MAREK ŁAWRYNOWICZ W ANINIE

Kiedy dowiedziałem się, że w anińskim klubie ma być spotkanie autorskie z Markiem Ławrynowiczem nie mogłem nie pójść. Są między nami dwa lata różnicy, ale uczyliśmy się w tym samym anińskim ogólniaku. Był bohaterem szkolnych opowieści. Można powiedzieć, że znałem go od dawna.

Po ukończeniu edukacji pracował jako robotnik, cukiernik, bibliotekarz, satyryk… Jest pisarzem, dziennikarzem, poetą, autorem bajek dla dzieci. Czyżby to Anin miał taki wpływ na ludzi…

Nasz ogólniak swoją lokalizacją namawiał do otwartego myślenia. Docierając do szkoły w ciepłe dni mieliśmy zawsze wybór: lekcje, las. Wystarczyło tylko czyjeś hasło a oficjalna edukacja szła na plan dalszy. Nie musieliśmy mieć telefonów komórkowych. W tej sprawie mieliśmy wyostrzoną telepatię. Taka filozofia najwyraźniej nie była też obca bohaterowi literackiego spotkania.

Marek Ławrynowicz przed przeczytaniem fragmentu jednej ze swoich książek, zaznaczył, że każdy literat ma prawo do fikcji. On również. Stwierdził, że tekst o jego ulubionym profesorze geografii Tiutaju, niezupełnie odpowiada prawdzie…

Fragment przywrócił mi pamięć o profesorze, który z jednej strony był dość wymagający a z drugiej pozwalał na wiele rozbrykanym uczniom. W książce autor wspominał podstępny sposób delegowania przez klasę atrakcyjnej koleżanki do pierwszej ławki tak, by miał on powody do rozkojarzenia się. Na naszych lekcjach ten sposób też działał.

Kiedyś omawialiśmy Wielką Brytanię i profesor wspomniał, że w Anglii hoduje się krowy mleczne. Zerwałem  się na równe nogi z protestem:

– Oni hodują krowy mięsne! Byłem to wiem.

Profesor poprosił mnie o rozwinięcie tematu i  w ten sposób stałem się specjalistą od tego regionu Europy. Już do końca naszej współpracy miałem z geografii czwórkę.

– Pisze pan w swoich książkach o mocnych związkach z Wilnem…

– Tak, z tamtych stron pochodzi moja rodzina. Ojcu udało się wyjechać do Polski i przez różne miasta trafił tu na te tereny i w anińskim liceum uczył rosyjskiego.

Pamiętam szczupłego profesora. Zapamiętałem go jako radosnego i ciepłego człowieka, ale mnie rosyjskiego uczyła inna nauczycielka. Miałem przyjemność spotykać się z nim ponownie, kiedy kończyłem swoją edukację na warszawskim Grochowie, a on właśnie wtedy tam zamieszkał…

Spotkanie z pisarzem przebiegało bardzo ciekawie. Wspólne miejsca pobytu zbliżają. Marek Ł. nie musiał prowokować do poruszania kolejnych tematów, one pojawiały się same.

– Może nam pan przybliżyć kino Szpak, którego już nie ma…

– To było miejsce niesamowite. Taki rodzaj wąskiej hali o półokrągłym suficie. W rzędzie było może 10,  może 12 krzeseł… Takich całkowicie drewnianych ze sterczącymi podłokietnikami, z siedziskami i oparciami ze sklejki. Skrzypiały okrutnie… Ekran był nietypowy, bo na całą ścianę. Kiedy puszczali Krzyżaków, film po raz pierwszy zrobiony nie na orwowskiej taśmie tylko na amerykańskiej… Kiedy rozjechał się ekran na boki a ze środka wyłonił się panoramiczny plener i zadrżały dwa nagie miecze wbite w ziemię, to  sali nie było, wszystkich nas wciągnęło do środka…

Temat został rozwinięty o inne kina, które po prawej stronie Wisły najczęściej nosiły nazwy ptaków.

– Dzieciństwo spędziłam na Woli. Mój tata był kierowcą autobusu, który jeździł na trasie do Anina. Wiosną tata przywoził naręcza pachnącego bzu. Zawsze też mówił, że Anin to inny świat, że tak tam pięknie, zielono, tak niesamowicie… To chyba przez niego zamieszkałam w Aninie.

– W jednej z pana książek pojawia się niewidomy starszy pan, który rozdaje cukierki dzieciom. To był mój dziadek…

Wśród słuchaczy autor przedstawił kobietę, bohaterkę jego opowiadań. Mieszkali w jednym domu, dzielili wspólnie podwórko, biegali po okolicznych zagajnikach, była uczestniczką ich wielu wspólnych przeżyć.

Nikt nie patrzył na zegarek. Temat rodził temat. Dyrektorka klubu zaprosiła wszystkich na spacer po Falenicy (już następnego dnia) w poszukiwaniu miejsc opisanych przez Marka Ławrynowicza.

Zaczęły się prywatne rozmowy przy herbacie i ciastku. Kupiłem książkę pt. Korytarz. Podszedłem do autora,  przedstawiłem się a on napisał mi dedykację:

 Dla Darka, kolegi ze szkoły, Marek Ławrynowcz, Anin, Zima 2018.

____________________

Spotkanie miało miejsce w Wawerskim Centrum Kultury filia Anin a zorganizowane zostało przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Anin.

Reklamy

AKUPUNKTURA

Moje pierwsze zetknięcie z tą starą chińską metodą leczenia miało miejsce naprawdę dawno, bo we wczesnym dzieciństwie… Atmosfera zbudowana była perfekcyjnie. Śpiew ptaków, szum wody, kojący upał… Pluskaliśmy się z rodzeństwem w jeziorku wśród pobliskiego lasu a gdy poczułem lekkie zmęczenie, usiadłem na piasku… i to w tym właśnie momencie nastąpiło moje pierwsze zetknięcie z akupunkturą. Jak oparzony skoczyłem po ratunek do mamy odpoczywającej w cieniu drzew. Lamentując pokazywałem szczypiące mnie miejsce a mama zamiast udzielić pierwszej pomocy, zanosiła się od śmiechu! Puchłem z bólu, ale musiałem odczekać aż się uspokoi. Oględziny wykazały pięć żądeł dzikich pszczół…

Na drugi dzień kolega w przedszkolu stwierdził:

– Trzeba było nasikać.

Syn aptekarki, wiedział co mówi.

Wbijanie szpilek czy igieł stało się dla mnie codziennością, bo moi rodzice prowadzili pracownię czapniczą. Wraz z pojawieniem się silników elektrycznych przy maszynach do szycia zwiększyła się szybkość pracy, ale też i zwiększyło się ryzyko. Jak każde dziecko lubiłem bawić się na podłodze. Jak każde dziecko byłem zainteresowany wszystkim co się rusza. W górze, na blacie maszyny, odbywał się proces szycia, a ja zastanawiałem się nad sposobem działania nowo zamontowanego silnika. Kiedy mama przestawała naciskać pedał, silnik przestawał warczeć, maszyna stawała. Postanowiłem wspomóc mamę i całym sobą docisnąłem zwolniony pedał. Rozległ się przerażający wrzask! Krawcowa przeszyła sobie palce!

Jaką nicią nie pamiętam, bo musiałem ratować się ucieczką. Wiem jednak, że to dzięki tej właśnie akupunkturze mama do dziś ma zdrowe palce.

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku koleżanka, plastyczka-pedagog, opowiedziała mi jak akupunkturą wyleczyć złodzieja z niecnych czynów. Dość często przemieszczała się środkami komunikacji miejskiej i któregoś razu wygramoliła się z zatłoczonego tramwaju z rozciętą torebką i bez portfela. Postanowiła się zemścić. Zaczęła jeździć z czymś w rodzaju jeża w torebce. Zwierzątko zrobione było z kulki twardego styropianu i sporej kolekcji nastroszonych krawieckich  igieł. Przynęta czekała około miesiąca. W zatłoczonym tramwaju rozległ się wrzask. Raniony dresiarz wyskoczył z pojazdu wraz z wbitym po kości leczniczym jeżem…

Myślę sobie o tych wszystkich wcześniejszych przypadkach leżąc z 25 igłami wbitymi na całym ciele i wsłuchując się jednocześnie w atmosferę miejsca.

– Mówiłem żeby pani zmywała korytarz po południu a nie kiedy przyjmuję pacjentów! Teraz całą wodę, a właściwie błoto, mam w gabinecie!

Pomimo porannej pory lampy świecą prosto w oczy… Lekarz przyjmuje kolejną komórkę z wielką uprzejmością umawiając się na zabieg… Za oknem panowie omawiają warunki pracy przy asyście dudniącej śmieciarki…

Atmosfera zbudowana perfekcyjnie.

Z głośnika rozbrzmiewa śpiew ptaków, szum wody, kojąca muzyka…

PRZEWIETRZANIE BLOGÓW

Zawiał wiatr i kolejny raz przewiało moje wpisy na onetowskich blogach. Tym razem wygląda na to, że już ostatecznie.

Część blogów wcześniej utraciłem, część przekazałem pod opiekę innym. Ogólnie wydaje mi się,  że do tej pory założyłem około stu. Pierwszy to był meksykański… Szukałem miejsca na prezentacje zdjęć o ceramice, a to był dobry adres na początek. W 2004 roku blogi nie cieszyły się dobrą sławą, ale pomimo to Onet je uruchomił. Wstawiłem na nie wszystkie swoje materiały tworząc rodzaj sieci powiązanej linkami. Z czasem BlogOnet udekorował mnie srebrną gwiazdą świadczącą o tym, że byłem jednym z pierwszych blogujących na tej platformie.

W Poradniku ceramicznym udostępniłem bezpłatnie swoje wieloletnie doświadczenie. Pisałem, rysowałem i publikowałem nawet trzy porady dziennie łącząc się z siecią przez modem telefoniczny. Miesięcznie płaciłem telekomunikacji nawet powyżej 500 złotych… Nie było łatwo. Nie od razu materiały były publikowane. Czasami musiałem je wpisywać kilkakrotnie. Na Garncarzu Nowatorze pisałem codziennie. Teraz, przy przenoszeniu blogów, doliczyłem się na nim około trzech tysięcy wpisów. Ocalały komentarze, które dodają smaczku moim wpisom. Kaktus, towarzysz pierwszych opowiadań, znalazł miejsce w nazwie naszej pierwszej, Nieformalnej, Niezależnej Grupy. To z nią (nim) przełamaliśmy swoją obecnością monopol lokalnych twórców  w Bolesławieckim Święcie Ceramiki! W internecie udało się skupić grono ceramików. Żeby nasze znajomości nie były jedynie wirtualne, to w 2003 roku zapoczątkowałem spotkanie w świecie realnym, na tzw. Czwartkach Ceramicznych. W 2005 r. jako Grupa Ceramików Ckwadrat zorganizowaliśmy 1. Warszawskie Spotkania Ceramiczne, a pod koniec roku powołaliśmy do życia Związek Ceramików Polskich.

Platforma BlogOnet wspierała wszystkie moje działania. Przydzielała mi coraz większą pojemność bloga. Dopiero teraz przy przenoszeniu przekonałem się o bogactwie tych zasobów. Przeciętny blog zajmuje około 0,7 MB a Garncarz zajął 17MB. Otrzymałem również miejsce na bezpłatną stronę, które wykorzystałem dla http://www.zcp.net.pl Stronę przenosiłem chyba trzy lata temu, bo Onet zamknął swoją usługę. Z automatu trafiłem w miejsce tak komercyjne, że właściciel nie miał ochoty na żadną ze mną współpracę. Może kiedyś napiszę szerzej o tym doświadczeniu, bo jest ono bardzo ciekawe pod względem moralnym.

Zdjęcia i rysunki wyleciały z Garncarza albo przypadkowo, albo na skutek szukania miejsca dla nowych wpisów. Dużo ilustracji mam w komputerze i jeśli starczy mi zapału postaram się je przywrócić na właściwe miejsca.

Od pierwszych moich publikacji zadawano mi pytanie dlaczego to wszystko robię, dlaczego tracę czas na coś z czego nie mam złotówki, a nawet je tracę… Nie potrafiłem odpowiedzieć i wtedy i dzisiaj…

W chwili kiedy piszę te słowa, Poradnikowi brakuje 625 wejść do miliona…

Może ten wynik jest jakąś odpowiedzią na dość krępujące mnie pytanie.

APETYT NA NALEŚNIKI

Stałem z jego walizką a on ubrany w buty z cholewami, bryczesy, jasnobeżową dopasowaną marynarkę ze stójką i czapkę, oddalał się w cieniu naszego domu, rzucając w moim kierunku:

– Proszę mi przynieść ręcznik i szlafrok!

– A może ma pan ochotę na naleśniki?

Zatrzymał się  i jakby zastanawiał…

– A z czym?

– Z serem.

– To poproszę.

– Dwa, czy trzy?

– Mogą być trzy.

Chciałem jeszcze doprecyzować i zapytać; z cukrem i śmietaną, ale powstrzymałem się dochodząc do wniosku, że podam tak jak sam lubię.

Otworzyłem walizkę nieopatrznie odwrotnie. Cała zawartość ułożyła się w dziwnie kubistyczną piramidę. Wyciągnąłem szlafrok, ręcznik i zamyśliłem się…

Moje pierwsze naleśniki były autorstwa babci. Robione na cygańskiej patelni, na smalcu z hodowanego w naszym obejściu świniaka, mąki kupionej na wsi, jajek od własnych kur i  smażone na kuchni opalanej drewnem…

Babka smażyła, a my z rodzeństwem wykradaliśmy je  ryzykując cios mokrą ścierką przy gromkim okrzyku:

– A kysz mi stąd! Czekać aż skończę!

Te świeżutkie były najlepsze dodatkowo przez to, że zakazane.

Z czasem doszedłem do wniosku, że jeśli tak kocham naleśniki, a w kuchni są jajka, mąka i mleko, to przecież mogę sam je zrobić… Z ciastem nie utrafiłem od razu, bo przecież robiłem „na oko”. Pierwsze sztuki nie chciały odlepić się od patelni,  a kiedy nerwowo podważane łopatką już się odlepiły, to zostawiły przeciągły, tłusty ślad na ścianie. Nie wyrzuciłem ich, zjadłem pomimo niedoskonałości.

Po osiągnięciu jako takiej wprawy, zobaczyłem w kinie jak kucharze rywalizują w  podrzucaniu naleśników. Moja reakcja była natychmiastowa. Ciasto, kuchenka, patelnia,  rzut! Placek z trudem odlepił się od sufitu.

– Co to za tłusty ślad nad kuchenką?

– Naleśnik wypadł mi z patelni…

Kiedy w latach sześćdziesiątych wylądowaliśmy z rodzeństwem na dłuższe wakacje w Gdańsku przy ul. Łąkowej, wygadałem się, że potrafię smażyć naleśniki. Dano mi składniki i sprzęt.

– A mikser?

– Elektrycznego nie mam, musisz poradzić sobie ręcznym.

W pierwszej chwili nie wiedziałem jak się nim posługiwać, ale ciotka pokazała, że półkoliste drewienko z nacięciami umieszczone na końcu kijka zanurza się w składnikach, a drugi koniec umieszcza się między dłońmi i trze tak jakby krzesało ogień.

To było wyzwanie, ale udało się.

Inna ciotka, mieszkająca w Szwecji, sama wpadła na pomysł, że ugości nas naleśnikami. Efektu nie będę opisywał, powiem jedynie, że wtedy pierwszy raz bardzo mocno uwierzyłem w siebie.

Równie ciekawego doświadczenia doznałem w stanie wojennym. Nie było mąki pszennej, kupiłem jaka była, a była kukurydziana. Przyrządziłem wszystko jak zwykle oczekując określonego sukcesu… Pierwszy naleśnik wyszedł bardzo żółty i tak ciężki, że zwątpiłem w swoje umiejętności. Rezultat od razu trafił do śmieci. Nie potrafiłem naruszyć swojej naleśnikowej estetyki nawet pomimo tak wielkich trudności zaopatrzeniowych.

Wracając do teraźniejszości… Zamówienie trzech naleśników z serem, cukrem i śmietaną, okazało się nie do końca prawdziwe. Naleśniki owszem wykonałem, ale ów gość w butach z cholewami, bryczesach, dopasowanej marynarce i czapce, okazał się Josifem Wissarionowiczem Dżugaszwili, czyli Stalinem…

Na szczęście odwiedził mnie jedynie w dziwnym styczniowym śnie.