MOJE AUTA

Moje auta

Mój pierwszy samochód był z wiślanego piasku i cegieł. Zniszczono go by wymurować  kawałek ściany ostatniego pokoju w rodzinnym domu. Wszystkie następne auta były mniej stacjonarne. Tym pierwszym dopuszczonym do ruchu stał się szesnastoletni volkswagen przyprowadzony przez szwagra ze Szwecji. Własnoręcznie uszyłem w nim całą tapicerkę.

VW wariant (combi) z silnikiem bokserem, jedynym silnikiem samochodowym wykorzystywanym do konstrukcji latających. Ten silnik był ukryty pod podłogą tylnego bagażnika. Cały czas mam w oczach miny milicjantów, którzy nakazali mi otworzyć maskę a tam pusto, bo to był obszerny przedni bagażnik.  Mundurowi zniesmaczeni zasalutowali i zakończyli lustrację. Z wariantem rozstaliśmy się przez wypadek, który wydarzył się  w drodze do kwiaciarni, dokąd wraz z panem młodym jechaliśmy po wiązankę dla jego oblubienicy.

Drugim moim samochodem był fiat 125p w kolorze, jak to romantycznie określiła wspomniana oblubienica, koniaku. Miałem mniej estetyczne skojarzenia… Polskie radio Safari montowałem w polskim aucie trzy dni, polskie radio w VW montowałem wcześniej 15 minut. Fiata dojeżdżałem po ojcu, a sprzedałem go majstrowi budowlanemu, któremu zawdzięczam codzienne picie kawy.

– Pan zaparzy dwie kawy.

– Ale ja nie piję kawy.

– Ja też. Będziemy sobie ją popijać każdego dnia o 11.00 i ustalać  harmonogram prac na najbliższe dni.

Następnym samochodem był również fiat 125p. Ten sam rocznik, ale w takim stanie, że grzech było nie kupić. Właściciel, oficer WP, jeździł samochodem służbowym, a tego trzymał w garażu na kobyłkach i pod plandeką. Nadzorował osobiście składanie samochodu w FSO na  Żeraniu i dobierał najlepsze części. Jedyny mankament, zmatowiony  przez plandekę lakier. To tym samochodem doznałem ciekawego przeżycia w trakcie rutynowej kontroli pojazdu. Milicjant, który brawurowo zatrzymał mnie na drodze już z odrobinę mniejszą pewnością siebie, a nawet lekko się zataczając, dotarł do mnie  zadając podchwytliwe pytanie:

– Co, pite było?

Kolor ceglany w 90 roku zamieniłem na wiśniowy nowiutkiej łady samary odbieranej w Lublinie. To był mój ostatni samochód,  który można było reperować samemu. Zimowa podróż do Zakopanego, kłęby czarnego dymu przy dodawaniu gazu, diagnoza w częstochowskim serwisie ze wskazaniem na pęknięte pierścienie i jazda z determinacją do urlopowego celu, by dzieci mogły sobie pozjeżdżać na dupniakach (rodzaj plastikowej łopaty). Już w domu reperacja, której koszt nie przekroczył… 500 złotych.

Po siedmiu latach szczęśliwej współpracy zamieniłem samarę na hondę civic. Przy odbiorze zapytałem dealera o dziwnie niskie tony przy dodawaniu gazu…

– To jest honda proszę Pana.

Dotarliśmy się szczęśliwie  w długiej trasie na południe Francji. Przystałem na jej ksywkę kosiarka i przez 18 lat nie wiedziałem co to dolewanie oleju czy jakakolwiek reperacja. Chociaż dwa lata temu popsuł się zamek centralny. Każdy elektryk na początek życzył sobie 200,- i pozostawienie samochodu na cały dzień. Z powodu wielkiego przywiązania nie potrafiłem pozwolić sobie na tak długą rozłąkę. W internecie wyśledziłem zasady działania zamku, rozebrałem lewe drzwi wg. instrukcji i dopatrzyłem się pękniętej metalowej dźwigni. Reperacja trwała jakieś 30 minut. Z hartowanego drutu odtworzyłem uszkodzony element i zamek wrócił do fabrycznej kondycji.

Po uzyskaniu przez kosiarkę pełnoletniości  zdecydowałem się na rozłąkę. Szczęśliwym nabywcą stała się studentka, która z matczyną czułością obiecała dbać o biedulkę aż do końca.

Wydawało mi się, że rozłąka nie zrobi na mnie wielkiego wrażenia, ale osiemnaście lat to spory kawałek historii… Z łezką w oku podziwiałem ujarzmianie civica przez jej nową właścicielkę. Następnego dnia obudziłem się powtarzając jak mantrę jakiś kod…

To był numer rejestracyjny samochodu mego życia.

KLAPS

Klaps.jpg3

Klapsa od położnej właściwie nie pamiętam, ale musiał zaboleć jak każdego z nas.

Pomimo ostrzeżenia w co się człowiek pcha, jakoś nikt nie rezygnuje.

Teraz po latach wiem, dlaczego położna mieszkająca w sąsiedztwie zawsze się do mnie uśmiechała, a ja podświadomie rewanżowałem się wystawieniem języka, pobierając błyskawicznie replikę powitalnego gestu, ale już z ręki rodzicielki.

Wszystkie wczesnodziecięce relacje z czasem przyozdabiają się pozorami, sukniami, krawatami, willami, samochodami, ale głównej idei nie zatracają.

Ciągle znajdują się ludzie, którzy, w dobrej czy złej wierze, gotowi  są odpowiednio klepnąć, by cieszyć się z uzyskanego efektu.

Około piątego roku życia z rówieśnikami cały dzień mozolnie budowałem szałas. Następnego dnia, wczesnym świtem, przybiegli do mnie, meldując, że ktoś całą naszą ciężką pracę przewrócił, podeptał i rozniósł na cztery świata strony. Z czasem okazało się, że spustoszenia dokonali meldujący… To samo działo się ze wspólnie zakopywanymi skarbami, które w nadprzyrodzony sposób opuszczały kryjówkę, by zupełnie niechcący ukazać się w środowisku współzakopujących…

W piątej klasie podstawówki miałem koleżankę, która w pewnym momencie zaczęła się bardzo dziwnie zachowywać w stosunku do mnie. Ogólnie mówiąc, psuła mi opinię, wykrzywiała twarz na mój widok itp. Kiedy w trakcie lekcji usiłowałem oddać pióro, które sturlało się z jej ławki pod moje nogi, zrobiła takie przedstawienie, że aż zareagowała polonistka… Te niesympatyczne zachowanie wyjaśnił po jakimś czasie poufny liścik od jej przyjaciółki z internatu:

– Ona Ciebie KOCHA!

Szkoda, bo przecież w takich okolicznościach mogliśmy się fajnie dogadać…

Konflikty, które rodzą się w główkach małolatków swoją irracjonalnością idei niczym się nie różnią od wielkich światowych nieporozumień. Zawsze coś komuś się nie spodoba, ktoś komuś nadepnie na odcisk, ktoś kogoś obrazi, albo ktoś komuś czegoś pozazdrości…

Chyba to wszystko bierze się od pierwszego na tym świecie objawu agresji, czyli tego bezwzględnie wymierzonego klapsa na dopiero co ukształtowany tyłek?

Ale, z drugiej strony, czy bez tak silnego bodźca bylibyśmy w stanie pełnić zaszczytny obowiązek życia na tym, mimo wszystko, pięknym świecie?

ŚWIATŁO

Swiatlo

Kiedy siadamy w zaczarowanym kręgu ogniska, a płomienie odbijają się w naszych oczach, łatwo ulec zadumie…Trudniej jest sformułować istotę zadumy. Wydaje mi się, że następuje wtedy w nas chwilowe zawieszenie, takie sekundowe odcięcie się od realnego świata.

W moim rodzinnym domu zawsze była elektryczność, ale z powodu częstych wyłączeń długo jeszcze mieliśmy w rezerwie lampy naftowe. Świeczki  właściwie nigdy nie zniknęły z wyposażenia.

W podsiedleckiej wsi, gdzie bywałem w czasie letnich i zimowych przerw szkolnych, prąd pojawił się dość późno, dzięki temu pamiętam wieczorne przesiadywanie wokół lamp naftowych, fascynujące opowieści, a na ścianach swoisty teatr cieni.

Taka sceneria sprzyjała duchom. Rówieśnicy podkręcali atmosferę niespodziewanym stukaniem czy drapaniem w stół. Jedna z opowieści głosiła, że antenaci nawiedzają nas, ukazując się w lustrach o północy… Ciemność i lustro to był prawdziwy dreszczowiec. Ktoś kiedyś podrzucił nam recepturę na wywoływanie przodków. Trzeba było jedynie w pudełko po paście do butów nasypać  soli, zalać denaturatem i podpalić, a zjawy błyskawicznie pojawiały się na twarzach spirytystów. Żeby temu wszystkiemu dobrze się przyjrzeć potrzebne było jeszcze lustro. Nie wiem, czy to sprawa zwierciadła, zielonkawego światła, oczekiwań, czy wszystkiego razem, ale efekt potrafił być piorunujący…

Zająca na drodze paraliżuje światło reflektorów. Mnie, w czasie bezgwiezdnego powrotu znad morza, w światłach samochodu pojawił się sparaliżowany przerażeniem łeb konia… Jakim cudem go nie trafiłem, nie wiem, ale jego obraz zapamiętałem na całe życie. Po tym objawieniu dochodziłem do siebie dobre pół godziny, a woźnica w tym czasie czmychnął w krzaki wraz ze swoim nieoświetlonym pojazdem.

Bywa jednak, że brak światła pomaga. Wujcio wieczorny obchód gospodarstwa robił po ciemku. Logikę takiego zachowania zrozumiałem dopiero na harcerskich podchodach, kiedy skradanie się do obozu przeciwników wymagało całkowitej niewidoczności. Może ten nocny woźnica też się do kogoś skradał…

– Zapalona zapałka, fascynacja światłem, nieuwaga i raptowne machnięcie ręką! Zapałka trafia w mocno wysuszone środowisko. I co!? I pożar!

W ten właśnie sposób instruktor bhp tłumaczył kursantom wysokie ryzyko związane z niefrasobliwym obchodzeniem się z ogniem. Czy to z rutyny czy z braku wyobraźni ogień błyskawicznie wydostał mu się spod kontroli. Chciał go ugasić napojem z termosu, ale tylko zwiększył płomienie. Gdyby nie nic niewiedzący słuchacze, pożar opanowałby z pewnością cały budynek, wzbogacając rubrykę wypadków Ekspresu Wieczornego. W każdym razie uzyskane światło było smrodliwe, ale bardzo widowiskowe, a akcja gaśnicza wręcz imponująca.

W czasie przesilenia letniego Finowie przesyłają sobie światło, rozpalając olbrzymie ogniska na brzegach zatok bałtyckich. Całonocny obrządek wymaga nie tylko ciągłego biesiadowania, ale też opału. Przy śpiewie i tańcach znikają w płomieniach uzbierane pnie, gałęzie a nawet wysłużone meble. Ognisko musi być duże, by światło docierało jak najdalej. Jest to swoisty wyścig z  biesiadnikami z odległych brzegów.

– Tu masz suwaki w czterech kolorach. Przesuń pierwszy…

Przesunąłem czerwony suwak na ekranie iphona, a żarówka pod sufitem pokoju w Seattle zmieniła kolor z białego na czerwony i w miarę przesuwania świeciła intensywniej.

– Taka zabawka. W żarówkach ledowych są chipy. Jakiś Europejczyk napisał aplikację sterującą światłem. Można sobie zmieniać kolory i intensywność.

W Augustowie w latach osiemdziesiątych leżeliśmy na kocach pod pięknie rozświetlonym niebem. Kuzyn miał małą lunetę, dzięki której mogliśmy przybliżać sobie światło gwiazd. Mały problem polegał na tym, że widok optyczny nie zgadzał się z tym rzeczywistym, był jakby lustrzanym jego odbiciem. Powodowało to wiele śmiesznych nieporozumień, ale ogólny czar był podobny do tego, jaki panuje w planetarium Centrum Nauki Kopernik. W Augustowie smagał nas cieplutki wietrzyk, w planetarium delikatnie grana muzyka na żywo. W obu przypadkach wpatrzeni w światła gwiazd wędrowaliśmy w nieznane, gdzieś hen daleko, gdzie pewnie nasi przodkowie pilnują ognisk, by ich światło cały czas  docierało do Ziemi.

Może już rodzi się aplikacja, dzięki której będziemy mogli podróżować pomiędzy światłami, zmieniając ich blask, a czasami nawet je gasząc, by popatrzeć  przez lustro w daleki, realny, świat…

JAJKO

JAJA2.GIF_k

Jajko przypuszczam, że pojawiło się w moim życiu razem z kolejną odmianą diety noworodka.

Kogel-mogel trafiał we mnie łyżeczką łykany na pewno w tempie błyskawicznym aż do łapczywego wylizania resztek.

Urodziłem się na przedmieściach Warszawy, gdzie kury były prawie w każdym domostwie.  Te wszędobylskie nieloty, kiedy tylko poczuły swój matczyny instynkt, potrafiły znosić jaja w ukryciu. Poszukiwania były fascynujące… Kura obwieszczała narodziny zanosząc się gdakaniem, czyli wskazywała w przybliżeniu miejsce. Bywały jednak kury cwane. Te poddawane były szczegółowej obserwacji włącznie z macaniem palcem wskazującym. Nie pamiętam, czy tego odpowiedzialnego zajęcia nauczyły mnie babki, czy rówieśnicy. Pamiętam jednak, że zbyt mały palec nie zawsze potrafił z sukcesem spenetrować  przyrząd nośny ptaka.

Wiejskie poszukiwania jaj odbywały się na nieporównywalnie większą skalę. Wtedy nauczyłem się spijać surowe jaja. Taki posiłek, bez konieczności odwiedzania domu, ratował niejedną wiejską przygodę. Nie pamiętam, żebyśmy się obrzucali jajami, ale to chyba wynikało z ogólnego szacunku do jedzenia. Poza tym jaja skupowała sklepowa, a to już były wymierne korzyści.

Jaja faszerowane… Te wszystkim dzieciakom smakowały, do tego stopnia,  że nazywaliśmy je lodami…  A jeszcze takie utytłane w drobno pokrojonym wiosennym szczypiorku… Pycha!

Tuż przed pójściem do podstawówki byłem na koloniach w Poroninie. Przy ognisku pożegnalnym rówieśnicy odgrywali skecz. Fabuła dość skomplikowana. Żart polegał  na tym, że jeden z aktorów chował cztery kurze jaja pod harcerską czapką na swojej głowie. Współaktor, zdziwiony wyglądem podniesionej czapki, uderzał w nią dłonią i następował spektakularny wyciek surowej jajecznicy ku wielkiej uciesze gawiedzi. Chóralne wołanie o bis nie przyniosło uciesznej powtórki, bo po pierwsze, nie było więcej rekwizytów, a po drugie, aktor zaczynał krzepnąć.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych w jakiejś magicznej książce wynalazłem sztuczkę wpychania jaja do butelki po mleku. Problem polegał na tym, że otwór był za mały. Wystarczyło jednak jajo namoczyć w occie, a skorupka miękła i całość bez problemu dawała się wcisnąć do środka, przynosząc wygraną w zakładach.

W książce była również propozycja konkursu zbicia jaja miską. Podstęp polegał na umieszczeniu celu w rogu ścian i podłogi.

Jajko na miękko… Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić bardziej pyszne śniadanie? Otóż chyba tak, ale nie u nas, tylko np. w stanie Newada na zachodnim wybrzeżu USA. Znalazłem się tam z rodziną w 2014 roku. Upał 40*C. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę bladym świtem. Gospodyni pensjonatu pyta:

– Czy życzą sobie Państwo na śniadanie jaja?

– Tak. Bardzo prosimy –  gotowane na miękko.

Starsza pani idzie do kuchni i bardzo długo z niej nie wychodzi… Po jakiejś chwili słyszymy rozmowę telefoniczną:

– Mam gości z Europy… Oni chcą jajka gotowane na miękko…  Jak się to robi???

Ratunek był pokrętny, bo jajka dostaliśmy obrane, podane na talerzu i oczywiście na twardo.

W dalszej części podróży, bywając  w restauracjach, z ciekawości dopytywaliśmy się o jajka  na miękko.  Pytanie wprowadzało zamieszanie. Ktoś nawet stwierdził, że u nich gotuje się wyłącznie na twardo.

Jajecznica na maśle ze świeżo zebranymi kurkami – to jest to! W Gąsiorowie, nad Zalewem Zegrzyńskim, w latach osiemdziesiątych,  zjechała się nas spora wycieczka. Poszliśmy na grzyby, postanawiając rezultat  zamienić w przepyszną jajecznicę. Trwało to bardzo długo, bo gaz w butli był na ukończeniu, a patelnia ogromna. Oczekujący, rozdrażnieni zapachem, obstawiali zakłady, czy danie kiedykolwiek będzie gotowe. Powolna obróbka cieplna wpłynęła jednak korzystnie na potrawę, która podana zniknęła w kilka razy szybciej niż trwało jej przygotowanie.

Pod koniec lat siedemdziesiątych trafiło mi się zamówienie życia, chociaż nie z mojej branży. Niemiecki hurtownik poszukiwał kilku tysięcy pisanek. Pisanka rzecz prosta, ale taka ilość już nie. We wstępnych przygotowaniach ustaliłem, że mamy w kraju dużo cukierni, a one wykorzystują przecież dużą ilość jaj… Należało jedynie przekonać cukierników, by nie rozbijali skorupek, tylko robili wydmuszki. Obmyśliłem rodzaj karuzeli, na której jaja pozbywałyby się swoich wnętrzności przy pomocy siły odśrodkowej. Teoretyczne przygotowania zajęły tak dużo czasu, że, na szczęście dla mnie, hurtownik przerzucił zamówienie do kraju, gdzie praca ręczna była jeszcze niżej opłacana, niż u nas.

Jaja wyzwalają w niektórych talenty plastyczne, szczególnie na Wielkanoc. Samo gotowanie, w łupinach cebul, w burakach, w kurkumie, w liściach czerwonej kapusty, daje  ciekawe efekty. Niektórzy jeszcze potrafią wydrapywać finezyjne wzorki. Mnie z tej okazji nazywano nawet Łowiczanką…

Jestem  przekonany, że misternie zdobione pisanki, kraszanki  pojawiać się będą jeszcze długo w naszych koszyczkach, a jaja gotowane, smażone, faszerowane będą smakować dalej kolejnym pokoleniom niezależnie od szerokości geograficznej, w której się znajdziemy.

 

ŚMIERĆ

Śmierć2

Śmierć kiedyś była tak oczywista, że nawet nie potrafię sobie przypomnieć pierwszego z nią spotkania… Chyba to był przejazd konnego karawanu z sąsiadką. Konie w czarnych pióropuszach, woźnica w czarnej liberii, czarna, wyniosła karoca na olbrzymich kołach, a pod czarnym baldachimem jedno leżące miejsce…

Już następnego dnia urządziliśmy pogrzeb znalezionego wróbelka. Sześcioro czterolatków w wielkiej powadze maszerowało w kondukcie pod rozczapierzony krzak, by tam wykopać szpadelkiem dołek i pochować nieszczęśnika w mogiłce pod krzyżykiem z patyczków. Co chwila któreś z nas znajdowało jakieś padnięte zwierzątko, więc mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że uruchomiliśmy swego rodzaju przedsiębiorstwo pogrzebowe.

Kres inicjatywy nastąpił w trakcie wiejskich wakacji. Z jednej strony oberwało się nam od dorosłych za pochopne używanie krzyża, a z drugiej – śmierć na wsi była bliższa życiu… Świniobicia z rozdzierającym wiejską ciszę kwikiem głównego bohatera, płaczące dzień przed swoim odejściem owce, aż wreszcie nocne czuwania przy zmarłych…

Jakoś tak z inspiracji tym ostatnim wydarzeniem straszyliśmy się chowając pod białymi prześcieradłami, kiedy tylko nastawał zmrok. Swój duchowy debiut pamiętam do dziś. Tak przestraszyłem rówieśników, że z wielkim piskiem zaczęli uciekać przez wieś. Mnie panika również dopadła i biegłem razem z nimi, tzn oni uciekali, a ja ich goniłem. Stworzyło się swoiste perpetuum mobile aż do czasu, kiedy zgubiłem białe przykrycie:

– Widziałeś?!

– Co!?

– Ducha starej Jastrzębskiej! Cały biały, przygarbiony, gonił nas!

W szkole podstawowej ocieraliśmy się o śmierć odwiedzając przyklasztorną kostnicę, kiedy tylko któraś z zakonnic odeszła na łono Abrahama. Wieść szybko się niosła i w czasie przerw biegaliśmy na zatracenie, by oddać hołd zmarłej. Wyścig kończyliśmy przed drzwiami ledwo łapiąc powietrze, poprawiając mundurki, przyklepując fryzury naślinioną dłonią.

– Mucha!

– Co mucha?

– Mucha siedzi jej na nosie…

– Cicho, dzieci. Pomódlcie się i wracajcie do szkoły.

Oczywiście, po powrocie zaczynało się straszenie tych, co z nami nie pobiegli.

– Była bez nogi… Jedno oko miała otwarte… A cała była żółta jak z wosku…

Śmierć, ta w domu, dziadka, a potem babki, była zupełnie innym przeżyciem. Nie mogliśmy pojąc, że najukochańszych osób już z nami nie będzie…

Zimnego, pożegnalnego, pocałunku babki w czoło, też nie mogę zapomnieć…

Babka umarła w naszym domu, ale pogrzeb miała w swojej rodzinnej wsi koło Siedlec… Mieszkańcy zeszli się na nocne czuwanie z dziewiętnastowiecznymi brewiarzami, które przy takiej okazji pojawiały się samoistnie. Intensywny zapach ciętych kwiatów, igliwia i przemysławki tak mi się negatywnie zakodował, że cały czas w kwiaciarniach nie czuję się zbyt komfortowo…

Już nie pamiętam, która z babek obiecywała, że nie będzie nas straszyć po śmierci, ale oczywiście pod warunkiem, że będziemy grzeczni. Po każdej rozróbie bałem się pierwszej nocy bardziej niż rodzicielskiego wymiaru sprawiedliwości.

Z wiekiem przyzwyczaiłem się do śmierci, choć skłamałbym mówiąc, że jest mi obojętna. Marsz żałobny Chopina, grany przy takich okazjach, od czasu ułożenia do niego słów przez Macieja Zębatego, wytrąca mnie skutecznie z pogrzebowej zadumy…

Jeno z ciekawszych odejść widziałem na filmie z lat sześćdziesiątych. Główny bohater, wieczny żartowniś, znalazłszy się na łożu śmierci, ocknął się na chwilę i dostrzegł przy łóżku drzemiącego syna z rozpostartą gazetą w rękach… Bez chwili wahania chwycił stojącą u wezgłowia gromnicę i podpalił śpiochowi gazetę. Czuwający obudził się błyskawicznie, a żartowniś w ostatnich spazmach śmiechu wyzionął ducha.

Czy kogoś z nas będzie stać na takie poczucie humoru…

BLUZGI

Wyrazy

Przekleństwo, takie konkretne, mocne, pierwszy raz w życiu usłyszałem kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych na słupie wisiał gość i naciągał przewody linii telefonicznej:

– Co się, xurwa, mały gapisz, bociana nie widziałeś?

W rodzinie najmocniejszym przekleństwem było słowo „cholera”, zarezerwowane zresztą wyłącznego na użytek głowy domu. Rówieśnicy złorzeczyli coś tam pod nosem, ale odbierałem te złorzeczenia jako tajnie przypisane wiekowi przedszkolnemu. Dorosły był dla mnie tak wielkim autorytetem, że nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, by mógł kaleczyć język. Po przedszkolu i dwóch latach podstawówki u sióstr Felicjanek zakres nietypowego słownictwa radykalnie podskoczył. Nowi koledzy ze szkół świeckich wnieśli w moje życie słowa, których nie spotykałem w jasełkach, biblijnych i rodzinnych opowieściach.

Na murze przyszkolnym pojawiały się napisy w rodzaju: ” Kierownik Xuj !„

Pod koniec podstawówki każdego dnia wracałem ze szkoły z autorem tego hasła, który klął jak szewc, ale nie wymawiał „R”. Tak mnie to irytowało, że zacząłem pracować nad jego dykcją.

– Nie, xulllwa, tylko Xurrrrwa! Powtórz: Xurrrwa!

To chyba był mój pierwszy wielki sukces pedagogiczny. Żyję w przekonaniu, że tym szkoleniem doprowadziłem do podniesienia dykcji w polskim marginesie społecznym: mój uczeń, tuż po uzyskaniu pełnoletności, obierając strefę cienia, został wyróżniony dożywociem.

W wojsku, szkole życia, nie sposób było nie kląć. Jeden z komandorów klął dosłownie co drugi wyraz bez względu na towarzystwo, w jakim się znajdował. Miał usprawiedliwienie. W dniu ślubu jego młoda żona zginęła pod kołami samochodu. Jeżdżąc do domu na urlopy cierpiałem niemiłosiernie z powodu etykiety, ale mimo wszystko ostre słowa potrafiłem znosić jedynie z męskich ust.

Z czasów wojska mam w swoich zbiorach mosiężną obrączkę. Dostałem ją na pamiątkę od rzemieślnika, z  którym popijałem piwo w usteckiej Messie.

– Xurwa… Jak ja ją kocham… Ona, xurwa, jest taka piękna… Kochamy się, xurwa, do zatracenia… Ona jest, xurwa, taką cudowną kochanką… A ona, xurwa, chłopie, nie ma nóg…

To jednak był monolog wygłoszony w kameralnym gronie, pod wpływem chwili i alkoholu…

W książkach z wolna pojawiały się już bluzgi  niczym pikantne skwareczki, akcentujące nabożne momenty… W Toruniu poznałem młodego utytułowanego pisarza, który w poszukiwaniu atrakcji literackich przeprowadzał na sobie eksperymenty spirytualne. Tak się w tym zagonił, że pod koniec potrafił już spijać w gościnnych łazienkach wszystko, co miało w sobie odrobinę  procentów, a po powrocie do towarzystwa odbijało mu się romantycznie np. Coco Chanel model 1976…

– Wiesz, xurwa, kocham pisać, tego, xurwa, nikomu nie oddam…

I to był kres jego kariery, bo z jednej strony on nikomu nie chciał oddać, a z drugiej –  nikt już od niego nie chciał brać.

Z lat całkowicie dziewiczych niepostrzeżenie przeszedłem w lata tłuste. Przekleństwa zaczęły dla mnie oznaczać przede wszystkim negatywne emocje. Nie potrafię do dzisiaj pojąć, jak je można używać publicznie i bezuczuciowo w życiu codziennym. Sączą się one z ust młodych i starych w autobusach, pociągach, supermarketach. Są wszechobecne.

Już w latach 80tych XX wieku znalazłem się przy świątecznym stole na polskiej wsi, gdzie nawet wizytujący ksiądz nie był zgorszony kwiecistym językiem gospodarzy.

Chyba dwa lata temu miałem dziwną przygodę. Zostałem zaproszony na wieczór autorski uznanego i cenionego literata, dyrektora ważnej placówki kulturalnej. W trakcie ciekawej prelekcji na temat twórczości, prowadząca, równie znana pisarka, dla uświetnienia wydarzenia odtworzyła nagranie fragmentu książki bohatera wieczoru. Przez 10 minut jeden z czołowych polskich aktorów deklamował wyuzdane przekleństwa, pomiędzy którymi nie było nawet przerywników z normalnych słów…

Licznie zgromadzona publiczność w przeróżnym wieku przyjęła nagranie prawie z owacją na stojąco. Mnie przez trzy dni nie opuszczały bóle brzucha, głowy i ogólne otępienie. Myślałem, że to jakiś odosobniona niedyspozycja, ale w ostatnim czasie trafiłem do jednego z najlepszych warszawskich teatrów.  Bilet trzeba było kupić miesiąc wcześniej. Sukces medialny najwyższej rangi, a mnie już w trakcie seansu dopadły identyczne objawy jak podczas wcześniej opisywanego wieczoru literackiego.

Publiczność szalała za każdym bluzgiem przekazując z ust do ust właśnie wygłoszoną plugawą kwestię, zanosząc się śmiechem do granic możliwości.

Przypomniało mi się wtedy stwierdzenie Wojciecha Młynarskiego, że właściwie nie ma co pisać dobrych tekstów, bo wystarczy wyjść na scenę i udawać małpę, by podbić publiczność. W tym teatralnym przypadku do min dorzucono przekleństwa i sukces okazał się niepodważalny.

– Co, syneczku, tak się przyglądasz? Chcesz zostać stolarzem?

– Nie, proszę księdza, jestem ciekawy, co ksiądz powie, jak trafi młotkiem w palec.

I o to mi chodzi. W emocjach jesteśmy jeszcze usprawiedliwieni, ale jeśli tych emocji nie ma…

 

 

SPRAWIEDLIWOŚĆ

Sprawiedliwosc

Kiedy odrywano mnie od piersi w trakcie łapczywego posiłku darłem się wniebogłosy. Naruszanie zasad osobistego żywienia doprowadzało mnie do takich spazmów, że aleję Armii Czerwonej, przy której się urodziłem ponownie zalewała krew. To samo działo się kiedy przeszedłem na butelkę. Potrafiłem ją pić jednym ciągiem, ale kiedy tylko jakaś ręka opatrzności pozbawiała mnie drogocennego skarbu szyby w oknach zaczynały drżeć niczym w Blaszanym bębenku…

Pierwsze nieudane kroki też nie wzbudzały we mnie pozytywnego entuzjazmu. Jakoś jednak udało mi się wypełznąć na świat, porzucić pieluchy i wejść w poważne życie przedszkolne w placówce prowadzonej przez zakonnice.

– Ploszę siostly! Plosze siostly! A on mnie kopnął w klok!

Zsyłka do kozy, sen pośród szczotek i przy wyjściu wymuszona przysięga na wszystko, że to się już nigdy nie powtórzy.

Kilka razy też próbowałem denuncjować, ale bardziej odpowiadało mi osobiste wymierzanie sprawiedliwości.

Spotkania na ubitym polu i walki do pierwszej krwi były większą atrakcją niż gapienie się w nowo wyprodukowany przez przemysł Polski Ludowej telewizor. Niektórzy kumple tak się w tych potyczkach wyspecjalizowali, że przenieśli je w dorosłe życie i potem Ekspres Wieczorny donosił:

– Spokojne osiedle Marysin. Godzina 19.30. Pijany osobnik wszczął awanturę. Wezwany przez przechodniów milicjant został ugodzony nożem. Przestępca trafił za kratki.

Skarżyć nie lubiłem, ale bywałem oczywiście obiektem skarg i to takich anonimowych. Przed majestatem kierownika szkoły podstawowej tłumaczyłem się z rzekomego palenia papierosów, wypalania traw, podpalenia śmietnika, przewodzenia wagarowiczom, pokątne wypisywanie na ścianach krótkich haseł…

– Jestem niewinny proszę Pana Kierownika…

Dzienniczek zapełniał się pomówieniami, moje ciało w najmiększym miejscu podnosiło ciśnienie krwi całego organizmu, a ja błyskawicznie ustalałem donosiciela i przekazywałem sprawiedliwość dalej.

Życzliwość w społeczeństwie nie jest uwarunkowana wiekiem więc tym sporo starszym, wręcz emerytom, zmuszony byłem dziękować chociażby przez uciążliwe wciskanie dzwonka.

Dziadek mawiał:

– Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa.

Wyznając tę prawdę bezgranicznie starałem się oliwie pomagać by wypływała jak najszybciej oczywiście w przypadkach kiedy ta osobliwość nie była skierowana przeciwko mnie.

Ponieważ szycie po rodzicach miałem we krwi, więc wcześnie zacząłem we własnym zakresie maskować wszelkie ślady w odzieży nabyte w trakcie wymierzania sprawiedliwości. Stałem się wręcz punktem usługowym dla swoich kolegów.

Dziewczyny broniliśmy z zasady honorowo. Znalazła się jednak Danka, która nie dość, że obrony nie potrzebowała, to jeszcze bezinteresownie potrafiła nam wszystkim natrzaskać. Cóż, wyjątek to nie reguła…

Była jeszcze Dorotka, która wagą przewyższała trzykrotnie każdego z nas i wystarczyło by wcisnęła któregoś w ścianę a wszystkie cukierki z naszych kieszeni stawały się jej własnością.

Dwa wyjątki to jeszcze też nie reguła…

Ale było jeszcze takie trio; Ela, Gosia, Kasia… Mieszkanki internatu w podstawówce… One potrafiły kolektywnie wymierzyć sprawiedliwość każdemu upatrzonemu wrogowi…

Trzy wyjątki to już właściwie reguła. Do tego jeszcze przypominam sobie Baśkę, której wydawało się, że na siłę nauczy mnie tańczyć. Kiedy nadepnąłem ją niechcący stwierdzała:

– Zaraz ci przywalę!

– To wal…

I głupia waliła. W takiej nauce potrafiłem wytrwać jedynie do trzeciego przydepnięcia, po czym uciekłem ze szkolnej  imprezy. W wielkim postanowieniu zemsty przez nieuczenie się tańczyć tkwię aż po dziś dzień.

Z opisanych przypadków wynika, że nie dopuszczałem się zbytnio denuncjacji. Nawet jeśli sytuacja toczyła się samoistnie w rezultacie nie korzystałem z prawa oficjalnego odwetu. Tak też było pod koniec lat sześćdziesiątych w trakcie Wianków na placu Zamkowym… Gromadnie okupowaliśmy ławkę w pobliżu kościoła Św. Anny spożywając właśnie nabyte czereśnie. Dyskutując bezwiednie strzelaliśmy pestkami w tłum. Jedna z pestek trafiła za dekolt wybranki boksera z Legii… Cały plac zaangażował się w dochodzenie sprawiedliwości. Łuk brwiowy miałem zszywany ostatnią nicią, a przed sądem stwierdziłem:

– To był jakiś dziwny zbieg okoliczności proszę Wysokiego Sądu… Do oskarżonego nie czuję żadnego żalu.

Te opisane przeze mnie przypadki są dowodem na to, że sprawiedliwość bywa, a czasami nawet musi być i to wymierzona osobiście, ale czy to się zawsze opłaca…

WALKA Z CZASEM

Zegar

Czy ja chciałem zatrzymywać czas, czy tylko w jakiś sposób go okiełznać?

W każdym razie odkąd pamiętam zawsze majstrowałem przy zegarach. Pierwszy to był słoneczny. Wszechwiedzący Bogdan, mój przedszkolny przyjaciel, oprócz wiadomości, że dorośli też się bawią na golasa, przekazał  mi również zasadę działania zegara słonecznego. W jeden i drugi temat był wtajemniczony powierzchownie, więc do końca wszystkiego nie potrafił wytłumaczyć. Najważniejszą zasadę, że wbity w ziemię patyk rzuca cień który się przesuwa, pojąłem. Nawet umawialiśmy się  według tak wyznaczonego czasu. Kilka razy doszło do nieporozumienia bo słońce nie wyszło a kiedy już się spotkaliśmy kolega usiłował ustalić cień przy pomocy latarki…

W każdym razie zegar był bezpieczny i raczej trudny do popsucia. Następny, klepsydrę, już można było w jakiś sposób uszkodzić, bo szkiełko jak na dziecięcą ciekawość było zbyt kruche a piasek co najmniej ślamazarnie się przesypywał. Dziadka „cebula” z dewizką to już było coś. Jak ona pięknie cykała kiedy właściciel dobrodusznie przykładał mi ją do ucha… To cudo popsułem dopiero w dorosłym życiu. Był jeszcze zegar drewniany przysłany dla początkujących zza żelaznej kurtyny. Ten mi odpowiadał, bo słuchał się mnie bezwzględnie. Od czasu do czasu zmuszony byłem jedynie prosić dziadka o interwencję czarodziejskim śrubokrętem tak by wskazówki nie opadały raptownie na wpół do szóstej.

Zegar wiszący to było wyzwanie…

Szafka nocna, stołek, a czasami jeszcze stołeczek i wreszcie, po odnalezieniu sprytnego haczyka można było się dostać do środka, gdzie wahadło tykało a młoteczki wydzwaniały godziny. Szybko zorientowałem się, że wystarczy dużą wskazówką przelecieć po szóstce i po dwunastce by muzyka trwała dłużej. Penetrując szafkę zegara znalazłem klucz do nakręcania, ale nie miałem wystarczająco siły by go skutecznie użyć. W koronie zegarowej szafki znalazłem skarb, czyli zwitek prawdziwych banknotów. Postanowiłem o znalezisku nikomu nie mówić tylko spróbować zorientować się ile landrynek mógłbym za nie nabyć w pobliskim sklepie… Kiedy wróciłem po przekomarzaniu się z panią sklepową, skarb zniknął tak samo tajemniczo jak się pojawił. Nikomu nic nie powiedziałem, nikt o nic nie pytał tylko dziadek z babcią dziwnie uśmiechali się z wiszącej nieopodal zegara fotografii…

Potem był zegarek na pierwszą komunię, do którego nie potrafiłem się dostać w normalny sposób a który tak samo pięknie cykał jak dziadka cebula. Dopiero umocowanie w imadle spowodowało pozbycie się szkiełka i nastąpił mój bezpośredni kontakt z cieniutkimi wskazówkami.

Z czasem jednak opanowałem otwieranie zegarków i malowanie ich całych albo tylko cyferblatów w elementy nawiązujące do piosenek Beatelsów. Tu pojawiły się nawet pierwsze zamówienia z zewnątrz… Gdzieś tak na koniec podstawówki kolega dostał od wielbicielki przepiękny, srebrny, dziewiętnastowieczny zegarek kieszonkowy z podwójnymi kopertami i piękną grubą dewizką… Postanowiłem go zreperować nowiutkim scyzorykiem Gerlacha na bujnym trawniku pod ślimakiem mostu Poniatowskiego. Coś strzeliło jak z katapulty, a pod ostrzem scyzoryka złośliwie wyprostowała się delikatna sprężynka. Udało mi się ją wcisnąć, jakoś zblokować, ale zegarek już nie zacykał. To był początek moich bardziej dramatycznych przygód z czasomierzami. Nie potrafię nawet w przybliżeniu określić ile ich w życiu otworzyłem i bezpowrotnie unicestwiłem. Było tego dużo… Przyznam się, że ciekawość tego typu mechanizmów nie minęła mi z wiekiem i jeszcze teraz z przyjemnością bym sobie coś popsuł. Mam nawet takie nieodparte wrażenie, że to jakieś siły nadprzyrodzone zmuszają mnie do prób manipulowania czasem.

MOST ŁAZIENKOWSKI

Most_pżar

Po latach dowiedziałem się oficjalnie, że w 1975 roku wynikiem podpalenia mostu łazienkowskiego były rozgrywki wewnątrz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej…

Wtedy przebywałem na przepustce wojskowej w domu i bardziej byłem zainteresowany spędzaniem czasu z przyjaciółmi niż w drążeniu sensacji politycznych. W każdym razie pod koniec września wróciłem do Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce z atrakcyjną opowieścią, którą wzbogaciłem nudne zajęcia polityczne.

– Most się palił. Ludzie mówili, że to sprawka grupy Moczara…

Prowadzącym szkolenie był podchorąży, który studiował historię na krajowej uczelni. Skończyły się zajęcia i nie minęło dziesięć minut a zostałem wezwany przez zastępcę komendanta jednostki do spraw politycznych. Szybkość imponująca, bo przecież nie było wtedy do dyspozycji telefonów komórkowych…

– No, obywatelu mat, podobno byliście w domu… Co tam słychać?

– Obywatelu Komandorze melduję, że w domu wszyscy zdrowi!

– A może słyszeliście o czymś wyjątkowym…?

– Tak jest Obywatelu Komandorze! Sąsiadka urodziła!

– A w mieście? Podobno most się palił…

– Tak jest Obywatelu Komandorze! Podobno się palił.

– To gdybyście następnym razem coś słyszeli, to natychmiast meldujcie.

Mogłem skorzystać z tego polecenia i uzyskać rozkaz natychmiastowego wyjazdu w „strefę zagrożenia”, ale nie byłem zainteresowany tego typu współpracą.

Z podchorążym oziębiłem kontakty. Okazało się to ze wszech miar słusznym posunięciem nie tylko w zestawieniu szybkiego obiegu wiadomości na temat mostu łazienkowskiego, ale i z powodu faktu, że został on żołnierzem zawodowym i to w powiązaniu ze strukturami SB.

14 lutego 2015 r. most płonął ponownie. W telewizji oglądałem przerażające relacje. Z czasem odpowiednie służby stwierdziły, że pożar nie był przypadkowy i że doprowadził do dużych strat.

W internetowych komentarzach doczytałem się, że nie wyciągnięto odpowiednich wniosków po wypadku z 1975 r. i że to mogło być przyczyną obecnego nieszczęścia.

Dostrzegam zasadniczą różnicę w tych dwóch zdarzeniach.  O tamtym pożarze szeptała ulica, ten omawiano we wszelkich możliwych mediach.

Wtedy skazano jakiś przypadkowych chłopców rzekomo piekących nieostrożnie kartofle pod mostem, a tu jeszcze wszystko przed nami.

TALENTY PISARSKIE

PisakPrzez trzy lata po urodzeniu nie potrafiłem połapać się gdzie wylądowałem i jakim językiem posługują się tubylcy. Skupiłem się na przyroście wagi poneważ ssanie miałem opanowane do perfekcji. Sporo musiałem w siebie inwestować, bo urodziłem się sześćdziesięciocentymetrowy z wagą jakąś taką równie imponującą. Mama o mały włos nie przeżyłaby mojego „ziemniowzięcia”. Wydaje mi się, że mojej winy w tym nie było, ale do końca niczego nie można być pewnym. Z tego, że zawsze muszę coś robić wnioskuję, że i w brzuchu znalazłem sobie jakieś ciekawe zajęcie. Ceramika ani pisanie to raczej nie było ale też pewny nie jestem…W każdym razie kiedy tylko przekroczyłem barierę trzech lat odezwałem się dość głośno i to w czasie podniesienia na niedzielnej mszy. Co krzyknąłem, tego może nie będę pisał… Powiem jedynie, że wyraz krótki, bo czteroliterowy, nabyty zapewne w trakcie nasłuchu starszego rodzeństwa i zaczynający się na tę samą literę na jaką wymyślono moje imię…Potem już z mówieniem przyspieszyłem… Podejrzewam, że rodzina często wzdychała do czasów mojego niemówienia, bo gadałem na okrągło i to jeszcze zadając głupie pytania.

– Mamo skąd się wziąłem? Przecież boćki zimą nie latają…

– Dziadku dlaczego nie zakładasz czapek na swoje cycki tak jak babcia?

– Babciu, dlaczego nie golisz się tak jak dziadek?

Pytań było tyle, że zabrakło chętnych na odpowiadanie. Nawet listonosz się mnie bał. Dawał mi cukierka żebym się zacmoktał, potem błyskawicznie przekazywał pocztę, siadał na rower i zmykał. Dość szybko wszedłem w etap pisania.  Dziwnym trafem pojąłem, że to co mówię mogę zapisać. Starsza siostra już tak robiła. Podbierałem jej obsadkę ze stalówką, rozkręcałem kałamarz, maczałem pisadło i próbowałem coś zapisać na białym obrusie…Problem pojawiał się błyskawicznie. Stalówka wbijała się w grunt i strzelała atramentem przed siebie. Literki to może nie były, ale gdyby takie zdobnictwo zastosować w ceramice to przypuszczam, że zachwyciło by wielu… Po wykryciu moich prób kaligrafii podnosił się gwałt w rodzinie. Mnie natychmiast odkurzano rajtuzy w miejscu gdzie mieści się ten wyżej wspomniany wyraz czteroliterowy, a już nie całkiem biały obrus trafiał do gotowania w asyście babcinych westchnień:

– Czy to się kiedyś skończy…

Skończyło się dość szybko, bo moje kleksy trafiły do zeszytów w kratkę i w linię. Zaczęła się mozolna praca w resorcie szkolnym… Talentów pisarskich szybko nie ujawniłem, wolałem szydełkować… Dopiero w okolicach piątej klasy wczułem się w pracę domową na temat dowolny i napisałem całkowicie zmyślone opowiadanie. Fabuła zachowywała jedność czasu, miejsca i akcji. Łazienka. Sobotnia kąpiel. Jednoczesne wyłączenie światła i wtargnięcie do łazienki strasznego stwora (kot?). Paniczna reakcja. Ucieczka przez okno zmoczonego golasa wprost na plotkujące szkolne koleżanki. Klasa zarykiwała się ze śmiechu. Nauczycielka ratując powagę wyrwała mi zeszyt i w błyskawicznym tempie pokreśliła na czerwono całe opowiadanie… W konsekwencji moje pisanie zeszło do podziemia i wyszło z niego już w moim dorosłym życiu.

Tak mi się wydaje, że to było mi pisane…

PS.

Temat golizny w tamtych czasach był tematem tabu.