KONTAKTY

Kontaky

Wieloznaczność tego słowa zrodziła się chyba dopiero wraz z elektryfikacją kraju. Przy lampie naftowej można było pozwolić sobie na kontakt towarzyski, emocjonalny, a po zdmuchnięciu nawet i płciowy. Temu ostatniemu ku pamięci zawdzięczamy nasze istnienie.

Problemy, przynajmniej dla mnie, pojawiły się po trafieniu elektryczności pod strzechy. Na wakacyjnej wsi obowiązywały jeszcze lampy naftowe, ale w marysińskim domu w każdym pomieszczeniu były już kontakty elektryczne…

Nie przypominam sobie celu mojego dziecięcego doświadczenia, ale jego szczegóły tak…Gapiąc się dłuższy czas w zaparkowaną w kontakcie wtyczkę od lampy stojącej, wpadłem na rewelacyjny pomysł, aby pomiędzy wtyczkę a kontakt wcisnąć naprężony sznurek konopny… Udało się. Wyglądało ciekawie, ale mało nowatorsko… Powtórzyłem doświadczenie tym razem z namoczonym w wodzie sznurkiem. Błysnęło! Przeleciało po rękach do głowy, wyskoczyło zostawiając irokeza i zniknęło w ciemnościach. Z kuchni jednocześnie dobiegł głos zniecierpliwionej babki:

– Znowu te dziadowskie korki!

W anińskiej szkole fizyk noszący ksywkę „Żarówa” z lubością  przeprowadzał doświadczenie, w którym jeden z uczniów trzymał dwa przewody wpięte do prądnicy prądu stałego, a drugi miał za zadanie zakręcić  korbką urządzenia. Dawka była niegroźna, ale spektakularna i można powiedzieć, że pouczająca.

W liceum dla pracujących, do którego zapędziło mnie życie, jeden z kolegów znudzony edukacją wypiął koleżance z włosów trzy metalowe spinki, dwie włożył prostopadle w kontakt, a trzecią, kładąc w poprzek wystających, zamknął obwód doprowadzając do spięcia. Nastała ciemność, w której natychmiast pojawiło się światło latarki a za nim milicjant (uczeń) z psem (asystent ucznia) i dyrektorem:

– Ja i dyrektor bardzo dobrze wiemy, że dywersja miała miejsce w tej klasie! Mamy odpowiednie siły by zdemaskować przestępcę!

To było pustosłowie. Kolega wiedział  co robi i nie zostawił żadnych śladów. Nieoficjalnie zostaliśmy uznani za klasę roku i zaczęto odnosić się do nas z wyraźnymi oznakami szacunku.

W tym roku przyszedł czas na remont domu a po nim mozolne montowanie między innymi kontaktów elektrycznych. Z lenistwa nie wyłączałem korków i kilka razy poczułem się o parę lat młodszy pobierając z sieci niezmiernie rześką dawkę energii.

Na kontakty trzeba uważać, bo mogą wstrząsnąć człowiekiem i to nie tylko te elektryczne …

 

Reklamy

LATO, REMONT, ZEBRANIE REDAKCJI

Przebudziłem się, patrzę, sufit, a wczoraj było tak pięknie…

Zadzwonił telefon. Poderwałem się i rozpocząłem nerwowe poszukiwania… Ucichł, ale i tak postanowiłem go odnaleźć, jest przecież niezbędny… Po kilku nieudanych akcjach zdecydowałem, że jeśli zadzwoni jeszcze raz, to nie dam mu szans, bo przecież wiem już gdzie go nie ma. Słońce prześwietliło mieszkanie na wskroś. Namolny kot ociera się o nogi wyznając miłość. Jedyny moment czułości. Za chwilę zje i zniknie w ogrodowych czeluściach…

Zwykły poranek i zwykłe zdarzenia, które stawiają człowieka w pionie, smarują stawy i każą wędrować w życie… Chleb dziwnie się kroi, ale chociaż widać, że to ręczna robota to obeszło się bez plastrów… To samo z żółtym serem. Pomidora postanawiam już nie męczyć. Atakuję go w całości… Łyk herbaty,  jakieś przemyślenia, próba planu na najbliższe chwile… Telefon!

Znalazłem drania błyskawicznie, nie wiadomo dlaczego był w skarpetce. Nie miałem czasu nawet dokładniej się zdziwić, bo już płynął z niego syreni blond głos;

– Dzisiaj o 11.00 zebranie redakcji. Stop. Obecność obowiązkowa. Stop. Bez odbioru.

Serce przyspieszyło spodziewając się najwyraźniej, że i reszta ciała zrobi to samo. W nadwyrężony program dnia wbił się nowy punkt i to społeczny. Dopasował się tak jakby w nim tkwił od miesiąca.

Kawa uświadomiła mi aktualny stan rzeczy, remont domu podejrzliwie obserwowany przez bliskich i dalszych sąsiadów. Rozebrana szopa postawiona A.D. 1978 jako siedziba sztabu ds. budowy domu. Wywiezione dwie tony złomu, 50 m³ żmudnie zbieranych przez lata drobiazgów mających kiedyś się przydać… Żal? Właściwie zdziwienie odzyskaną przestrzenią… Meble stawiane pod drzewem na ulicy znikały niczym gorące bułeczki. Pojawiła się nawet karteczka: – Kiedy następna dostawa?

Nadprogramowym rowerem ucieszył się główny rozbiórkowy, człowiek niezwykle przemyślny i silny, bez którego nie byłoby tak spektakularnego sukcesu…

Nie skończyłem reasumowania a już okazało się, że dochodzi jedenasta. Zebranie!

W redakcji nikogo, jedynie przemiła gospodyni karmiąca panią bibliotekarkę dopiero co sporządzoną konfiturą jabłkową.

– Spadają niczym manna, grzech by było ich nie wykorzystać. Maleństwa. Roboty jak przy haftowaniu, ale efekt… Sam spróbuj.

– Mmmm, pyszne!

11.07. Z braku obecności serca redakcji gospodyni wykonuje ponaglający telefon.

– Już biegną. Zatrzymały je jakieś nadzwyczajne sprawy.

Dzwonek do drzwi, zawierucha, i stół w salonie zaludnia się do granic możliwości.

– Moi drodzy, zaczynamy jak zwykle od podsumowania ostatniego numeru…

I rozpoczęła się szczegółowa analiza wszystkiego tego co udało nam się opublikować w radosnym numerze pod wezwaniem Dnia Dziecka. Poza niezwykle mądrymi tekstami o przemijaniu, bibliotece, z którą dzielimy przyjaźń od zawsze, promieniowaniu, które leczy, o Hindusach w Wawrze, młodych sportowcach, pięknym pomyśle na życie, niańczeniu, poezji dziadka, prywatnej bibliotece, złośliwym felietonie spod kapelusza, pojawiło się 11 zdjęć redaktorów do tego stopnia odmłodzonych, że aż powstał z tej okazji konkurs. Nie wygram… Udało mi się rozpoznać jedynie siebie…

Na stół wjechały przemyślne kanapki, ciasta, jagodzianki, galaretki i coś, o czym w samo południe nie wypada wspominać, nawet jeśli jest się jedynie obserwatorem, bo przepisy ruchu drogowego nie pozwalają na więcej…

– Moi drodzy proszę o pomysły do następnego wydania…

Tu zebranie zmieniło się w tajne, bo przecież bez sensu byłoby ujawnianie niespodzianek misternie szykowanych przez ciało redaktorskie. Zapowiada się w każdym razie hit. Pomysły prześcigały się z cateringiem. Długopis redaktor naczelnej rozgrzewał się do czerwoności. Senior redaktor z uznaniem kwitowała większość pomysłów dystyngowanym skinięciem głowy. Redaktor prowadząca, autorka wegańskich kanapek, po czterech godzinach owocnej pracy, zasugerowała koniec spotkania. Przyjęliśmy to z niekłamanym rozczarowaniem. Na delikatne pytanie o podwyżkę, redaktor naczelna hojnym gestem podniosła wszystkim wynagrodzenie o 100%! Ktoś stwierdził:

– Zero podniesione o 100% to chyba dwa zera. Zawsze coś.

ps

Omawiany na zebraniu numer można przejrzeć poniżej:

OD KAŁUŻY DO WARSZAWSKICH SPOTKAŃ CERAMICZNYCH

Człowiek rodzi się do życia w grupie i  cały czas  poszukuje tej najwłaściwszej.

Kiedy w przedszkolu pojawił się ceramik i dał nam do ręki glinę, nie przypuszczałem, że zostanę nią naznaczony. Miętosząc plastyczną masę dziwiłem się, że jesteśmy wszyscy z niej ulepieni. Dodatkową wątpliwość zasiała we mnie Środa Popielcowa i ten szczegół, z którego wynikało, że mam się w proch obrócić…  W czasie mszy, jako jedyny z setki przedszkolaków, nie chciałem dać sobie posypać głowy. Dopiero wielominutowe negocjacje doprowadziły do tego, że pojąłem swoje zbyt dokładne rozumowanie i szczęśliwy wróciłem do grupy.

Moje naznaczenie gliną doprowadziło do tego, że już w trzeciej klasie podstawówki stałem się specjalistą od kąpieli błotnych. Późną jesienią wracaliśmy wawerskimi bezdrożami ze szkoły. Kolega nieopacznie wszedł do kałuży i tak mu się przed koleżankami głupio zrobiło, że spąsowiał do granic możliwości. Ratując go z represji, zaatakowałem kałużę na bombę, uwalniając fontanny brunatnej breji. W sekundę stałem się glinianym ludzikiem i guru dowcipu dla idących z nami dziewczynek.

Spektakl trwał do mementu kiedy lekki przymrozek przeniknął w głąb mego zmoczonego ciała. Szczęśliwie dom był blisko. Zamknąłem się  w łazience wskakując do wanny w pełnym rynsztunku. Potajemną przepierkę równie potajemnie rozwiesiłem na strychu. Miałem jednak pecha. Nocny mróz przemienił pranie w blachę… Zostałem zdemaskowany rano i po złośliwym kazaniu poszedłem do szkoły ze złamaną dumą, rozgrzanymi pośladkami i w pierwszokomunijnym garniturku.

To był prawdziwy chrzest bojowy.

Wszystkie następstwa kąpieli, wynagrodziłem sobie poczuciem chwilowego przywództwa w grupie.

Cóż, doświadczenie zyskuje się z czasem…

Wyciągając wnioski, że tego typu zachowania mogą prowadzić do zacieśniania więzi, ciągnąłem dalej temat z akcentem na glinę. Powoli poznawałem tajniki zawodowej ceramiki. Mając 20 lat skonstruowałem z kolegą koło garncarskie. Za toczek posłużył zakopiański drewniany talerz. Główną oś zbudowaliśmy w oparciu o części rowerowe. Siłę napędową stanowił silnik od pralki Frani z nabitym gumowym odbojnikiem drzwiowym. Całość osiągała takie szybkości, że z trudem posadowiona glina tynkowała nas bez skrupułów…

Kolejne lata doświadczeń nie uchroniły mnie przed następną przygodą.

Kiedy wydawało się, że już mnie nic nie zaskoczy, przydarzyła mi się znowu kąpiel. Tym razem zalewałem gliną 110 litrową formę gipsową. Pasy ściągające, najwyraźniej znudzone monotonią, zaczęły lekko popuszczać, a ze szpar formy zaczęła  sączyć się coraz szybciej gliniana masa. Ratując się zgubiłem drewniaki. Glina na okularach odcięła mnie od świata. Tonąc czekałem końca i marzyłem o pracy w grupie…

Tego typu mniej lub bardziej niezwykłe opowieści można usłyszeć na Warszawskim Święcie Ceramików. Przybywa ich wprost proporcjonalnie do ilości nowych osób, które tak jak ja zostały naznaczone gliną. Ta piękna materia posiada nieprzeciętne właściwości terapeutyczne. Widać to po mnie, ani jednego siwego włoska, jedynie łysina, którą bez problemu mogę zatynkować garścią terapeutycznego tworzywa.

Tęsknota do wspólnego działania, doprowadziła do tego, że w 2003 r. powołałem do życia comiesięczne spotkania ceramików, tzw. Czwartki Ceramiczne. W 2005 r. z ceramikami poznanymi w internecie zorganizowaliśmy 1. Warszawskie Spotkania Ceramiczne i założyliśmy stowarzyszenie Związek Ceramików Polskich. W tym roku, jako bardzo doświadczona grupa, będziemy organizować po raz czternasty Warszawskie Spotkania Ceramiczne. Ponad trzydziestu artystów nie może się już doczekać, żeby móc postawić na wodzie rzeźby ceramiczne. Ponad sześćdziesięciu ceramików z całej Polski dawno wypaliło swoje prace i aranżując ekspozycje czeka na plenerowe spotkanie… Paraluzja, duet muzyczny z Dolnego Śląska, już stroi swoje instrumenty, by akompaniować nam przy ceramicznych rozważaniach. Gość specjalny z województwa warmińsko-mazurskiego przeniesie wszystkich w dawne czasy pokazując jak to się kiedyś garnki kręciło!

Atrakcji dla najmłodszych nie zabraknie.

Atmosfera od 2005 roku po dziś dzień jest unikalna i niezwykle gorąca.

To jest miejsce gdzie nasze dzieci i wnuki mogą, tak jak ja kiedyś, przekonać się do niezwykłego materiału, z którego przecież wszyscy jesteśmy ulepieni. To jest miejsce  gdzie mogą przekonać się do  pracy w grupie i może kiedyś też założą stowarzyszenie.

_______________

Zapraszam na 14 Warszawskie Spotkania Ceramiczne 9 czerwca 2018 w godz. 11-18 do Centrum Promocji Kultury Dzielnicy Praga Południe m. st. Warszawy przy ul. Podskarbińskiej 2.

Na facebooku (http://tiny.pl/g8jg3) i yuotubbe (http://tiny.pl/g8jth) można zobaczyć historię naszych WSC.

FOTO: Krzysztof Wasilczyk

O TYM, JAK CASANOVA SKOŃCZYŁ POD PANTOFLEM

 

Jeden z moich pierwszych autorytetów, któremu do tej pory nie mogę darować, że pożyczył ode mnie na chwilę angielski kompas  w gumowej oponce i ta chwila trwa już ponad 60 lat…

Otóż ten jeden z pierwszych moich autorytetów, od którego uczyłem się jednoczesnego palenia dziesięciu papierosów wciśniętych na szerokość dziecięcych ust…

Ten gość, masakrujący wszystkich rówieśników umiejętnościami piłkarskimi…

On, zarywający najpiękniejsze kąski płci przeciwnej, okazał się w rezultacie człowiekiem niezaradnym. Już po pierwszym skonsumowanym małżeństwie zaczął pracować na ciuchach w Rembertowie. Zawdzięczał to starszej o pięć lat siostrze, która w owych czasach stawiała na intensywną wymianę handlową z krajami demoludów.

To on, zapalając pierwszego papierosa, rozsiadał się w turystycznym foteliku, przed właśnie otwartym kramem, zabierając się do lektury nekrologów w Życiu Warszawy, głośno wzdychał:

– Trzeba zobaczyć kto dzisiaj rzucił palenie…

Ten mój przyjaciel z sąsiedztwa i wczesnej edukacji, chwilę po incydencie handlowym, a może i w trakcie, został taksówkarzem.

Nie wiem co teraz się z nim dokładnie dzieje, ale wiem,  że to jeden z trzech kumpli taksówkarzy, który przeniósł swój interes za ocean.

Gdybym posiadał dar przepowiadania…

Chociaż czasami wydaje mi się, że posiadam… Potrafiłem przecież przewidzieć kilka drobnych faktów takich jak upadek kogoś z drabiny, dymisję kierownika, czy sytuację w budce z piwem przy Politechnice Warszawskiej (1973), kiedy jeden z roztargnionych bywalców włożył niezakręconą butelkę spirytusu dnem do góry za spodnie na wysokości rozporka. Przewidziałem, że będzie cierpiał i to dwukrotnie. Raz z powodu pioruńskiego bólu towarzyszącego dezynfekcji centrum męskości, dwa z niemożliwości wylizania chociażby resztek…

Gdybym jednak posiadał prawdziwy dar przewidywania, to bym wiedział, że ów kumpel z młodości zostanie w rezultacie taksówkarzem. Wszystkie cechy, którymi mi tak imponował przypisałbym przyszłemu zawodowi. Być może wtedy nasza znajomość  przebiegałaby inaczej, bo ja przecież chciałem być księdzem…

Ostatnie wieści z USA szepczą, że mój ideał, zdobywca niewieścich serc, handlowiec, piłkarz, taksówkarz , swoim drugim podejściem do małżeństwa, radykalnie zmienił stosunek do życia. Nie dość, że stał się pantoflarzem,  to jeszcze takim co to słowa nie może powiedzieć… Nie mogę sobie j tego wyobrazić… On wódz, bawidamek, światowy człowiek…

Cóż, świat się zmienia, ludzie też…

Choć każda wiosna jest identyczna, to za każdym razem wypada równie mocno się nią cieszyć, nawet oglądając jej wdzięki z pozycji mocno przyciśniętej damskim papuciem.

I mam nadzieję, że on to jednak robi.

 

PODATEK OD WIOSNY

– Jeszcze w tym roku wprowadzają podatek od wiosny… Głupia sprawa, bo nie da rady powiedzieć, że się nie korzysta…/- O, tyle im zapłacę! Ewentualnie mogę im odstąpić 1% od dochodów, ale w naturze; rurka, grabie, albo takie tam…/- Grabi to może nie, bo i bez nich sobie radzą…

Czterech wolnych ludzi grzało się w promieniach słonecznych na ledwo wystającej framudze okna punktu fryzjerskiego. Piąty, zakapturzony, stał  niczym dyrygent i podrzucał bieżące tematy. Słońce ich lubiło i to z wzajemnością. Z czeluści kieszeni wyciągali kolejne skarby, by wyłuskać z nich znalezione wcześniej pety i nabożnie rozpalać.

– Paczcie jaką ma brykę… Pokazał na starszego pana wysiadającego z eleganckiego auta…/- Będzie miała z siedem zer, a karoseria jak u dzierlatki…/- Mało jeżdżona… Gość na odwyku… Pewnie mu lekarz zabronił…/- Pamięć już nie ta, zapomniał…

Samochód był nowy, ale w środku siedziała elegancka starsza pani, najwyraźniej żona kierowcy.

– Może zagadamy? Gość poszedł na pocztę, to mamy jak nic godzinę./- Od kiedy ty taki szybki? Wczoraj była okazja zaciągnięcia kredytu bezzwrotnego, to najpierw stwierdziłeś, że załatwisz a potem, że sąsiadek nie ruszasz…/- E… Mgła mi po nocy z oczu nie opadła. Nie rozpoznałem od razu …/- Ona nawet chciała pogadać…/- Jej tylko jedno w głowie… Koniecznie chce mi jakąś robotę załatwić… A ja mam zasady… Na emeryturze nie pracuję./- Przecież to emerytura twojej matki!/- I co z tego? Jaka to różnica?/- Taka, że swojej to na 100% nie dożyjesz!/- Nawet nie zamierzam. Nie będę sępił na biednym narodzie.

Jeden z siedzących wstał. Masując pośladki poszedł obok przed wystawę księgarni. Myślałem, że tam sobie siądzie, ale z wyraźnym zainteresowaniem zaczął oglądać wyeksponowane woluminy.

– Widzieliście jaki literat!/- Szkoły ma, to co mu żałujesz…/- Poszedłby do monopolowego, tam są fajniejsze tytuły… Jakby się wciągnął, to mógłby wziąć udział w akcji „Cała Polska czyta dzieciom”… A my, sierotki, chętnie byśmy posłuchali…/- Kiedy kelnerowałem w Forum to po pracy chodziliśmy czytać do takiej zdechłej speluny bez okien… Trzeba się było odchamić po tylu godzinach luksusu… Pracowała tam taka jedna bez przednich zębów… Chcieliśmy się zrzucić na protezę…/- E, dajcie panowie spokój. Szkoda waszych emocji. Takie butelki teraz robią, że proteza nie wytrzyma…/- A złota? Złoto przecież jest bardzo kowalne…/- Skąd tu złotą wziąć?/- Na ręczniaku gość wczoraj miał za jakieś marne grosze…/- Ale ja Goldwasser nie pijam.

– Paczcie! Wchodzi do księgarni! Odbiło mu czy co?

Doskoczyli do szyby i zaczęli komentować./- Książkę bierze! Nawet dobrą stroną…/- Uczony to wie…/- Jaka gruba!/- Chowaj i chodu!/- E, idzie do kasy!/- A kasa skąd?/- Przecież ma rodziców…/- To my z nim siedzimy, zwierzamy się z miłości do procentów, a ten wydaje na jakąś makulaturę!

Kumpel wyszedł z księgarni. Otoczyli go szczelnie miotając oburzeniem:

– Odbiło ci!? Tyle picia stracić!/- Spoko… Kupiłem kodeks karny. Obronię nas przed podatkiem od wiosny.

 

DZIEJE ZWYKŁEJ PRZYJAŹNI

Żeby dostać się do prywatnej szkoły Sióstr Felicjanek, trzeba było chociaż rok zaliczyć w ich przedszkolu. Ja uczęszczałem tam od początku, razem ze swoim starszym rodzeństwem. Byłem przedszkolakiem z wieloletnim stażem, kiedy K. dołączył do nas.

Już w grudniu Mikołaj wręczył wszystkim dzieciom standardowe paczki ze słodyczami. Ktoś dostał prezent bardzo szczególny, narty,  albo coś w tym stylu. Ktosiem był K.

Ciekawa ksywka przylgnęła do niego, kiedy zaczynaliśmy piłować literki w pierwszej klasie. Trochę mu jej zazdrościłem. Na mnie wołano „osa”, a na niego „lak, lyba, lynek”. To był wynik dziecięcego niewymawiania „r”.

Przed szkołą, jak zjawa z innego świata, pojawiał się elegancki wartburg, jedyny samochód w okolicy. To K. był nim przywożony na zajęcia.

Zimą, po upaństwowieniu szkoły (3 klasa), doszło do walki na śnieżki. Ktoś z braku amunicji użył lodu. Lód trafił w głowę schowaną pod skórzaną pilotką. Tym razem nie wiadomo kto był ktosiem, ale kontuzjowanym z raną ciętą i krwotokiem był K. Potężna awantura przeleciała po szkole, winnego nie ustalono.

Nasze męskie przyjaźnie nie były jeszcze do końca ukształtowane. W wyniku przeróżnych przepychanek i bijatyk przegrupowywaliśmy się co chwila. Zawsze jednak potrafiliśmy się zjednoczyć przy wyborze którejś z dziewcząt na obiekt chłopięcego pożądania i bohaterkę opłotkowej literatury.

W ciepłe dni jeździliśmy do szkoły rowerami. Kolega dosiadał elegancką, młodzieżową damkę, ja jeździłem równie dobrym sprzętem po starszym rodzeństwie, z różnego rodzaju terkotkami własnej konstrukcji.

K. grywał w piłkę na pustych placach z kolegami z sąsiedztwa. Mnie ten sport mniej pociągał. Kiedy uprawiałem go ze starszym bratem to ten obsadzał mnie zawsze na nudnej bramce. Kręciliśmy się po okolicy zacieśniając przyjaźnie. Któregoś słonecznego dnia K. zaprosił mnie na basen w swoim ogrodzie. Było pięknie. Wtedy poznałem jego wujka, starszego pana, który perfekcyjnie pielęgnował ogród i zajmował się wszelkimi pracami gospodarczymi. Opowiadał nam fascynujące historie, m.in. o tym jak rozbrajał potulnych Niemców wraz zakończeniem I Wojny Światowej. Od niego usłyszałem jakże filozoficzne zdanie: Przycinając coś na wymiar trzeba to kilkakrotnie zmierzyć, a i tak wyjdzie za krótko…

W domu K. pracowała wtedy młodziutka gosposia, fanka mini spódniczek. Wujek z upodobaniem upuszczał klucze, ona schylała się po nie, a on cieszył oko wdziękami młodości.

Nasza przyjaźń z K. nabierała mocy. Robiliśmy wspólne wypady do centrum Warszawy by poznawać topografię miasta. Jeździliśmy pociągiem, bo wtedy, było to najszybsze połączenie. Bywaliśmy na Brzeskiej, gdzie jego rodzice prowadzili sklep. Za każdym razem posyłali nas po bazarowe pyzy, których smak do dziś pamiętam.

W szkole podejmowaliśmy się wspólnie różnego rodzaju prac. Któregoś razu kleiliśmy w domu K. gazetkę ścienną. Zeszło się do północy. Wracałem przez cztery ciemne place. Szedłem po przekątnej, gdy zobaczyłem na drugiej przekątnej zawoalowaną kobietę idącą w moim kierunku. W miejscu przecięcia naszych dróg postać przemówiła: – Która godzina? – Trochę po północy… Odpowiedziałem, a wszystkie włosy stanęły mi dęba. Postać minęła mnie. Obejrzałem się… Nikogo nie było! Dalszy odcinek do domu pokonałem z szybkością światła. Nikt nie uwierzył w moją przygodę. Cóż, duch to duch…

K. dostał ponton. Zaczęły się wycieczki nad Zalew Zegrzyński i na różne glinianki. Jego tata był wędkarzem. W Pyrach pierwszy raz trzymałem w ręku spinning. Najwyraźniej nie był on moim przeznaczeniem. Bez przerwy zaplątywałem żyłkę, by na koniec ją zerwać. Taki stan utrzymałem po dziś dzień, bo w 2014 roku identycznie mi się łowiło.

W czasach Beatlesów mieliśmy incydent muzyczny. Dobraliśmy się we czterech. K. znający język angielski, nadał nam nazwę The Blue Birds. Odbywaliśmy systematyczne próby. W całej działalności zespołu było kilka drobnych mankamentów… Tylko jeden z nas potrafił grać i to niestety na akordeonie. Mieliśmy na szczęście jeszcze talerz od perkusji, więc umiejętnie kładliśmy go pod nogę akordeonisty, a ten wystukiwał nim dodatkowo rytm. Nikt z nas nie potrafił tego lepiej…

W czasie prób K. zaczął interesować się siostrą naszego jedynego muzyka, u którego ćwiczyliśmy. To zaważyło na trudnej, ale demokratycznej decyzji. The Blue Birds przestało istnieć.

Bywaliśmy u mojego stryjka na Saskiej Kępie. Przedwojenny sędzia grodzki wspominał Syberię, na którą trafił  jako pierwszy delegat do Armii Radzieckiej o pomoc dla powstania. Legionista, akowiec i Sybirak był radcą prawnym Ministerstwa Kultury. Dzięki temu mieliśmy bilety na różnego typu imprezy. W cyrku siadaliśmy w loży honorowej…

Nasze pierwsze miłości… Od jednej zakochanej dziewczyny K. dostał stary, srebrny zegarek z dewizką i pięknie grawerowanymi kopertami. Te cudo przestało cykać,  a byliśmy właśnie pod nowym zjazdem z mostu Poniatowskiego… Postanowiłem poratować kolegę i na ławce wśród traw otworzyłem polowy zakład zegarmistrzowski. Scyzorykiem wdarłem się do środka zegarka. Kombinowałem tak długo, aż jak z katapulty wyskoczyła sprężyna z trybikiem. Pocisk niestety wpadł w gęste trawy. Jakoś udało mi się zamknąć zegarek a K. niezwłocznie postanowił go oddać właścicielce. To nie była moja pierwsza ani ostatnia reperacja. Mój zegarmistrzowski zapał nigdy nie kończył się pozytywnie.

W opisanej naprawie zaleta była taka, że nie zostały mi w ręku żadne części.

Co do suwenirów od naszych miłości to sytuacja na tyle się zmieniła, że K. podsumował ją tak:

– O co chodzi? Czy to moja, czy twoja dziewczyna, to podarki trafiają wyłącznie do ciebie…

– Też tego nie rozumiem, ale  to mi nie przeszkadza.

Przed egzaminami do ogólniaka umarł ojciec K. Starałem się jakoś go pocieszać i jeszcze częściej bywałem w jego domu. Zawsze było coś do przegadania albo zrobienia. Jazdy rowerowe uzupełnialiśmy jazdami motorowerowymi. K. był urodzonym rajdowcem. Kręcił kółka, skakał po górkach, najeżdżał z impetem na drzewo stwierdzając; – Lubię, jak mnie tak telepie!

Miał psa-boksera, emerytowanego medalistę. Ja miałem piękną bokserkę-znajdę.- Swatamy? No i zeswataliśmy. Psy szczepiły się u K. na podwórku, a my spanikowaliśmy. nie wiedząc, że tak to u nich bywa. Nagabywani telefonicznie znajomi radzili, by im stawiać osobne miski, nakłuwać szpilką… Wróciła z pracy mama K . – Jaki ten twój piesek piękny, a jaki wesoły! Przeraziliśmy się wizją radośnie szczepionych psów, ale okazało się, że było już po wszystkim.

Wraz z ukończeniem szesnastego roku życia K. zdobył prawo jazdy. Dla szlifowania swoich umiejętności kupił stare DKW, które musiał pilnować przede mną, bo uporczywie chciałem je przerobić na kabriolet odpiłowując dach.

Kolejnym jego pojazdem był biały maluch. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu w domowym garażu, gdzie K. nieustannie przerabiał, rasował silniki, drapał i lakierował jakieś samochodowe części. Zaangażował się w rajdy samochodowe. Czasami pełniłem rolę pilota. Po jednej z anińskich prób pokonania piaszczystego Delmaka (górka w Aninie) wyciągał nas koniem okoliczny rolnik…

W ogólniaku tworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma kolegami. Mieliśmy zajęcia na polowej strzelnicy (górka Delmaka). Jeden z naszych niósł tarczę i wyłamał się z szyku, bo piasek zaczął mu się wsypywać w nowiutkie lakierki. Nauczyciel Przysposobienia Obronnego wezwał go do siebie przed szpaler złożony z około czterdziestu uczniów. Zamachnął się wyciorem od kbks. Metrowy, hartowany pręt przeciął koledze palce. „Wojsko” stało sparaliżowane. Trąciłem K. i drugiego kumpla mówiąc: – Wychodzimy! Pobiegliśmy do ranionego kolegi, który w nerwach szukał kamienia, by się odwdzięczyć. Nauczyciel był bokserem i ciężarowcem. Nie mieliśmy z nim szans, bo na sparaliżowanych kolegów nie mogliśmy liczyć…

W tym czasie w domu K. gosposią była starsza pani przepysznie gotująca i niesamowicie wyrozumiała dla wszystkich naszych młodzieńczych szaleństw. Tak się zaprzyjaźniliśmy, że później na moim weselu odśpiewała a cappella piękną  przyśpiewkę podlaską…

K. trafił do wojska. Z jego mamą z okazji przysięgi pojechaliśmy do Katowic. Młodego żołnierza przenieśli do Warszawy. Byłem w jego jednostce na tzw lewiźnie, czyli przez płot. K. przygotował transakcję pomiędzy dwoma zbieraczami staroci, mną i dowódcą jego kompani.

Kiedy trafiłem do Marynarki Wojennej, on, będąc już w cywilu, znalazł się na terenie mojej jednostki również nielegalnie i w dodatku samochodem. Załatwiłem mu wyżywienie i nocleg w marynarskiej kanciapie. Z jego strony był to wyjazd typowo turystyczny.

K. zaczął latać do Londynu. Z jednej z takich wypraw przywiózł tajemnicze nasiona. Zasiał w doniczce i uporczywie podlewał. Roślinka rosła rozcapierzając swoje piękne zielone liście. Kiedy zaczęło jej być za ciasno, K. przesadził ją do ogrodu, gdzie rosła i rosła… Przerosła dom, podwiązane sznurki przestały jej zapewniać stabilność. K. przystąpił do żniw, szatkowania i suszenia. Nie było mnie w tym czasie w Warszawie i nie dostąpiłem degustacji, ale z relacji smakujących wynikało, że trawka nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

W czasach hippisowskich mieliśmy spore kolekcje winyli. K. swoją gdzieś zapodział, moja uprzyjemnia mi życie do dziś. Wtedy przerobiliśmy jedno z pomieszczeń strychowych na pokój dzieci kwiatów. Oj, działy się tam różności… Wracając z czyichś zimowych imienin postanowiliśmy przedyskutować wieczór w naszym Wawer Hippi Center. K. wszedł oficjalnie, reszta miała wspiąć się po rynnie, by nie budzić domu. Kiedy byłem już na szczycie rynna odpięła się i z przeraźliwym hukiem wylądowałem w różach wystających ze śniegu. Chyba obudziłem nawet sąsiadów. Gospodyni zdziwiona stwierdziła: – Przecież macie klucze…

K. studiował filozofię przyrody. Pewnego dnia oznajmił, że jedzie na sympozjum naukowe do Lublina.

– Do Lublina? Może dam ci kontakt. Wujek jest tam komendantem milicji największej dzielnicy. – No, coś ty. Jadę w celach naukowych.

Wrócił dużo później niż zamierzał. – Co się stało? – Wykrakałeś! Poszliśmy wieczorem do kawiarni i kiedy zasmakowaliśmy w koniaczku dotarła do nas wieść, że w pobliżu jest dyskoteka. Z kieliszkami w rękach postanowiliśmy zmienić lokal. Przed dyskoteką stał bramkarz, taki osiłek, szafa gdańska. Nie chciał nas wpuścić, więc chlusnąłem mu koniakiem w twarz… Odpowiedź wbiła mnie z nadprzyrodzoną siłą w jakiś kąt. Kiedy się ocknąłem byliśmy już wszyscy aresztowani i wieźli nas do żłobka. Zabrali nam ciuchy, zrobili dyngusa i ubrali przykrótkie komże, takie że z daleka można było ustalić płeć. To była niedziela i w naszej noclegowni nocowała jeszcze prostytutka w identycznym stroju. Rano sprawa. Bramkarz zeznawał jako poszkodowany i do tego pobity przeze mnie. On w idealnym sanie a o mnie lepiej nie mówić…

Mniej więcej w tym samym czasie K. podarował mi czaszkę po trepanacji. Podobno zaczęła przeszkadzać domownikom, a ja właśnie potrzebowałem prawdziwie martwej natury do wprawek z rysunku. Ćwiczyłem w przerobionej na atelier komórce i to czasami do późnych godzin nocnych. Któregoś razu spiąłem czaszkę gumkami, by stanowiła całość na specjalnie drapowanym podeście i odszedłem do sztalug. Zdążyłem jedynie chwycić ołówek, a mój model równo z wybiciem północy przez babciny zegar, runął z hukiem na ziemię. Wróciłem, złożyłem, chwyciłem ołówek i znowu! Przecież duchów nie ma… Już z mniejszą pewnością powtórzyłem czynności a kiedy po raz trzeci wszystko się rozleciało, to nic nie sprzątając zgasiłem światło i pobiegłem do domu spać.

Rano złożyłem czaszkę chowając ją do kartonika. Świadomość posiadania tak nietypowego eksponatu trochę mi przeszkadza. Zadzwoniłem do K. z propozycją zwrotu. W odpowiedzi usłyszałem: – Mój drogi, prezentów się nie oddaje.

Sprawa ułożyła się współcześnie. Prowadziłem zajęcia z ceramiki i jedna z moich uczennic stwierdziła, że ma kolegę lekarza, który może być zainteresowany moim unikalnym obiektem. Po kilku dniach potwierdziła wiadomość i zabrała paczkę. Po następnych zadzwoniła: – Kolega stwierdził, że w jego całym instytucie nie ma tak dobrze zachowanej czaszki. Pyta, ile ma zapłacić? – Nic, ja ją dostałem i przekazuję dalej.

Następnego dnia wręczyła mi tabliczkę czekolady. To była czekolada najdziwniej smakująca…

Ożeniłem się pierwszy. K. był moim świadkiem i woził mnie po plenerach Królikarni i lasów wawerskich na ślubne sesje fotograficzne.

Rok później on brał ślub. Oczywiście byłem świadkiem i też oddałem się do dyspozycji nowożeńców. Jadąc z Panem Młodym po wiązankę mieliśmy wypadek. K. rozbił głową przednią szybę. Poturbowany ledwo się ruszał podczas ślubnej ceremonii…

Nasze wzajemne świadkowanie i wszystkie dodatkowe okoliczności okazały się szczęśliwe.

W związkach małżeńskich trwamy nierozerwalnie już prawie czterdzieści lat.

2018 rok to jubileusz naszej sześćdziesięcioletniej znajomości.

Ciężko opisać taki szmat czasu, bo materiału jest na dorodną książkę. Chciałem ograniczyć się do jednej strony. Nie wyszło. Wiele faktów z naszej przyjaźni zamknąłem już wcześniej w swoich tekstach. Tym opowiadaniem chciałem podkreślić szczególny jubileusz.

Trzymaj się K. i oby tak dalej.

 

UWAGA, PRIMA APRILIS!

Mamy przed sobą ciekawy dzień, 1 kwietnia. To pierwszy dzień świąt, ale i Prima Aprilis… Chyba trzeba będzie zachować daleko idącą ostrożność…

Zawsze ceniłem żarty, ale nie zawsze te z pierwszego kwietnia i nie zawsze żartem cieszyły się obie strony.

Jeszcze w wieku przedszkolnym podsuwałem grzecznie dziadkowi krzesło, by wygodnie usiadł. Kiedy siadał gwałtownie mebel wycofywałem. Ubawiłem się wtedy swoim pomysłem szczerze. Dziadek i rodzice na dowcipie się nie poznali.

Czasami bywało, że konsekwencji żartu nie potrafiłem przewidzieć. Pięć lat starszy kolega dostał kolarzówkę i kręcił wokół nas honorowe kółka. Wcisnąłem mu radośnie hamulec, a że okazał się to hamulec przedni, to przerażony kolarz wywinął spektakularnego orła. Już wtedy poznałem podstawową zasadę filmu komediowego, że po pięknym upadku, następuje jeszcze piękniejsza ucieczka.

W naszym kościele mieliśmy bardzo nobliwego księdza. Pozornie nie widział on i nie słyszał naszych ministranckich figli. Rozliczenie następowało w odpowiedniej chwili. Nie tracąc powagi sytuacji potrafił tak chlapnąć kropidłem w twarz, że wcześniejszy rozrabiaka ledwo łapał powietrze od nadmiaru święconej wody. Pomimo tego typu represji nie rezygnowaliśmy ze spektakularnego huśtania się na kościelnym dzwonie, wsypywania kapiszonów do kadzielnicy, czy podstawiania nogi koledze wracającemu z pełną tacą drobniaków.

Wraz z rozwojem cywilizacji rozwijał się i żart. Kiedy w latach sześćdziesiątych zainstalowano w naszym domu telefon, to jednym z pierwszych żartów był dialog:

– Czy to pan Zając?
– Tak.

– Piw! Paw!

Na apelu w szkole podstawowej kierownik-komunista grzmiał:

– Jeśli do jutra nie przyzna się ten, kto wysmarował tablicę tłuszczem, to uznam incydent za sabotaż, a klasa, w której miał on miejsce, nie pojedzie na wycieczkę!

Jak to w takich razach bywa, winny się nie przyznał, ale podkablował go kolega. W pierwszej fazie żartu zazdrościłem nowatorskiego pomysłu. Kiedy jednak nastąpiły szykany, to cieszyłem się, że projekt nie był mojego autorstwa.

W szkole średniej żarty weszły w okres dojrzewania i bywało z nimi różnie. W trakcie sprawdzania obecności na geografii, przy nazwisku jednej z ładniejszych dziewczyn (nieobecnej) profesor rozpoznał głos w zastępstwie i zapytał:

– A gdzie ona jest?

– A w ciąży, panie profesorze!

Trochę dalej poszedł znajomy Kaszub, który wykorzystując swoje umiejętności w podrabianiu pieczątek, wstemplował przyjacielowi do dowodu osobistego (książkowego jeszcze) dwoje dzieci. Żart okazał się ponad czasowy, bo obecna żona właściciela tego dowodu do tej pory nie wierzy w fikcyjność potomstwa.

Adaś, młodzieniec prawidłowo dojrzewający, umówił się z rówieśniczką na wymianę wiosennych uniesień. W tym celu wybłagał u przyjaciela klucze do domku rodziców w pobliskim Ogródku Działkowym. Wymiana uniesień toczyła się pomyślnie, do czasu gdy na działce pojawił się właściciel-senior. Włożył klucz by otworzyć zasuwkę, przekręcił, a Adaś myk, przekręcił z powrotem. Akcja powtórzyła się kilkakrotnie.  Wreszcie zrezygnowany właściciel odjechał do domu po odpowiednie narzędzia.  Może to nie żart, ale sytuacja chyba komediowa.

W akademiku toruńskim (lata siedemdziesiąte) kolega w tubkę po paście wcisnął krem do rąk…Trafiło na mnie, okropność.

W wojsku, podoficer zawodowy, zaczął nachalnie częstować nas papierosami. Dobrze znaliśmy jego skąpstwo i zachowaliśmy czujność, poza jednym kolegą:

– A, od obywatela plutonowego z przyjemnością!

Po pierwszym zaciągnięciu papieros wybuchł osmalając twarz przerażonemu palaczowi. Podoficer szalał ze śmiechu, a obdarowany ledwo powstrzymał pięści…

W ten nadchodzący Prima Aprilis chyba lepiej zachować ostrożność, bo przecież zaraz dnia następnego mamy lany poniedziałek i może być różnie.

KAC

Moje pierwsze zetknięcie z Kacem miało miejsce w szkole podstawowej. Nie, wtedy nie popijałem; po prostu mój kolega nosił takie nazwisko. Kiedy  jednak  skończyłem osiemnaście lat, wszedłem w okres „smakowania pełni życia” i …  poznałem tradycyjne znaczenie tego słowa. Skorzystałem  nawet z popularnej metody walki z tego typu zjawiskiem – klin klinem. Ale na szczęście szybko  zrozumiałem  jej wadliwość:  pozwala  ona wpaść ratującemu się w pętlę nieskończoności, a to już jest mało ciekawe…

W czasach wczesnych prób i błędów doznałem szczególnego przypadku. Kiedy wybudzałem się z  przeżyć imieninowych, nieporadnie wracając do rzeczywistości, objawił mi się… Anioł Stróż. Uniósł mnie w górę i z lotu ptaka pokazał porzucony na kanapie wrak człowieka. Obraz zbliżał się i oddalał, jakbym szybował nieustająco. Po wielu latach dowiedziałem się, że to typowy objaw zapadania w śmierć kliniczną;  a przecież to były tylko niewinne imieniny…

Wrócę jednak do obrazu normalnego kaca, który z  nadprzyrodzoną siłą prowadzi człowieka do lodówki, by tam sięgnął po taki cud natury jak ogórki konserwowe. Gdzieś z tyłu głowy pojawia  się wtedy wielosłowie:

– I po co ci to było?

– Mogłeś przestać w odpowiednim momencie…

– Teraz masz za swoje!

Przegryzane ogórki zagłuszają zgryźliwe uwagi, ale nie do końca.

Pulsujące złośliwości powracają i nic z nimi nie można zrobić, bo najwyraźniej jest to głos sumienia, a ono potrafi być naprawdę upierdliwe… Nic nie jest w stanie go zagłuszyć. Ani łapczywie przełykana zalewa ogórkowa, która na nosie zostawia  gałązkę kopru, ani rozpryskujący się o podłogę słoik. Z sumieniem ciężko wygrać, trzeba uciekać się do podstępu… Może wpadnięcie w wir pracy zacierania śladów  po przyjęciu? Ale talerze potrafią tak o siebie dzwonić i w takiej wysokiej tonacji… Może szum wody! Ale sam, tylko on,  bez jakichkolwiek brzęków…! Może wanna, pełne zanurzenie i takie dźwięki, jakby delfiny szły nam z pomocą…

Jeszcze za komuny współczułem katowiczanom rejestracji samochodowej, z której krzyczały trzy litery: KAC! Bolesne, przynajmniej w takich właśnie sytuacjach jak powyżej, a profilaktyka żadna.

Dyskutując z własnym sumieniem doszedłem do wniosku, że temat przedawkowania jest bardzo stary. W podstawówce omawialiśmy fraszkę Kochanowskiego (XVI w.) na temat beztroskiego pijaństwa.

Zastanawia mnie, dlaczego wielki poeta nie opisał kaca, przecież miałoby to naprawdę wychowawczy wpływ i może teraz bylibyśmy społeczeństwem w zupełnie innym miejscu…

O DOKTORZE HISZPANIE

 – Nasz dobry doktor spać się od nas bierze,
Ani chce z nami doczekać wieczerze.
– Dajcie mu pokój! najdziem go w pościeli,
A sami przedsię bywajmy weseli!
– Już po wieczerzy, pódźmy do Hiszpana!
– Ba, wierę, pódźmy, ale nie bez dzbana.
– Puszczaj, doktorze, towarzyszu miły!
Doktor nie puścił, ale drzwi puściły.
– Jedna nie wadzi, daj ci Boże zdrowie!
– By jeno jedna – doktor na to powie.
Od jednej przyszło aż więc do dziewiąci,
a doktorowi mózg się we łbie mąci.
– Trudny – powiada – mój rząd z tymi pany:
Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany.

 

KŁOPOTY WYCHOWAWCZE

W piaskownicy piasek nie każdemu służy… Chłopczykowi zabrano łopatkę, bo uderzył nią koleżankę w głowę. Rozpacz ograbionego trwała krótko. Zaczął ciskać piaskiem. Nastąpiło wyprowadzenie agresora z piaskownicy.

– Zachowujesz się bardzo nieładnie. Musisz opuścić piaskownicę, bo dzieci nie mogą się przez ciebie bawić.

Perswazja nie udała się. Chłopczyk padł na piach i krzycząc, że nigdzie nie pójdzie, jął  okładać Matkę Ziemię wszystkimi kończynami.

W odległych czasach mojego dzieciństwa, nasze opiekunki przedszkolne (zakonnice), chwytały takiego delikwenta i wynosiły w bezpieczne miejsce. Jeden z takich systematycznie wynoszonych wywodził się z rodziny tzw. patologicznej. Jego nieznośność doprowadziła do tego, że przywiązywany był za nogę do fortepianu. Taki rodzaj aresztu pozwalał pozostałym przedszkolakom prawie normalnie egzystować. Prawie, bo aresztant odbijał sobie wykrzykując zasłyszane w domu różne potoczne powiedzenia. My, świętoszki udawaliśmy, że nic nie słyszymy i pilnie oddawaliśmy się codziennym zajęciom.

W beztroskich latach, kiedy upaństwowiono naszą szkołę podstawową prowadzoną przez siostry zakonne, przyszło nam zderzyć się z siłą proletariatu. Przed pierwszą lekcją jak zwykle czekaliśmy na nauczyciela. Kiedy zaczął wchodzić wszyscy wstaliśmy, a dyżurny intonował poranną modlitwę…

– Co wy mówicie! Nie widzicie, że tu nie ma żadnego krzyża, tylko wisi nasz Pierwszy Sekretarz i Premier!

Siła przyzwyczajenia zrobiła swoje, ale szybko przestawiliśmy się na nowe tory.

Zniknęła część naszych kolegów dojeżdżających z krańców Warszawy, bo zaczęła obowiązywać rejonizacja. Na ich miejsce pojawiły się orły, które do tej pory omijaliśmy szerokim łukiem na naszym  osiedlu. Zlikwidowano kaplicę i wszelkie oznaki wiary katolickiej. Z całego personelu ocalała jedynie woźna, która dalej dla nas była przemiłą osobą. Kierownik szkoły, o głębokich przekonaniach politycznych, potrafił wyłuskiwać spośród nas najbardziej nieznośne przypadki i dotkliwie karcić je na porannych apelach szkolnych.

Takim przypadkiem był oczywiście wcześniej wspomniany przywiązywany do  fortepianu. W naszych nowych szkolnych realiach awangardowo wręcz wyprzedzał różnego typu przestępcze warianty. Jednego dnia był karcony za spowodowanie powodzi w męskiej łazience, drugiego dnia ścigano go za jej podpalenie. Jestem przekonany, że gdyby nauczyciele inaczej spojrzeli na jego pomysłowość, to mielibyśmy teraz kolejnego laureata nagrody Nobla.

W okolicach Wielkanocy wymyślił proste działko wodne. Otóż wygrzebał na śmietniku Fabryki Wyrobów Gumowych metrowe wentyle do rowerów. Jeden koniec zawiązał i przeciągnął przez spodnie, koszulę i prawy rękaw. Wystającą niezawiązaną końcówkę umieścił na kranie i całość napełnił wodą tak, że wodna parówka ułożyła mu się wygodnie wzdłuż ciała. Wbrew pozorom w wentylu mieściło się sporo wody pod dużym ciśnieniem. Z takim elastycznym urządzeniem wychodził na zapełniony gawiedzią korytarz i oddawał wodną salwę w kierunku tłumu. Co  się wtedy działo  trudno opisać…

W tamtych czasach niesfornych uczniów ciągano za uszy. Ten wynalazca miał je porządnie naderwane. My, świętoszki, popalaliśmy sobie w zaciszu podwórek domowych i raz nawet w wyniku dziwnego donosu też trafiliśmy do gabinetu kierownika. Przyjął nas częstując papierosami, ale jakoś nikt nie miał ochoty zapalić. Skończyło się na nieoficjalnej naganie.

Ten przywiązany do fortepianu (ale nie muzyk) zabawiał się ogniem na różne sposoby. Oczywiście palił papierosy i różnego typu kopcie w szkolnym kibelku, ale lubił też podpalać śmietnik, z którego dym wędrował prosto do otwartych okien podstawówki… Z czasem genialny umysł zawiązał tajne kółko pirotechniczne. Na zakonspirowanych zebraniach konstruował z wybrańcami klucze strzelające, puszki karbidowe, petardy i wreszcie rakiety. Prezesowi kółka przypisuje się również potężny wybuch na Resurekcjach, który ogłuszył i przepłoszył wiernych. W tym wypadku nasz bohater sięgnął już do najwyższej półki, czyli wyniesionych z wojska bardzo silnych środków wybuchowych…

Cóż, gdyby zaczynał w dzisiejszej piaskownicy, może trafiłby na właściwych nauczycieli i wyszedł na ludzi. Z tego co wiem nie wyszedł, a po różnego rodzaju wątkach kryminalnych trafił do piachu,  ale już nie w piaskownicy…

ROZPOZNAWALNOŚĆ

Zdarzyło się kilka razy, że zostałem rozpoznany gdzieś w świecie, gdzie nie przypuszczałem,  że ktoś może mnie znać. Jeżdżąc na wiejskie wakacje często słyszałem reakcję na mój widok:

– O, to ten mały od Lucjanów…

Dziadek umarł jeszcze przed wojną. Nie poznałem go osobiście i z początku nie kojarzyłem, że od Lucjanów to właśnie ja jestem, ale z czasem przywykłem.

Przy kumplach z wioski byłem wersją jakby bardziej wypasioną. Nie dość, że od Lucjanów to jeszcze z Warszawy. Nawet okoliczny proboszcz wiedział kto ja jestem i dodatkowo czule głaskał mnie po głowie kiedy umieszczałem na tacy przekazane mi przez dorosłych monety.

Kilka razy w życiu byłem  świadkiem sprzeczek, które kończyły się w dość teatralny sposób zdaniem:

– Pan nie wie kto ja jestem!

Zawsze kiedy mógłbym takiego zdania użyć, docierało do mnie wcześniej, że ja sam nie wiem kim ja jestem…

W wojsku przylgnęła do mnie opinia gościa który dużo może. Kilka razy, ku mojemu zdziwieniu, dowiadywałem się od starszych roczników, że gdybym chciał, to bym tu rządził. Może to dlatego, że zawsze miałem przy sobie jakąś książkę, albo czasopismo o sztuce, a jak wiadomo tajemnica budzi  respekt. Z tego powodu nie tylko koledzy marszczyli czoło w mocnym zamyśleniu, ale nawet oficerowie. Dodatkowo malowałem różnego rodzaju plansze, projektowałem różności na użytek najwyższych władz jednostki, czasami woziłem służbowe przesyłki jadąc na urlop do stolicy. To wszystko razem najwyraźniej było powodem okazywanego mi szacunku przez brać mundurową. Nawet, kiedy dyżurny oficer złapał mnie wracającego na kompanię z dziwnie przeładowaną teczką, sytuacja zakończyła się dość interesująco.

– Obywatelu mat co wy tam niesiecie?!

– Obywatelu bosmanie melduję, że to skórzana teczka!

– Pozwólcie do mnie, jeśli to nie wódka, to was puszczę!

– Melduję obywatelu bosmanie, że nie wódka!

– Co?! Co?! Co to jest?!!!

– Dwadzieścia piw obywatelu bosmanie. Nie wódka!

– Ilu was do tego?!

– Dwudziestu, obywatelu bosmanie!

– Odmeldować się i natychmiast wypić mi to świństwo!

– Tak jest obywatelu bosmanie!

– I przynieście puste butelki, bo jeszcze was ktoś zobaczy!

Butelek nie odniosłem, bo było nas do tej bateryjki nie dwudziestu a czterech, no i jakoś wyleciał mi  ten rozkaz z głowy… Teraz właśnie, po czterdziestu latach, jakby zdarzył się ciąg dalszy przygody wojskowej. Otóż postanowiłem popisać się ekologicznym podejściem do świata i sześć ciężko uzbieranych butelek od piwa poniosłem do sklepu oddalonego ode mnie o 800 metrów.

– Dzień dobry. Chciałem oddać opakowania szklane.

– A paragon jest?

– Jaki paragon? Nic pani nie mówiła przy zakupie, że mam przynieść paragon…

– Ale ja pana nie znam. Krysiu, znasz tego pana?

– To tylko przyjmujecie po znajomości?

– Przykro mi,  ale takie mamy wytyczne.

Opakowania zwrotne umieściłem w koszu stojącym przed sklepem. Niech sobie paniusie zarobią… I poszedłem zirytowany do księgarni w sąsiedztwie.

– O, jest pan. Już mamy książki, które pan zamawiał.

Dziwne. Dwa sklepy obok siebie, w jednym rozpoznają mnie już w drzwiach,  a w drugim kompletnie mnie nie kojarzą.

Trochę to przykre, bo urodziłem się w tej okolicy, nawet obserwowałem budowę obu sklepów w latach sześćdziesiątych, a tu takie buty…

Cóż, pozostaje się cieszyć, że to właśnie w księgarni jestem rozpoznawalny.