KWARANTANNA

 

kwarantanna4

22 dni, 3130 km z hakiem, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Niemcy, Polska, dwa razy Bałtyk z ekscytującą nutką sztormu, a na zakończenie kwarantanna…

Właściwie nie kwarantanna a wykłócanie się o nią. Z całego systemu prawidłowo zadziałała jedynie rodzina, znajomi i kot. Ten ostatni przywitał nas czule dając do zrozumienia, że miska już dawno  pusta. Zjadł i z wrodzoną wyniosłością legł na kanapie.

My, z bagażem przygód, po nieprzespanej nocy, z trzydziestoma  jajami z wolnego wybiegu nabytymi przy A2, z perspektywą przeżycia na nich najbliższych 15 dni, wzięliśmy kąpiel i wzorem kota poszliśmy spać. Udało się to zrobić jeszcze we wspólnym łóżku i w normalnej małżeńskiej odległości, bo podobno już niedługo trzeba będzie dystans korygować do dwóch metrów.

Obudziła nas TVN24 i już nie puściła, sycąc najnowszymi wiadomościami z frontu, który od 13 marca deptał nam po piętach.

Podstawowa komórka społeczna siostrzenicy wspomagała nas już od następnego dnia tj.18.03 troskliwiej niż policja. Ta wpadła na nasz trop dopiero 22-giego … Może to zbyt obszerne określenie „nasz trop”, ponieważ ja pozostawałem w konspiracji. Teoretycznie zostałem w NRD. Samochód sam przywiózł małżonkę do domu.

W realu oglądałem TV w towarzystwie kota i żony, piekłem chleb, ciasta, spożywałem wymyślnie przez żonę zrobione dania, mierzyłem dwa razy dziennie temperaturę i serfowałem po Internecie, ale wirtualnie mnie nie było…

Od 22-ego systematycznie wyskakiwałem przez okno do naszej przemiłej policji  krzycząc: -A kuku!

Ale odpowiedź zawsze była ta sama: – My pana nie mamy w wykazie! My się z panem nie bawimy!

Stałem się obywatelem nikt, mężem na łasce żony, kuzynem dokarmianym bezdotykowo, kumplem pocieszanym przez telefon… Taki status zawsze był moim marzeniem, ale gdy nastał zirytował mnie okropnie. Apogeum nastąpiło kiedy nie chciało mi się zrobić a kuku,  policji nie chciało się powiedzieć, że się ze mną nie bawią, a żonie nie chciało się krzyknąć, że jeszcze mąż…

– Wszystko u pani ok!? – Tak, dziękuję, wszystko w najlepszym porządku!

No, szlag mnie trafił. Ja mogłem sobie zapomnieć, ale żona? Następnego dnia wszystko wróciło do normy. – A kuku! – A, my się z panem nie bawimy! – Ale mąż ze mną przekraczał granicę!

– Przykro nam, nie mamy Pani męża w wykazie!

Przyszedł czas końca tej żenującej zabawy. Z kotem i z żoną podliczyliśmy skrupulatnie stan karmy. Przeliczyliśmy ilość dni naszej domowej wegetacji i okazało się, że kwarantanna zakończona.

Policja nie uwierzyła.

– Nic podobnego. My tu mamy od 22. marca do 4. kwietnia! – A kuku!? – A z panem się nie bawimy!

Błyskawicznie zawiązaliśmy Domowy Sztab Antykryzysowy telefonując po wszystkich możliwych urzędach. Kot dodatkowo przegłosował kilka połączeń z Organizacją Ochrony Zwierząt, twierdząc, że cała ta sytuacja wywarła piętno na jego psychice…

Ponad 100 telefonów, 30 maili i życie zaczęło się klarować.

– Na granicy uznano pana za kierowcę tira.

(Cholera, to jakieś czary… Moim marzeniem jest prawo jazdy kat. C…)

Uważam, że całe zamieszanie to wynik wywiania mojej deklaracji z podłogi otwartego busa, czyli z polowego biura Straży Granicznej w Kołbaskowie. Mogli dokumenty przycisnąć chociaż karabinem…

Druk, który udało nam się pozyskać internetowo na bałtyckim promie, po przebytym sztormie, najwyraźniej poczuł się wilkiem morskim i nie chciał leżeć w stosie lądowych papierzysk.

W każdym razie w wyniku działalności Domowego Sztabu Antykryzysowego przywrócono moją osobowość i oficjalny związek małżeński. Zacząłem znowu istnieć i to w dodatku na wolności.

Policja przestała się nami interesować.

Zauroczony nowymi okolicznościami postanowiłem odbyć pierwszy spacer poza granice kwarantanny. Wolność czekała, było ciemno i obraz jakoś tak drżał… Szybko ustaliłem, że drżenie pochodzi od łydek. Przytrzymałem się płotu, wibracje ustały. Na ulicy żywego ducha… Postąpiłem krok do przodu. Kurczę, co w tym chodzeniu ma być przyjemnego? Odwróciłem się i szepnąłem:  Droga wolna… Kot spojrzał na mnie z politowaniem. Żony nie było. – Radiowóz! Kryć się! Skoczyłem pod drzewo wtulając się w jego pień. Przejechali… Z komina pobliskiego domu unosił się znajomy swąd. Plastik, płyta paździerzowa, szmaty…? Zaciągnąłem jednorazową maseczkę i postanowiłem wracać. – Cholera! Furtka zatrzaśnięta… Dzwonię. – U mnie wszystko w porządku panie władzo. Już podchodzę do okna. – To ja! – Jaki ja? –Twój mąż! – Hasło! – Nie pamiętam! – Data ślubu! – Niech pomyślę… – Ok, wchodź.

Uf, udało się, wróciłem. Kot spał na kanapie jakby w ogóle nie wychodził, TVN24 nadawało newsy, czajnik szczytował.

Wszystko wróciło do normy.

KORONAWIRUS, 6 PAŃSTW I BAŁTYK

317. marca wróciliśmy z ośmiodniowej wyprawy po sześciu krajach Europy… Rozum odradzał, ale w Helsinkach urodził się długo wyczekiwany wnuk.

09. marca było jeszcze w spokojnie.  Po przejechaniu 600 km zatrzymujemy się w łotewskim hotelu, w mieście Bauska. Sympatyczna recepcjonistka zachęca nas do spaceru. Jest chłodno, ale miło. Czyste alejki, ciekawe zakamarki. Intrygujący plac. Na jego froncie granitowy obelisk otoczony dekoracją z kamieni zamkniętych w metalowych siatkach… To miejsce dawnej Synagogi Wielkiej.

pomnik

Na kolejnym placu dwaj chłopcy biegają wokół blaszanej kompozycji. To pomnik ku czci Vilis’a Plūdonis’a, narodowego poety łotewskiego.  Ulicą Rigas, równoległą do rzeki Memele (Niemenek), idziemy w kierunku wzgórza, na którym wznosi się  potężny zamek. Za wzgórzem płynie druga rzeka, Mùsa (Musza). Te wartkie wody spotykają się trochę dalej tworząc rzekę Lelupa (Wielka Rzeka).  Zapada zmrok. Wracamy do hotelu na kolację. W restauracji kolejna niespodzianka. Są wegetariańskie dania  niezwykle finezyjnie podane i bardzo smaczne.

zamek

Rano ruszamy do Tallina. W motocyklowym piśmie czytałem, że estońscy kierowcy jeżdżą bardzo kulturalnie. Cóż, gdyby u nas karano aresztem za przekraczanie szybkości też byśmy tak jeździli.

Na promie do Helsinek żadnych objawów epidemii. Tłok. Ludzie siedzą, piją kawę, spacerują, kupują hurtowe ilości alkoholu. Ogólnie nudzą się w oczekiwaniu końca podróży. Jeśli ktoś kaszlnie, czy kichnie, nie wzbudza to najmniejszej sensacji.

Helsinki. Miasto spokojnie żyje swoim trybem. Fiński zięć mówi, że mają podobną ilość zakażonych wirusem. Ofiar śmiertelnych nie ma. Burmistrz nie planuje zamknięcia szkół, przedszkoli, sklepów, kawiarni.

Fin

12. 03 (czwartek) spacerujemy po wyspie jagodowej i wyspie ambasad. Mijają nas spacerowicze, omijają biegacze. Ekipa filmowa kręci serial. Wokół spore zamieszanie. Nic nie wskazuje na zagrożenie, które w Polsce i krajach nadbałtyckich jest coraz bardziej wyczuwalne.

Właśnie Łotwa ogłasza sytuację nadzwyczajną…

13. 03 (piątek), otrzymujemy wiadomość z hotelu w Bauska. – Z powodu bezpieczeństwa nie możemy państwa przenocować w drodze powrotnej (16.03). Zamykamy hotel na 2 miesiące. Przepraszamy.

Zaczynamy się denerwować czy nie będzie problemu z powrotem do kraju? Decydujemy się na pokonanie drogi bez noclegu. Postanawiamy przebukować prom 16.03 z godzin południowych na poranne.

14.03 (sobota) wykonujemy serię telefonów do polskich ambasad w Helsinkach, Estonii, na Łotwie i Litwie. Jedynie Ryga nie odpowiada… Weekend?

Prom do Tallina kursuje, ale co dalej? W ambasadach brak aktualnych informacji odnośnie ewentualnego zamknięcia granic. Kolejne telefony nie wnoszą nic nowego.

Około południa dzwonią z ambasady w Wilnie: – Litwa ogłosi o 18-tej zamknięcie granic. Proszę przekazywać dalej, że tędy się nie przejedzie.

Szansa powrotu przez kraje bałtyckie spada do zera.

Fin2

Żeby się trochę odprężyć idziemy wieczorem z dwoma zięciami do pubu. Tłok, nie ma wolnych miejsc. Czekamy chwilę, siadamy przy stoliku. Piwo, gra w kości, trochę żartów w trzech językach i około północy wracamy do domu. Rano burza mózgów. Zostajemy, ale do kiedy…? Może wracać przez Szwecję, Danię, Niemcy…? Fiński zięć podsuwa ciekawsze rozwiązanie. Możemy płynąć promem, wzdłuż całego Bałtyku, aż do Niemiec, ale to będzie trwało ponad 30 godzin… Tak długo…? Ok, kupujemy bilety.

15.03 (niedziela) Polska zamyka granice. Tego dnia uczestniczymy w uroczystości związanej z przyjściem na świat naszego wnuka. Nagle telefon z portu: – Czy państwo płyną, bo zamykamy bramki?

Biegniemy do auta i pędzimy w kierunku portu. Witają nas uśmiechnięci Finowie. Odprawa przebiega gładko. Stojący przed nami bus włącza sygnały świetlne. Jedziemy za nim na prom. Parkujemy. W recepcji kolejne powitanie i ostatnie formalności. Zajmujemy przestronną kajutę. Statek rusza.

Za oknem spokojny Bałtyk… Głośnik zaprasza na szkolenie ratunkowe. Idziemy. Kursantów może 20-tu… Poznajemy sposoby zakładania kamizelki ratunkowej, wodowania i czekania na pomoc.

morze

Kolacja. Szwedzki bufet. Stoły uginają się od wytwornych dań i napoi. Za panoramicznymi oknami piękny, spokojny Bałtyk.

W kajucie telewizja RTL i CNN omawia sytuację EU i świata. Kanclerz Merkel zapowiada zamknięcie szkół, hoteli i granic. Czy zdążymy…?

Za oknem fale jakby coraz większe… Noc. Trzeba trzymać się koi żeby nie spaść. W Helsinkach sprawdzałem pogodę… Zapowiadali 7-8/10 stopni w skali Beauforta. Nie chciałem wierzyć, a teraz co chwila przeraźliwy huk, jakby bombardowanie… W przerwach jęki blaszanej skorupy… Czy przeżyjemy? Czy utrzymamy w sobie te wszystkie wykwintne dania z kolacji…?

prom

Nad ranem cisza. Pytamy recepcjonistkę o wrażenia z nocy.

– Ok, dziękuję. – Spała Pani? – No… tak szczerze, to nie bardzo…

Czyli jak na mieszkańców niziny mazowieckiej to nawet nam dobrze poszło.

W latach 60. płynąłem przez kanał La Manche w podobnych okolicznościach. Dobijając do Dover pasażerowie byli już przezroczyści niczym duchy. W powietrzu unosiła się woń porzuconych posiłków. Marynarze pucowali pokład…

Dzień okazał się  całkiem ładny. Nawet wyszło słońce. Kupiliśmy dostęp do internetu, by zamówić nocleg w Niemczech i kontaktować się z rodziną. W miarę jak płynęliśmy nasze telefony powiadamiały o aktualnym zasięgu operatorów mijanych krajów. Zaskakujący był  komunikat: Włochy: Polskie placówki +390636204200, nr alarmowy: 112, pogotowie: 112, 118, policja: 112, 113 (wg. cennika). Miłego pobytu życzy…!

Chyba jakiś rykoszet, bo w jaki sposób połączyć środek Bałtyku i Włochy?

Sztorm spowodował 45. minutowe opóźnienie. Z radością powitaliśmy zarysy lądu i sam ląd. Spodziewaliśmy się kontroli, mierzenia temperatury, facetów w kombinezonach, dezynfekcji, pytań skąd, dokąd, a tu nic…

Trawemunde

Wjechaliśmy w ciemność i ruszyliśmy w kierunku Kołbaskowa. Na tym przejściu rodzina i internet wskazywali najkrótszy czas oczekiwania. Stacja benzynowa w Travemünde, a w niej co chwila pojemniki do dezynfekcji rąk. Kobiety spokojne, rzeczowe i nawet miłe. Zrobiliśmy niezbędne zakupy.

Granica. Gigantyczna ilość tirów zajmuje prawy pas, lewy pas jakby pusty… Żadnej informacji czy ten pusty to dla nas. Kilka aut wjeżdża w niego ze sporą prędkością. Jedziemy za nimi. 100 metrów przed punktem zero korek. Wolno, ale przesuwamy się ku ojczyźnie… W pewnym momencie pomiędzy nami a samochodami ciężarowymi tworzy się dodatkowy szpaler samochodów osobowych i busów. Pojawia się radiowóz na światłach, ale bez sygnału… Mija trochę czasu zanim funkcjonariusze nadzoru ruchu zauważają sytuację. Wreszcie robią wszystko by radiowóz przejechał, ale jednocześnie powodują okropny bałagan. Poirytowani kierowcy wychodzą z samochodów próbując przywrócić porządek. Wielu rozgląda się też za toaletą… Nic takiego nie ma. Manifestować ulgę w blasku reflektorów, to jakoś jednak głupio… Wytrzymujemy cztery godziny. Wybór Kołbaskowa okazał się trafiony. Na innych  przejściach samochody stoją już 20-30 godzin. Czy też bez toalet i wody?

Za komuny wracałem z kolegą z Niemiec i on w identycznej sytuacji poszedł za barierkę… Wrócił, a razem z nim to, co określa się wielkim szczęściem. Zaklął, bo już wymazał elegancki dywanik. Wyjmując go z ciemności ubrudził spodnie. Nie zabierałem głosu, żeby nie wciągać powietrza. Staliśmy bardzo długo, więc kolega stwierdził, że bez problemu wrzuci brudy do bagażnika i założy nowe. Kiedy stanął bez spodni kolumna zaczęła ruszać. W blasku halogenów i wrzasku klaksonów błyskawicznie wrócił za kierownicę. Celnicy obu narodowości byli lekko zaskoczeni. Tak jakby zastanawiali się dlaczego on był bez spodni, a ja nie. Jaś Fasola by tego lepiej nie wymyślił…

Po 4. godzinach mierzą nam temperaturę i docieramy do sekcji składania deklaracji. Imię, nazwisko, skąd, dokąd, e-mail, numer telefonu. Otrzymujemy wytyczne na 14 dni kwarantanny.

To co działo się na granicy to kuriozalna prowizorka. Sterty dokumentów w otwartym busie. Zamaskowani mundurowi drepczący z dokumentami przez rów do pomarańczowego namiotu i z powrotem. Jakieś takie sztuczne przedłużanie kontroli. Jakby strajk włoski…

Wreszcie koniec. Docieramy do pierwszej stacji benzynowej. Jest z kafejką, ale  toalety brak…

Panienka w kasie stwierdza: – Siusiu to nic w porównaniu z tym jak ja ryzykuję obsługując przybyszów zza granicy. – A dlaczego nie ma tu płynu do odkażania rąk. – Nie ma i nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie…

Jedziemy dalej. Zaczyna świtać. W purpurze wschodzącego słońca przelatuje olbrzymia sowa, niczym statek kosmiczny… Zatrzymujemy się na pierwszym MOP-ie. Jest toaleta!

30. minut drzemki w rozłożonych samochodowych fotelach i ruszamy w kierunku autostrady A2.

Instrukcja, którą dostaliśmy na granicy, wylicza nasze obowiązki. Nie było nas osiem dni, a teraz jeszcze przez czternaście dni kwarantanna.

Mus to mus, taki sam jak zobaczyć dawno wyczekiwanego potomka.

koniec

Po przyjeździe opiekuje się nami rodzina. Dostajemy zakupy pod drzwi. Rozmawiamy przez okno albo przez telefon.

22.03 (niedziela) zjawia się policja. Zatrzymują się przed bramą, dzwonią. – Proszę pokazać się w oknie. – A mąż? – Jest z panią mąż? – Tak, razem podróżowaliśmy. – To niech się pokaże. Stanąłem w oknie, pomachałem, ręka za szybą radiowozu odmachała. Pojechali, a za chwilę telefon. – Bardzo proszę zadzwonić do sanepidu i zgłosić poprawkę, bo my męża w wykazie nie mamy.

Wszedłem na stronę sanepidu, znalazłem e-maila, opisałem sytuację podając swoje dane.

23.03 (poniedziałek), południe, zjawia się nieoznakowany samochód. Telefon, pomachanie, odmachanie i zdziwienie, że jest jeszcze mąż… Ale proszę się nie martwić, zgłosimy pani męża gdzie trzeba…

24.03 (wtorek) ponownie wizyta kontrolna i ponowne zdziwienie. – Mąż? To jest z panią mąż? W wykazie go nie mamy, ale proszę się nie martwić, na pewno się znajdzie.

25.03, 26.03, 27.03 to samo.

Cóż, najwyraźniej zaginąłem na granicy… Musiało wywiać moją deklarację z busa… Może teraz i Niemcy mają ze mną kłopot. Żeby tylko nie szukali mnie sprawniej od naszych.

Kwarantanna. Zostało jeszcze sześć dni…