DZIEJE ZWYKŁEJ PRZYJAŹNI

Żeby dostać się do prywatnej szkoły Sióstr Felicjanek, trzeba było chociaż rok zaliczyć w ich przedszkolu. Ja uczęszczałem tam od początku, razem ze swoim starszym rodzeństwem. Byłem przedszkolakiem z wieloletnim stażem, kiedy K. dołączył do nas.

Już w grudniu Mikołaj wręczył wszystkim dzieciom standardowe paczki ze słodyczami. Ktoś dostał prezent bardzo szczególny, narty,  albo coś w tym stylu. Ktosiem był K.

Ciekawa ksywka przylgnęła do niego, kiedy zaczynaliśmy piłować literki w pierwszej klasie. Trochę mu jej zazdrościłem. Na mnie wołano „osa”, a na niego „lak, lyba, lynek”. To był wynik dziecięcego niewymawiania „r”.

Przed szkołą, jak zjawa z innego świata, pojawiał się elegancki wartburg, jedyny samochód w okolicy. To K. był nim przywożony na zajęcia.

Zimą, po upaństwowieniu szkoły (3 klasa), doszło do walki na śnieżki. Ktoś z braku amunicji użył lodu. Lód trafił w głowę schowaną pod skórzaną pilotką. Tym razem nie wiadomo kto był ktosiem, ale kontuzjowanym z raną ciętą i krwotokiem był K. Potężna awantura przeleciała po szkole, winnego nie ustalono.

Nasze męskie przyjaźnie nie były jeszcze do końca ukształtowane. W wyniku przeróżnych przepychanek i bijatyk przegrupowywaliśmy się co chwila. Zawsze jednak potrafiliśmy się zjednoczyć przy wyborze którejś z dziewcząt na obiekt chłopięcego pożądania i bohaterkę opłotkowej literatury.

W ciepłe dni jeździliśmy do szkoły rowerami. Kolega dosiadał elegancką, młodzieżową damkę, ja jeździłem równie dobrym sprzętem po starszym rodzeństwie, z różnego rodzaju terkotkami własnej konstrukcji.

K. grywał w piłkę na pustych placach z kolegami z sąsiedztwa. Mnie ten sport mniej pociągał. Kiedy uprawiałem go ze starszym bratem to ten obsadzał mnie zawsze na nudnej bramce. Kręciliśmy się po okolicy zacieśniając przyjaźnie. Któregoś słonecznego dnia K. zaprosił mnie na basen w swoim ogrodzie. Było pięknie. Wtedy poznałem jego wujka, starszego pana, który perfekcyjnie pielęgnował ogród i zajmował się wszelkimi pracami gospodarczymi. Opowiadał nam fascynujące historie, m.in. o tym jak rozbrajał potulnych Niemców wraz zakończeniem I Wojny Światowej. Od niego usłyszałem jakże filozoficzne zdanie: Przycinając coś na wymiar trzeba to kilkakrotnie zmierzyć, a i tak wyjdzie za krótko…

W domu K. pracowała wtedy młodziutka gosposia, fanka mini spódniczek. Wujek z upodobaniem upuszczał klucze, ona schylała się po nie, a on cieszył oko wdziękami młodości.

Nasza przyjaźń z K. nabierała mocy. Robiliśmy wspólne wypady do centrum Warszawy by poznawać topografię miasta. Jeździliśmy pociągiem, bo wtedy, było to najszybsze połączenie. Bywaliśmy na Brzeskiej, gdzie jego rodzice prowadzili sklep. Za każdym razem posyłali nas po bazarowe pyzy, których smak do dziś pamiętam.

W szkole podejmowaliśmy się wspólnie różnego rodzaju prac. Któregoś razu kleiliśmy w domu K. gazetkę ścienną. Zeszło się do północy. Wracałem przez cztery ciemne place. Szedłem po przekątnej, gdy zobaczyłem na drugiej przekątnej zawoalowaną kobietę idącą w moim kierunku. W miejscu przecięcia naszych dróg postać przemówiła: – Która godzina? – Trochę po północy… Odpowiedziałem, a wszystkie włosy stanęły mi dęba. Postać minęła mnie. Obejrzałem się… Nikogo nie było! Dalszy odcinek do domu pokonałem z szybkością światła. Nikt nie uwierzył w moją przygodę. Cóż, duch to duch…

K. dostał ponton. Zaczęły się wycieczki nad Zalew Zegrzyński i na różne glinianki. Jego tata był wędkarzem. W Pyrach pierwszy raz trzymałem w ręku spinning. Najwyraźniej nie był on moim przeznaczeniem. Bez przerwy zaplątywałem żyłkę, by na koniec ją zerwać. Taki stan utrzymałem po dziś dzień, bo w 2014 roku identycznie mi się łowiło.

W czasach Beatlesów mieliśmy incydent muzyczny. Dobraliśmy się we czterech. K. znający język angielski, nadał nam nazwę The Blue Birds. Odbywaliśmy systematyczne próby. W całej działalności zespołu było kilka drobnych mankamentów… Tylko jeden z nas potrafił grać i to niestety na akordeonie. Mieliśmy na szczęście jeszcze talerz od perkusji, więc umiejętnie kładliśmy go pod nogę akordeonisty, a ten wystukiwał nim dodatkowo rytm. Nikt z nas nie potrafił tego lepiej…

W czasie prób K. zaczął interesować się siostrą naszego jedynego muzyka, u którego ćwiczyliśmy. To zaważyło na trudnej, ale demokratycznej decyzji. The Blue Birds przestało istnieć.

Bywaliśmy u mojego stryjka na Saskiej Kępie. Przedwojenny sędzia grodzki wspominał Syberię, na którą trafił  jako pierwszy delegat do Armii Radzieckiej o pomoc dla powstania. Legionista, akowiec i Sybirak był radcą prawnym Ministerstwa Kultury. Dzięki temu mieliśmy bilety na różnego typu imprezy. W cyrku siadaliśmy w loży honorowej…

Nasze pierwsze miłości… Od jednej zakochanej dziewczyny K. dostał stary, srebrny zegarek z dewizką i pięknie grawerowanymi kopertami. Te cudo przestało cykać,  a byliśmy właśnie pod nowym zjazdem z mostu Poniatowskiego… Postanowiłem poratować kolegę i na ławce wśród traw otworzyłem polowy zakład zegarmistrzowski. Scyzorykiem wdarłem się do środka zegarka. Kombinowałem tak długo, aż jak z katapulty wyskoczyła sprężyna z trybikiem. Pocisk niestety wpadł w gęste trawy. Jakoś udało mi się zamknąć zegarek a K. niezwłocznie postanowił go oddać właścicielce. To nie była moja pierwsza ani ostatnia reperacja. Mój zegarmistrzowski zapał nigdy nie kończył się pozytywnie.

W opisanej naprawie zaleta była taka, że nie zostały mi w ręku żadne części.

Co do suwenirów od naszych miłości to sytuacja na tyle się zmieniła, że K. podsumował ją tak:

– O co chodzi? Czy to moja, czy twoja dziewczyna, to podarki trafiają wyłącznie do ciebie…

– Też tego nie rozumiem, ale  to mi nie przeszkadza.

Przed egzaminami do ogólniaka umarł ojciec K. Starałem się jakoś go pocieszać i jeszcze częściej bywałem w jego domu. Zawsze było coś do przegadania albo zrobienia. Jazdy rowerowe uzupełnialiśmy jazdami motorowerowymi. K. był urodzonym rajdowcem. Kręcił kółka, skakał po górkach, najeżdżał z impetem na drzewo stwierdzając; – Lubię, jak mnie tak telepie!

Miał psa-boksera, emerytowanego medalistę. Ja miałem piękną bokserkę-znajdę.- Swatamy? No i zeswataliśmy. Psy szczepiły się u K. na podwórku, a my spanikowaliśmy. nie wiedząc, że tak to u nich bywa. Nagabywani telefonicznie znajomi radzili, by im stawiać osobne miski, nakłuwać szpilką… Wróciła z pracy mama K . – Jaki ten twój piesek piękny, a jaki wesoły! Przeraziliśmy się wizją radośnie szczepionych psów, ale okazało się, że było już po wszystkim.

Wraz z ukończeniem szesnastego roku życia K. zdobył prawo jazdy. Dla szlifowania swoich umiejętności kupił stare DKW, które musiał pilnować przede mną, bo uporczywie chciałem je przerobić na kabriolet odpiłowując dach.

Kolejnym jego pojazdem był biały maluch. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu w domowym garażu, gdzie K. nieustannie przerabiał, rasował silniki, drapał i lakierował jakieś samochodowe części. Zaangażował się w rajdy samochodowe. Czasami pełniłem rolę pilota. Po jednej z anińskich prób pokonania piaszczystego Delmaka (górka w Aninie) wyciągał nas koniem okoliczny rolnik…

W ogólniaku tworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma kolegami. Mieliśmy zajęcia na polowej strzelnicy (górka Delmaka). Jeden z naszych niósł tarczę i wyłamał się z szyku, bo piasek zaczął mu się wsypywać w nowiutkie lakierki. Nauczyciel Przysposobienia Obronnego wezwał go do siebie przed szpaler złożony z około czterdziestu uczniów. Zamachnął się wyciorem od kbks. Metrowy, hartowany pręt przeciął koledze palce. „Wojsko” stało sparaliżowane. Trąciłem K. i drugiego kumpla mówiąc: – Wychodzimy! Pobiegliśmy do ranionego kolegi, który w nerwach szukał kamienia, by się odwdzięczyć. Nauczyciel był bokserem i ciężarowcem. Nie mieliśmy z nim szans, bo na sparaliżowanych kolegów nie mogliśmy liczyć…

W tym czasie w domu K. gosposią była starsza pani przepysznie gotująca i niesamowicie wyrozumiała dla wszystkich naszych młodzieńczych szaleństw. Tak się zaprzyjaźniliśmy, że później na moim weselu odśpiewała a cappella piękną  przyśpiewkę podlaską…

K. trafił do wojska. Z jego mamą z okazji przysięgi pojechaliśmy do Katowic. Młodego żołnierza przenieśli do Warszawy. Byłem w jego jednostce na tzw lewiźnie, czyli przez płot. K. przygotował transakcję pomiędzy dwoma zbieraczami staroci, mną i dowódcą jego kompani.

Kiedy trafiłem do Marynarki Wojennej, on, będąc już w cywilu, znalazł się na terenie mojej jednostki również nielegalnie i w dodatku samochodem. Załatwiłem mu wyżywienie i nocleg w marynarskiej kanciapie. Z jego strony był to wyjazd typowo turystyczny.

K. zaczął latać do Londynu. Z jednej z takich wypraw przywiózł tajemnicze nasiona. Zasiał w doniczce i uporczywie podlewał. Roślinka rosła rozcapierzając swoje piękne zielone liście. Kiedy zaczęło jej być za ciasno, K. przesadził ją do ogrodu, gdzie rosła i rosła… Przerosła dom, podwiązane sznurki przestały jej zapewniać stabilność. K. przystąpił do żniw, szatkowania i suszenia. Nie było mnie w tym czasie w Warszawie i nie dostąpiłem degustacji, ale z relacji smakujących wynikało, że trawka nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

W czasach hippisowskich mieliśmy spore kolekcje winyli. K. swoją gdzieś zapodział, moja uprzyjemnia mi życie do dziś. Wtedy przerobiliśmy jedno z pomieszczeń strychowych na pokój dzieci kwiatów. Oj, działy się tam różności… Wracając z czyichś zimowych imienin postanowiliśmy przedyskutować wieczór w naszym Wawer Hippi Center. K. wszedł oficjalnie, reszta miała wspiąć się po rynnie, by nie budzić domu. Kiedy byłem już na szczycie rynna odpięła się i z przeraźliwym hukiem wylądowałem w różach wystających ze śniegu. Chyba obudziłem nawet sąsiadów. Gospodyni zdziwiona stwierdziła: – Przecież macie klucze…

K. studiował filozofię przyrody. Pewnego dnia oznajmił, że jedzie na sympozjum naukowe do Lublina.

– Do Lublina? Może dam ci kontakt. Wujek jest tam komendantem milicji największej dzielnicy. – No, coś ty. Jadę w celach naukowych.

Wrócił dużo później niż zamierzał. – Co się stało? – Wykrakałeś! Poszliśmy wieczorem do kawiarni i kiedy zasmakowaliśmy w koniaczku dotarła do nas wieść, że w pobliżu jest dyskoteka. Z kieliszkami w rękach postanowiliśmy zmienić lokal. Przed dyskoteką stał bramkarz, taki osiłek, szafa gdańska. Nie chciał nas wpuścić, więc chlusnąłem mu koniakiem w twarz… Odpowiedź wbiła mnie z nadprzyrodzoną siłą w jakiś kąt. Kiedy się ocknąłem byliśmy już wszyscy aresztowani i wieźli nas do żłobka. Zabrali nam ciuchy, zrobili dyngusa i ubrali przykrótkie komże, takie że z daleka można było ustalić płeć. To była niedziela i w naszej noclegowni nocowała jeszcze prostytutka w identycznym stroju. Rano sprawa. Bramkarz zeznawał jako poszkodowany i do tego pobity przeze mnie. On w idealnym sanie a o mnie lepiej nie mówić…

Mniej więcej w tym samym czasie K. podarował mi czaszkę po trepanacji. Podobno zaczęła przeszkadzać domownikom, a ja właśnie potrzebowałem prawdziwie martwej natury do wprawek z rysunku. Ćwiczyłem w przerobionej na atelier komórce i to czasami do późnych godzin nocnych. Któregoś razu spiąłem czaszkę gumkami, by stanowiła całość na specjalnie drapowanym podeście i odszedłem do sztalug. Zdążyłem jedynie chwycić ołówek, a mój model równo z wybiciem północy przez babciny zegar, runął z hukiem na ziemię. Wróciłem, złożyłem, chwyciłem ołówek i znowu! Przecież duchów nie ma… Już z mniejszą pewnością powtórzyłem czynności a kiedy po raz trzeci wszystko się rozleciało, to nic nie sprzątając zgasiłem światło i pobiegłem do domu spać.

Rano złożyłem czaszkę chowając ją do kartonika. Świadomość posiadania tak nietypowego eksponatu trochę mi przeszkadza. Zadzwoniłem do K. z propozycją zwrotu. W odpowiedzi usłyszałem: – Mój drogi, prezentów się nie oddaje.

Sprawa ułożyła się współcześnie. Prowadziłem zajęcia z ceramiki i jedna z moich uczennic stwierdziła, że ma kolegę lekarza, który może być zainteresowany moim unikalnym obiektem. Po kilku dniach potwierdziła wiadomość i zabrała paczkę. Po następnych zadzwoniła: – Kolega stwierdził, że w jego całym instytucie nie ma tak dobrze zachowanej czaszki. Pyta, ile ma zapłacić? – Nic, ja ją dostałem i przekazuję dalej.

Następnego dnia wręczyła mi tabliczkę czekolady. To była czekolada najdziwniej smakująca…

Ożeniłem się pierwszy. K. był moim świadkiem i woził mnie po plenerach Królikarni i lasów wawerskich na ślubne sesje fotograficzne.

Rok później on brał ślub. Oczywiście byłem świadkiem i też oddałem się do dyspozycji nowożeńców. Jadąc z Panem Młodym po wiązankę mieliśmy wypadek. K. rozbił głową przednią szybę. Poturbowany ledwo się ruszał podczas ślubnej ceremonii…

Nasze wzajemne świadkowanie i wszystkie dodatkowe okoliczności okazały się szczęśliwe.

W związkach małżeńskich trwamy nierozerwalnie już prawie czterdzieści lat.

2018 rok to jubileusz naszej sześćdziesięcioletniej znajomości.

Ciężko opisać taki szmat czasu, bo materiału jest na dorodną książkę. Chciałem ograniczyć się do jednej strony. Nie wyszło. Wiele faktów z naszej przyjaźni zamknąłem już wcześniej w swoich tekstach. Tym opowiadaniem chciałem podkreślić szczególny jubileusz.

Trzymaj się K. i oby tak dalej.

 

Reklamy

Kuba Sienkiewicz – Głowy Lenina

Z szerokim gronem przyjaciół byłem  w ostatnią niedzielę na koncercie Kuby Sienkiewicza  w Kinokawiarni Stacji Falenica. Cóż to był za koncert! Lekarz neurolog dał z siebie wszystko porywając widzów do wspólnej zabawy! Moją szczególną uwagę przykuł jeden z ostatnich utworów zatytułowanych „Głowy Lenina”

Lenin. Pierwsze z nim spotkanie datuję na okres mojego wczesnego dzieciństwa. Przyszywany dziadek obdarzył mnie piękną książką, ładniejszą nawet od elementarza starszego rodzeństwa… Wspólny z dziadkiem podziw nad urodą wydania popsuli rodzice, którzy stwierdzili:

– Nawet nie dotykaj tego dziadostwa!

Z czasem okazało się, że książka nosi tytuł „Dzieciństwo Lenina”…

Drugiego oficjalnego spotkania z Wodzem dostąpiłem na koloniach w Poroninie. Podziwiałem z rówieśnikami jego pomnik i salę pamięci. Byłem nawet dumny, że tyle go łączy z naszym krajem, choć koledzy różne mieli na ten temat zdania.

Ogólnie moją fascynację bardzo dobrze oddaje dowcip, w którym Jasiu chwali się przy całej klasie:

– Proszę pani, proszę pani,  a ja byłem z tatą w lesie i widziałem Lenina!

– Jasiu, a może to był jeleń?

– A może i jeleń…

Pierwsze lekcje historii w podstawówce zaowocowały wycieczką do muzeum Lenina w Warszawie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tam na ścianach jedynie  fototapety …

W ogólniaku przyjaźniłem się z córką ówczesnego prezydenta Warszawy. Jej bogato wyposażony pokój był miejscem przechowywania olbrzymiej kolekcji medali i popiersi Lenina. Byłem przekonany, że to nic nieznaczące dary pozyskiwane przez ojca w kontaktach z przedstawicielami ZSRR… Okazało się, że ten unikalny zbiór był przejawem  wyrafinowanego hobby mojej koleżanki.

W wojsku, jeszcze przed przysięgą, zgłosiłem się do reperacji rzeźby. Kolega wcześniej doświadczony wojskiem wpajał mi, że nawet gdyby potrzebowali kosmonautę, to mam się zgłaszać, bo fucha jest oddechem dla utrapionego obowiązkami wojskowymi młodego żołnierza. Rzeźba okazała się oczywiście gipsowym popiersiem Lenina.

– Ile czasu potrzebujecie obywatelu marynarzu na doprowadzenie dzieła do stanu nowości?

– Melduję obywatelu kapitanie, że w normalnych warunkach taka czynność zajmuje miesiąc.

– Co!!!??? Macie tydzień.

Stanęło na dziesięciu dniach, z których większość wykorzystałem na wyspanie się, nadrobienie zaległej korespondencji i czytanie. Kiedy koniec czasu renowacji nieubłaganie  się zbliżył, odczekałem by cała kompania opustoszała, wziąłem Wodza pod pachę, zaniosłem do łazienki, ustawiłem w korycie do mycia nóg i wyszorowałem szczotką ryżową i mydłem. Towarzysz Iljicz wyglądał jak nowy. Otrzymałem publiczną pochwałę oraz  przepustkę na miasto.

W drugiej połowie służby wojskowej miałem jeszcze jedną przygodę z Leninem. Tym razem imię światowego przywódcy rewolucji okazało się ksywką kolegi Kaszuba. Trafił on do wojska na trzy miesiące a potem został przeproszony i zwolniony. Wypłacono mu nawet odszkodowanie jako jedynemu żywicielowi rodziny, twórcy ludowemu i choremu na coś poważnego. Nie było to prawdą, ale kolega potrafił omamić wszystkich niczym sam Lenin.  Autentycznie też potrafił porywać tłumy i już w najbliższym czasie został najmłodszym prezesem spółdzielni wielobranżowej. Nam, swoim  przyjaciołom, zapewniał ekscytujące rozrywki. Woził nas taksówkami a nawet samolotami. Dbał o karierę tak zajmująco, że w równie młodym wieku opuścił nas na zawsze.

Kiedy usłyszałem utwór Kuby Sienkiewicza „Głowy Lenin” wszystko to co napisałem wyżej stanęło mi przed oczyma i doszedłem do wniosku, że piosenka jest idealnym podsumowaniem mojej z Leninem znajomości.

______________________

Koncert z cyklu Wieczory z Piosenką Niegłupią perfekcyjnie rozśpiewał dwoma piosenkami i zapowiedział przeuroczy Tomek Krzymiński.

A tu właśnie ta piosenka :  www.youtube.com/watch?v=IUwyMyWW88c

MAREK ŁAWRYNOWICZ W ANINIE

Kiedy dowiedziałem się, że w anińskim klubie ma być spotkanie autorskie z Markiem Ławrynowiczem nie mogłem nie pójść. Są między nami dwa lata różnicy, ale uczyliśmy się w tym samym anińskim ogólniaku. Był bohaterem szkolnych opowieści. Można powiedzieć, że znałem go od dawna.

Po ukończeniu edukacji pracował jako robotnik, cukiernik, bibliotekarz, satyryk… Jest pisarzem, dziennikarzem, poetą, autorem bajek dla dzieci. Czyżby to Anin miał taki wpływ na ludzi…

Nasz ogólniak swoją lokalizacją namawiał do otwartego myślenia. Docierając do szkoły w ciepłe dni mieliśmy zawsze wybór: lekcje, las. Wystarczyło tylko czyjeś hasło a oficjalna edukacja szła na plan dalszy. Nie musieliśmy mieć telefonów komórkowych. W tej sprawie mieliśmy wyostrzoną telepatię. Taka filozofia najwyraźniej nie była też obca bohaterowi literackiego spotkania.

Marek Ławrynowicz przed przeczytaniem fragmentu jednej ze swoich książek, zaznaczył, że każdy literat ma prawo do fikcji. On również. Stwierdził, że tekst o jego ulubionym profesorze geografii Tiutaju, niezupełnie odpowiada prawdzie…

Fragment przywrócił mi pamięć o profesorze, który z jednej strony był dość wymagający a z drugiej pozwalał na wiele rozbrykanym uczniom. W książce autor wspominał podstępny sposób delegowania przez klasę atrakcyjnej koleżanki do pierwszej ławki tak, by miał on powody do rozkojarzenia się. Na naszych lekcjach ten sposób też działał.

Kiedyś omawialiśmy Wielką Brytanię i profesor wspomniał, że w Anglii hoduje się krowy mleczne. Zerwałem  się na równe nogi z protestem:

– Oni hodują krowy mięsne! Byłem to wiem.

Profesor poprosił mnie o rozwinięcie tematu i  w ten sposób stałem się specjalistą od tego regionu Europy. Już do końca naszej współpracy miałem z geografii czwórkę.

– Pisze pan w swoich książkach o mocnych związkach z Wilnem…

– Tak, z tamtych stron pochodzi moja rodzina. Ojcu udało się wyjechać do Polski i przez różne miasta trafił tu na te tereny i w anińskim liceum uczył rosyjskiego.

Pamiętam szczupłego profesora. Zapamiętałem go jako radosnego i ciepłego człowieka, ale mnie rosyjskiego uczyła inna nauczycielka. Miałem przyjemność spotykać się z nim ponownie, kiedy kończyłem swoją edukację na warszawskim Grochowie, a on właśnie wtedy tam zamieszkał…

Spotkanie z pisarzem przebiegało bardzo ciekawie. Wspólne miejsca pobytu zbliżają. Marek Ł. nie musiał prowokować do poruszania kolejnych tematów, one pojawiały się same.

– Może nam pan przybliżyć kino Szpak, którego już nie ma…

– To było miejsce niesamowite. Taki rodzaj wąskiej hali o półokrągłym suficie. W rzędzie było może 10,  może 12 krzeseł… Takich całkowicie drewnianych ze sterczącymi podłokietnikami, z siedziskami i oparciami ze sklejki. Skrzypiały okrutnie… Ekran był nietypowy, bo na całą ścianę. Kiedy puszczali Krzyżaków, film po raz pierwszy zrobiony nie na orwowskiej taśmie tylko na amerykańskiej… Kiedy rozjechał się ekran na boki a ze środka wyłonił się panoramiczny plener i zadrżały dwa nagie miecze wbite w ziemię, to  sali nie było, wszystkich nas wciągnęło do środka…

Temat został rozwinięty o inne kina, które po prawej stronie Wisły najczęściej nosiły nazwy ptaków.

– Dzieciństwo spędziłam na Woli. Mój tata był kierowcą autobusu, który jeździł na trasie do Anina. Wiosną tata przywoził naręcza pachnącego bzu. Zawsze też mówił, że Anin to inny świat, że tak tam pięknie, zielono, tak niesamowicie… To chyba przez niego zamieszkałam w Aninie.

– W jednej z pana książek pojawia się niewidomy starszy pan, który rozdaje cukierki dzieciom. To był mój dziadek…

Wśród słuchaczy autor przedstawił kobietę, bohaterkę jego opowiadań. Mieszkali w jednym domu, dzielili wspólnie podwórko, biegali po okolicznych zagajnikach, była uczestniczką ich wielu wspólnych przeżyć.

Nikt nie patrzył na zegarek. Temat rodził temat. Dyrektorka klubu zaprosiła wszystkich na spacer po Falenicy (już następnego dnia) w poszukiwaniu miejsc opisanych przez Marka Ławrynowicza.

Zaczęły się prywatne rozmowy przy herbacie i ciastku. Kupiłem książkę pt. Korytarz. Podszedłem do autora,  przedstawiłem się a on napisał mi dedykację:

 Dla Darka, kolegi ze szkoły, Marek Ławrynowcz, Anin, Zima 2018.

____________________

Spotkanie miało miejsce w Wawerskim Centrum Kultury filia Anin a zorganizowane zostało przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Anin.