak nietypowego eksponatu trochę mi przeszkadza. Zadzwoniłem do K. z propozycją zwrotu. W odpowiedzi usłyszałem: – Mój drogi, prezentów się nie oddaje.

Sprawa ułożyła się współcześnie. Prowadziłem zajęcia z ceramiki i jedna z moich uczennic stwierdziła, że ma kolegę lekarza, który może być zainteresowany moim unikalnym obiektem. Po kilku dniach potwierdziła wiadomość i zabrała paczkę. Po następnych zadzwoniła: – Kolega stwierdził, że w jego całym instytucie nie ma tak dobrze zachowanej czaszki. Pyta, ile ma zapłacić? – Nic, ja ją dostałem i przekazuję dalej.

Następnego dnia wręczyła mi tabliczkę czekolady. To była czekolada najdziwniej smakująca…

Ożeniłem się pierwszy. K. był moim świadkiem i woził mnie po plenerach Królikarni i lasów wawerskich na ślubne sesje fotograficzne.

Rok później on brał ślub. Oczywiście byłem świadkiem i też oddałem się do dyspozycji nowożeńców. Jadąc z Panem Młodym po wiązankę mieliśmy wypadek. K. rozbił głową przednią szybę. Poturbowany ledwo się ruszał podczas ślubnej ceremonii…

Nasze wzajemne świadkowanie i wszystkie dodatkowe okoliczności okazały się szczęśliwe.

W związkach małżeńskich trwamy nierozerwalnie już prawie czterdzieści lat.

2018 rok to jubileusz naszej sześćdziesięcioletniej znajomości.

Ciężko opisać taki szmat czasu, bo materiału jest na dorodną książkę. Chciałem ograniczyć się do jednej strony. Nie wyszło. Wiele faktów z naszej przyjaźni zamknąłem już wcześniej w swoich tekstach. Tym opowiadaniem chciałem podkreślić szczególny jubileusz.

Trzymaj się K. i oby tak dalej.

 

Reklamy

2 myśli w temacie “DZIEJE ZWYKŁEJ PRZYJAŹNI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s