JAJKO

JAJA2.GIF_k

Jajko przypuszczam, że pojawiło się w moim życiu razem z kolejną odmianą diety noworodka.

Kogel-mogel trafiał we mnie łyżeczką łykany na pewno w tempie błyskawicznym aż do łapczywego wylizania resztek.

Urodziłem się na przedmieściach Warszawy, gdzie kury były prawie w każdym domostwie.  Te wszędobylskie nieloty, kiedy tylko poczuły swój matczyny instynkt, potrafiły znosić jaja w ukryciu. Poszukiwania były fascynujące… Kura obwieszczała narodziny zanosząc się gdakaniem, czyli wskazywała w przybliżeniu miejsce. Bywały jednak kury cwane. Te poddawane były szczegółowej obserwacji włącznie z macaniem palcem wskazującym. Nie pamiętam, czy tego odpowiedzialnego zajęcia nauczyły mnie babki, czy rówieśnicy. Pamiętam jednak, że zbyt mały palec nie zawsze potrafił z sukcesem spenetrować  przyrząd nośny ptaka.

Wiejskie poszukiwania jaj odbywały się na nieporównywalnie większą skalę. Wtedy nauczyłem się spijać surowe jaja. Taki posiłek, bez konieczności odwiedzania domu, ratował niejedną wiejską przygodę. Nie pamiętam, żebyśmy się obrzucali jajami, ale to chyba wynikało z ogólnego szacunku do jedzenia. Poza tym jaja skupowała sklepowa, a to już były wymierne korzyści.

Jaja faszerowane… Te wszystkim dzieciakom smakowały, do tego stopnia,  że nazywaliśmy je lodami…  A jeszcze takie utytłane w drobno pokrojonym wiosennym szczypiorku… Pycha!

Tuż przed pójściem do podstawówki byłem na koloniach w Poroninie. Przy ognisku pożegnalnym rówieśnicy odgrywali skecz. Fabuła dość skomplikowana. Żart polegał  na tym, że jeden z aktorów chował cztery kurze jaja pod harcerską czapką na swojej głowie. Współaktor, zdziwiony wyglądem podniesionej czapki, uderzał w nią dłonią i następował spektakularny wyciek surowej jajecznicy ku wielkiej uciesze gawiedzi. Chóralne wołanie o bis nie przyniosło uciesznej powtórki, bo po pierwsze, nie było więcej rekwizytów, a po drugie, aktor zaczynał krzepnąć.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych w jakiejś magicznej książce wynalazłem sztuczkę wpychania jaja do butelki po mleku. Problem polegał na tym, że otwór był za mały. Wystarczyło jednak jajo namoczyć w occie, a skorupka miękła i całość bez problemu dawała się wcisnąć do środka, przynosząc wygraną w zakładach.

W książce była również propozycja konkursu zbicia jaja miską. Podstęp polegał na umieszczeniu celu w rogu ścian i podłogi.

Jajko na miękko… Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić bardziej pyszne śniadanie? Otóż chyba tak, ale nie u nas, tylko np. w stanie Newada na zachodnim wybrzeżu USA. Znalazłem się tam z rodziną w 2014 roku. Upał 40*C. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę bladym świtem. Gospodyni pensjonatu pyta:

– Czy życzą sobie Państwo na śniadanie jaja?

– Tak. Bardzo prosimy –  gotowane na miękko.

Starsza pani idzie do kuchni i bardzo długo z niej nie wychodzi… Po jakiejś chwili słyszymy rozmowę telefoniczną:

– Mam gości z Europy… Oni chcą jajka gotowane na miękko…  Jak się to robi???

Ratunek był pokrętny, bo jajka dostaliśmy obrane, podane na talerzu i oczywiście na twardo.

W dalszej części podróży, bywając  w restauracjach, z ciekawości dopytywaliśmy się o jajka  na miękko.  Pytanie wprowadzało zamieszanie. Ktoś nawet stwierdził, że u nich gotuje się wyłącznie na twardo.

Jajecznica na maśle ze świeżo zebranymi kurkami – to jest to! W Gąsiorowie, nad Zalewem Zegrzyńskim, w latach osiemdziesiątych,  zjechała się nas spora wycieczka. Poszliśmy na grzyby, postanawiając rezultat  zamienić w przepyszną jajecznicę. Trwało to bardzo długo, bo gaz w butli był na ukończeniu, a patelnia ogromna. Oczekujący, rozdrażnieni zapachem, obstawiali zakłady, czy danie kiedykolwiek będzie gotowe. Powolna obróbka cieplna wpłynęła jednak korzystnie na potrawę, która podana zniknęła w kilka razy szybciej niż trwało jej przygotowanie.

Pod koniec lat siedemdziesiątych trafiło mi się zamówienie życia, chociaż nie z mojej branży. Niemiecki hurtownik poszukiwał kilku tysięcy pisanek. Pisanka rzecz prosta, ale taka ilość już nie. We wstępnych przygotowaniach ustaliłem, że mamy w kraju dużo cukierni, a one wykorzystują przecież dużą ilość jaj… Należało jedynie przekonać cukierników, by nie rozbijali skorupek, tylko robili wydmuszki. Obmyśliłem rodzaj karuzeli, na której jaja pozbywałyby się swoich wnętrzności przy pomocy siły odśrodkowej. Teoretyczne przygotowania zajęły tak dużo czasu, że, na szczęście dla mnie, hurtownik przerzucił zamówienie do kraju, gdzie praca ręczna była jeszcze niżej opłacana, niż u nas.

Jaja wyzwalają w niektórych talenty plastyczne, szczególnie na Wielkanoc. Samo gotowanie, w łupinach cebul, w burakach, w kurkumie, w liściach czerwonej kapusty, daje  ciekawe efekty. Niektórzy jeszcze potrafią wydrapywać finezyjne wzorki. Mnie z tej okazji nazywano nawet Łowiczanką…

Jestem  przekonany, że misternie zdobione pisanki, kraszanki  pojawiać się będą jeszcze długo w naszych koszyczkach, a jaja gotowane, smażone, faszerowane będą smakować dalej kolejnym pokoleniom niezależnie od szerokości geograficznej, w której się znajdziemy.

 

ŚMIERĆ

Śmierć2

Śmierć kiedyś była tak oczywista, że nawet nie potrafię sobie przypomnieć pierwszego z nią spotkania… Chyba to był przejazd konnego karawanu z sąsiadką. Konie w czarnych pióropuszach, woźnica w czarnej liberii, czarna, wyniosła karoca na olbrzymich kołach, a pod czarnym baldachimem jedno leżące miejsce…

Już następnego dnia urządziliśmy pogrzeb znalezionego wróbelka. Sześcioro czterolatków w wielkiej powadze maszerowało w kondukcie pod rozczapierzony krzak, by tam wykopać szpadelkiem dołek i pochować nieszczęśnika w mogiłce pod krzyżykiem z patyczków. Co chwila któreś z nas znajdowało jakieś padnięte zwierzątko, więc mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że uruchomiliśmy swego rodzaju przedsiębiorstwo pogrzebowe.

Kres inicjatywy nastąpił w trakcie wiejskich wakacji. Z jednej strony oberwało się nam od dorosłych za pochopne używanie krzyża, a z drugiej – śmierć na wsi była bliższa życiu… Świniobicia z rozdzierającym wiejską ciszę kwikiem głównego bohatera, płaczące dzień przed swoim odejściem owce, aż wreszcie nocne czuwania przy zmarłych…

Jakoś tak z inspiracji tym ostatnim wydarzeniem straszyliśmy się chowając pod białymi prześcieradłami, kiedy tylko nastawał zmrok. Swój duchowy debiut pamiętam do dziś. Tak przestraszyłem rówieśników, że z wielkim piskiem zaczęli uciekać przez wieś. Mnie panika również dopadła i biegłem razem z nimi, tzn oni uciekali, a ja ich goniłem. Stworzyło się swoiste perpetuum mobile aż do czasu, kiedy zgubiłem białe przykrycie:

– Widziałeś?!

– Co!?

– Ducha starej Jastrzębskiej! Cały biały, przygarbiony, gonił nas!

W szkole podstawowej ocieraliśmy się o śmierć odwiedzając przyklasztorną kostnicę, kiedy tylko któraś z zakonnic odeszła na łono Abrahama. Wieść szybko się niosła i w czasie przerw biegaliśmy na zatracenie, by oddać hołd zmarłej. Wyścig kończyliśmy przed drzwiami ledwo łapiąc powietrze, poprawiając mundurki, przyklepując fryzury naślinioną dłonią.

– Mucha!

– Co mucha?

– Mucha siedzi jej na nosie…

– Cicho, dzieci. Pomódlcie się i wracajcie do szkoły.

Oczywiście, po powrocie zaczynało się straszenie tych, co z nami nie pobiegli.

– Była bez nogi… Jedno oko miała otwarte… A cała była żółta jak z wosku…

Śmierć, ta w domu, dziadka, a potem babki, była zupełnie innym przeżyciem. Nie mogliśmy pojąc, że najukochańszych osób już z nami nie będzie…

Zimnego, pożegnalnego, pocałunku babki w czoło, też nie mogę zapomnieć…

Babka umarła w naszym domu, ale pogrzeb miała w swojej rodzinnej wsi koło Siedlec… Mieszkańcy zeszli się na nocne czuwanie z dziewiętnastowiecznymi brewiarzami, które przy takiej okazji pojawiały się samoistnie. Intensywny zapach ciętych kwiatów, igliwia i przemysławki tak mi się negatywnie zakodował, że cały czas w kwiaciarniach nie czuję się zbyt komfortowo…

Już nie pamiętam, która z babek obiecywała, że nie będzie nas straszyć po śmierci, ale oczywiście pod warunkiem, że będziemy grzeczni. Po każdej rozróbie bałem się pierwszej nocy bardziej niż rodzicielskiego wymiaru sprawiedliwości.

Z wiekiem przyzwyczaiłem się do śmierci, choć skłamałbym mówiąc, że jest mi obojętna. Marsz żałobny Chopina, grany przy takich okazjach, od czasu ułożenia do niego słów przez Macieja Zębatego, wytrąca mnie skutecznie z pogrzebowej zadumy…

Jeno z ciekawszych odejść widziałem na filmie z lat sześćdziesiątych. Główny bohater, wieczny żartowniś, znalazłszy się na łożu śmierci, ocknął się na chwilę i dostrzegł przy łóżku drzemiącego syna z rozpostartą gazetą w rękach… Bez chwili wahania chwycił stojącą u wezgłowia gromnicę i podpalił śpiochowi gazetę. Czuwający obudził się błyskawicznie, a żartowniś w ostatnich spazmach śmiechu wyzionął ducha.

Czy kogoś z nas będzie stać na takie poczucie humoru…

BLUZGI

Wyrazy

Przekleństwo, takie konkretne, mocne, pierwszy raz w życiu usłyszałem kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych na słupie wisiał gość i naciągał przewody linii telefonicznej:

– Co się, xurwa, mały gapisz, bociana nie widziałeś?

W rodzinie najmocniejszym przekleństwem było słowo „cholera”, zarezerwowane zresztą wyłącznego na użytek głowy domu. Rówieśnicy złorzeczyli coś tam pod nosem, ale odbierałem te złorzeczenia jako tajnie przypisane wiekowi przedszkolnemu. Dorosły był dla mnie tak wielkim autorytetem, że nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, by mógł kaleczyć język. Po przedszkolu i dwóch latach podstawówki u sióstr Felicjanek zakres nietypowego słownictwa radykalnie podskoczył. Nowi koledzy ze szkół świeckich wnieśli w moje życie słowa, których nie spotykałem w jasełkach, biblijnych i rodzinnych opowieściach.

Na murze przyszkolnym pojawiały się napisy w rodzaju: ” Kierownik Xuj !„

Pod koniec podstawówki każdego dnia wracałem ze szkoły z autorem tego hasła, który klął jak szewc, ale nie wymawiał „R”. Tak mnie to irytowało, że zacząłem pracować nad jego dykcją.

– Nie, xulllwa, tylko Xurrrrwa! Powtórz: Xurrrwa!

To chyba był mój pierwszy wielki sukces pedagogiczny. Żyję w przekonaniu, że tym szkoleniem doprowadziłem do podniesienia dykcji w polskim marginesie społecznym: mój uczeń, tuż po uzyskaniu pełnoletności, obierając strefę cienia, został wyróżniony dożywociem.

W wojsku, szkole życia, nie sposób było nie kląć. Jeden z komandorów klął dosłownie co drugi wyraz bez względu na towarzystwo, w jakim się znajdował. Miał usprawiedliwienie. W dniu ślubu jego młoda żona zginęła pod kołami samochodu. Jeżdżąc do domu na urlopy cierpiałem niemiłosiernie z powodu etykiety, ale mimo wszystko ostre słowa potrafiłem znosić jedynie z męskich ust.

Z czasów wojska mam w swoich zbiorach mosiężną obrączkę. Dostałem ją na pamiątkę od rzemieślnika, z  którym popijałem piwo w usteckiej Messie.

– Xurwa… Jak ja ją kocham… Ona, xurwa, jest taka piękna… Kochamy się, xurwa, do zatracenia… Ona jest, xurwa, taką cudowną kochanką… A ona, xurwa, chłopie, nie ma nóg…

To jednak był monolog wygłoszony w kameralnym gronie, pod wpływem chwili i alkoholu…

W książkach z wolna pojawiały się już bluzgi  niczym pikantne skwareczki, akcentujące nabożne momenty… W Toruniu poznałem młodego utytułowanego pisarza, który w poszukiwaniu atrakcji literackich przeprowadzał na sobie eksperymenty spirytualne. Tak się w tym zagonił, że pod koniec potrafił już spijać w gościnnych łazienkach wszystko, co miało w sobie odrobinę  procentów, a po powrocie do towarzystwa odbijało mu się romantycznie np. Coco Chanel model 1976…

– Wiesz, xurwa, kocham pisać, tego, xurwa, nikomu nie oddam…

I to był kres jego kariery, bo z jednej strony on nikomu nie chciał oddać, a z drugiej –  nikt już od niego nie chciał brać.

Z lat całkowicie dziewiczych niepostrzeżenie przeszedłem w lata tłuste. Przekleństwa zaczęły dla mnie oznaczać przede wszystkim negatywne emocje. Nie potrafię do dzisiaj pojąć, jak je można używać publicznie i bezuczuciowo w życiu codziennym. Sączą się one z ust młodych i starych w autobusach, pociągach, supermarketach. Są wszechobecne.

Już w latach 80tych XX wieku znalazłem się przy świątecznym stole na polskiej wsi, gdzie nawet wizytujący ksiądz nie był zgorszony kwiecistym językiem gospodarzy.

Chyba dwa lata temu miałem dziwną przygodę. Zostałem zaproszony na wieczór autorski uznanego i cenionego literata, dyrektora ważnej placówki kulturalnej. W trakcie ciekawej prelekcji na temat twórczości, prowadząca, równie znana pisarka, dla uświetnienia wydarzenia odtworzyła nagranie fragmentu książki bohatera wieczoru. Przez 10 minut jeden z czołowych polskich aktorów deklamował wyuzdane przekleństwa, pomiędzy którymi nie było nawet przerywników z normalnych słów…

Licznie zgromadzona publiczność w przeróżnym wieku przyjęła nagranie prawie z owacją na stojąco. Mnie przez trzy dni nie opuszczały bóle brzucha, głowy i ogólne otępienie. Myślałem, że to jakiś odosobniona niedyspozycja, ale w ostatnim czasie trafiłem do jednego z najlepszych warszawskich teatrów.  Bilet trzeba było kupić miesiąc wcześniej. Sukces medialny najwyższej rangi, a mnie już w trakcie seansu dopadły identyczne objawy jak podczas wcześniej opisywanego wieczoru literackiego.

Publiczność szalała za każdym bluzgiem przekazując z ust do ust właśnie wygłoszoną plugawą kwestię, zanosząc się śmiechem do granic możliwości.

Przypomniało mi się wtedy stwierdzenie Wojciecha Młynarskiego, że właściwie nie ma co pisać dobrych tekstów, bo wystarczy wyjść na scenę i udawać małpę, by podbić publiczność. W tym teatralnym przypadku do min dorzucono przekleństwa i sukces okazał się niepodważalny.

– Co, syneczku, tak się przyglądasz? Chcesz zostać stolarzem?

– Nie, proszę księdza, jestem ciekawy, co ksiądz powie, jak trafi młotkiem w palec.

I o to mi chodzi. W emocjach jesteśmy jeszcze usprawiedliwieni, ale jeśli tych emocji nie ma…

 

 

SPRAWIEDLIWOŚĆ

Sprawiedliwosc

Kiedy odrywano mnie od piersi w trakcie łapczywego posiłku darłem się wniebogłosy. Naruszanie zasad osobistego żywienia doprowadzało mnie do takich spazmów, że aleję Armii Czerwonej, przy której się urodziłem ponownie zalewała krew. To samo działo się kiedy przeszedłem na butelkę. Potrafiłem ją pić jednym ciągiem, ale kiedy tylko jakaś ręka opatrzności pozbawiała mnie drogocennego skarbu szyby w oknach zaczynały drżeć niczym w Blaszanym bębenku…

Pierwsze nieudane kroki też nie wzbudzały we mnie pozytywnego entuzjazmu. Jakoś jednak udało mi się wypełznąć na świat, porzucić pieluchy i wejść w poważne życie przedszkolne w placówce prowadzonej przez zakonnice.

– Ploszę siostly! Plosze siostly! A on mnie kopnął w klok!

Zsyłka do kozy, sen pośród szczotek i przy wyjściu wymuszona przysięga na wszystko, że to się już nigdy nie powtórzy.

Kilka razy też próbowałem denuncjować, ale bardziej odpowiadało mi osobiste wymierzanie sprawiedliwości.

Spotkania na ubitym polu i walki do pierwszej krwi były większą atrakcją niż gapienie się w nowo wyprodukowany przez przemysł Polski Ludowej telewizor. Niektórzy kumple tak się w tych potyczkach wyspecjalizowali, że przenieśli je w dorosłe życie i potem Ekspres Wieczorny donosił:

– Spokojne osiedle Marysin. Godzina 19.30. Pijany osobnik wszczął awanturę. Wezwany przez przechodniów milicjant został ugodzony nożem. Przestępca trafił za kratki.

Skarżyć nie lubiłem, ale bywałem oczywiście obiektem skarg i to takich anonimowych. Przed majestatem kierownika szkoły podstawowej tłumaczyłem się z rzekomego palenia papierosów, wypalania traw, podpalenia śmietnika, przewodzenia wagarowiczom, pokątne wypisywanie na ścianach krótkich haseł…

– Jestem niewinny proszę Pana Kierownika…

Dzienniczek zapełniał się pomówieniami, moje ciało w najmiększym miejscu podnosiło ciśnienie krwi całego organizmu, a ja błyskawicznie ustalałem donosiciela i przekazywałem sprawiedliwość dalej.

Życzliwość w społeczeństwie nie jest uwarunkowana wiekiem więc tym sporo starszym, wręcz emerytom, zmuszony byłem dziękować chociażby przez uciążliwe wciskanie dzwonka.

Dziadek mawiał:

– Oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa.

Wyznając tę prawdę bezgranicznie starałem się oliwie pomagać by wypływała jak najszybciej oczywiście w przypadkach kiedy ta osobliwość nie była skierowana przeciwko mnie.

Ponieważ szycie po rodzicach miałem we krwi, więc wcześnie zacząłem we własnym zakresie maskować wszelkie ślady w odzieży nabyte w trakcie wymierzania sprawiedliwości. Stałem się wręcz punktem usługowym dla swoich kolegów.

Dziewczyny broniliśmy z zasady honorowo. Znalazła się jednak Danka, która nie dość, że obrony nie potrzebowała, to jeszcze bezinteresownie potrafiła nam wszystkim natrzaskać. Cóż, wyjątek to nie reguła…

Była jeszcze Dorotka, która wagą przewyższała trzykrotnie każdego z nas i wystarczyło by wcisnęła któregoś w ścianę a wszystkie cukierki z naszych kieszeni stawały się jej własnością.

Dwa wyjątki to jeszcze też nie reguła…

Ale było jeszcze takie trio; Ela, Gosia, Kasia… Mieszkanki internatu w podstawówce… One potrafiły kolektywnie wymierzyć sprawiedliwość każdemu upatrzonemu wrogowi…

Trzy wyjątki to już właściwie reguła. Do tego jeszcze przypominam sobie Baśkę, której wydawało się, że na siłę nauczy mnie tańczyć. Kiedy nadepnąłem ją niechcący stwierdzała:

– Zaraz ci przywalę!

– To wal…

I głupia waliła. W takiej nauce potrafiłem wytrwać jedynie do trzeciego przydepnięcia, po czym uciekłem ze szkolnej  imprezy. W wielkim postanowieniu zemsty przez nieuczenie się tańczyć tkwię aż po dziś dzień.

Z opisanych przypadków wynika, że nie dopuszczałem się zbytnio denuncjacji. Nawet jeśli sytuacja toczyła się samoistnie w rezultacie nie korzystałem z prawa oficjalnego odwetu. Tak też było pod koniec lat sześćdziesiątych w trakcie Wianków na placu Zamkowym… Gromadnie okupowaliśmy ławkę w pobliżu kościoła Św. Anny spożywając właśnie nabyte czereśnie. Dyskutując bezwiednie strzelaliśmy pestkami w tłum. Jedna z pestek trafiła za dekolt wybranki boksera z Legii… Cały plac zaangażował się w dochodzenie sprawiedliwości. Łuk brwiowy miałem zszywany ostatnią nicią, a przed sądem stwierdziłem:

– To był jakiś dziwny zbieg okoliczności proszę Wysokiego Sądu… Do oskarżonego nie czuję żadnego żalu.

Te opisane przeze mnie przypadki są dowodem na to, że sprawiedliwość bywa, a czasami nawet musi być i to wymierzona osobiście, ale czy to się zawsze opłaca…

WALKA Z CZASEM

Zegar

Czy ja chciałem zatrzymywać czas, czy tylko w jakiś sposób go okiełznać?

W każdym razie odkąd pamiętam zawsze majstrowałem przy zegarach. Pierwszy to był słoneczny. Wszechwiedzący Bogdan, mój przedszkolny przyjaciel, oprócz wiadomości, że dorośli też się bawią na golasa, przekazał  mi również zasadę działania zegara słonecznego. W jeden i drugi temat był wtajemniczony powierzchownie, więc do końca wszystkiego nie potrafił wytłumaczyć. Najważniejszą zasadę, że wbity w ziemię patyk rzuca cień który się przesuwa, pojąłem. Nawet umawialiśmy się  według tak wyznaczonego czasu. Kilka razy doszło do nieporozumienia bo słońce nie wyszło a kiedy już się spotkaliśmy kolega usiłował ustalić cień przy pomocy latarki…

W każdym razie zegar był bezpieczny i raczej trudny do popsucia. Następny, klepsydrę, już można było w jakiś sposób uszkodzić, bo szkiełko jak na dziecięcą ciekawość było zbyt kruche a piasek co najmniej ślamazarnie się przesypywał. Dziadka „cebula” z dewizką to już było coś. Jak ona pięknie cykała kiedy właściciel dobrodusznie przykładał mi ją do ucha… To cudo popsułem dopiero w dorosłym życiu. Był jeszcze zegar drewniany przysłany dla początkujących zza żelaznej kurtyny. Ten mi odpowiadał, bo słuchał się mnie bezwzględnie. Od czasu do czasu zmuszony byłem jedynie prosić dziadka o interwencję czarodziejskim śrubokrętem tak by wskazówki nie opadały raptownie na wpół do szóstej.

Zegar wiszący to było wyzwanie…

Szafka nocna, stołek, a czasami jeszcze stołeczek i wreszcie, po odnalezieniu sprytnego haczyka można było się dostać do środka, gdzie wahadło tykało a młoteczki wydzwaniały godziny. Szybko zorientowałem się, że wystarczy dużą wskazówką przelecieć po szóstce i po dwunastce by muzyka trwała dłużej. Penetrując szafkę zegara znalazłem klucz do nakręcania, ale nie miałem wystarczająco siły by go skutecznie użyć. W koronie zegarowej szafki znalazłem skarb, czyli zwitek prawdziwych banknotów. Postanowiłem o znalezisku nikomu nie mówić tylko spróbować zorientować się ile landrynek mógłbym za nie nabyć w pobliskim sklepie… Kiedy wróciłem po przekomarzaniu się z panią sklepową, skarb zniknął tak samo tajemniczo jak się pojawił. Nikomu nic nie powiedziałem, nikt o nic nie pytał tylko dziadek z babcią dziwnie uśmiechali się z wiszącej nieopodal zegara fotografii…

Potem był zegarek na pierwszą komunię, do którego nie potrafiłem się dostać w normalny sposób a który tak samo pięknie cykał jak dziadka cebula. Dopiero umocowanie w imadle spowodowało pozbycie się szkiełka i nastąpił mój bezpośredni kontakt z cieniutkimi wskazówkami.

Z czasem jednak opanowałem otwieranie zegarków i malowanie ich całych albo tylko cyferblatów w elementy nawiązujące do piosenek Beatelsów. Tu pojawiły się nawet pierwsze zamówienia z zewnątrz… Gdzieś tak na koniec podstawówki kolega dostał od wielbicielki przepiękny, srebrny, dziewiętnastowieczny zegarek kieszonkowy z podwójnymi kopertami i piękną grubą dewizką… Postanowiłem go zreperować nowiutkim scyzorykiem Gerlacha na bujnym trawniku pod ślimakiem mostu Poniatowskiego. Coś strzeliło jak z katapulty, a pod ostrzem scyzoryka złośliwie wyprostowała się delikatna sprężynka. Udało mi się ją wcisnąć, jakoś zblokować, ale zegarek już nie zacykał. To był początek moich bardziej dramatycznych przygód z czasomierzami. Nie potrafię nawet w przybliżeniu określić ile ich w życiu otworzyłem i bezpowrotnie unicestwiłem. Było tego dużo… Przyznam się, że ciekawość tego typu mechanizmów nie minęła mi z wiekiem i jeszcze teraz z przyjemnością bym sobie coś popsuł. Mam nawet takie nieodparte wrażenie, że to jakieś siły nadprzyrodzone zmuszają mnie do prób manipulowania czasem.

MOST ŁAZIENKOWSKI

Most_pżar

Po latach dowiedziałem się oficjalnie, że w 1975 roku wynikiem podpalenia mostu łazienkowskiego były rozgrywki wewnątrz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej…

Wtedy przebywałem na przepustce wojskowej w domu i bardziej byłem zainteresowany spędzaniem czasu z przyjaciółmi niż w drążeniu sensacji politycznych. W każdym razie pod koniec września wróciłem do Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce z atrakcyjną opowieścią, którą wzbogaciłem nudne zajęcia polityczne.

– Most się palił. Ludzie mówili, że to sprawka grupy Moczara…

Prowadzącym szkolenie był podchorąży, który studiował historię na krajowej uczelni. Skończyły się zajęcia i nie minęło dziesięć minut a zostałem wezwany przez zastępcę komendanta jednostki do spraw politycznych. Szybkość imponująca, bo przecież nie było wtedy do dyspozycji telefonów komórkowych…

– No, obywatelu mat, podobno byliście w domu… Co tam słychać?

– Obywatelu Komandorze melduję, że w domu wszyscy zdrowi!

– A może słyszeliście o czymś wyjątkowym…?

– Tak jest Obywatelu Komandorze! Sąsiadka urodziła!

– A w mieście? Podobno most się palił…

– Tak jest Obywatelu Komandorze! Podobno się palił.

– To gdybyście następnym razem coś słyszeli, to natychmiast meldujcie.

Mogłem skorzystać z tego polecenia i uzyskać rozkaz natychmiastowego wyjazdu w „strefę zagrożenia”, ale nie byłem zainteresowany tego typu współpracą.

Z podchorążym oziębiłem kontakty. Okazało się to ze wszech miar słusznym posunięciem nie tylko w zestawieniu szybkiego obiegu wiadomości na temat mostu łazienkowskiego, ale i z powodu faktu, że został on żołnierzem zawodowym i to w powiązaniu ze strukturami SB.

14 lutego 2015 r. most płonął ponownie. W telewizji oglądałem przerażające relacje. Z czasem odpowiednie służby stwierdziły, że pożar nie był przypadkowy i że doprowadził do dużych strat.

W internetowych komentarzach doczytałem się, że nie wyciągnięto odpowiednich wniosków po wypadku z 1975 r. i że to mogło być przyczyną obecnego nieszczęścia.

Dostrzegam zasadniczą różnicę w tych dwóch zdarzeniach.  O tamtym pożarze szeptała ulica, ten omawiano we wszelkich możliwych mediach.

Wtedy skazano jakiś przypadkowych chłopców rzekomo piekących nieostrożnie kartofle pod mostem, a tu jeszcze wszystko przed nami.

TALENTY PISARSKIE

PisakPrzez trzy lata po urodzeniu nie potrafiłem połapać się gdzie wylądowałem i jakim językiem posługują się tubylcy. Skupiłem się na przyroście wagi poneważ ssanie miałem opanowane do perfekcji. Sporo musiałem w siebie inwestować, bo urodziłem się sześćdziesięciocentymetrowy z wagą jakąś taką równie imponującą. Mama o mały włos nie przeżyłaby mojego „ziemniowzięcia”. Wydaje mi się, że mojej winy w tym nie było, ale do końca niczego nie można być pewnym. Z tego, że zawsze muszę coś robić wnioskuję, że i w brzuchu znalazłem sobie jakieś ciekawe zajęcie. Ceramika ani pisanie to raczej nie było ale też pewny nie jestem…W każdym razie kiedy tylko przekroczyłem barierę trzech lat odezwałem się dość głośno i to w czasie podniesienia na niedzielnej mszy. Co krzyknąłem, tego może nie będę pisał… Powiem jedynie, że wyraz krótki, bo czteroliterowy, nabyty zapewne w trakcie nasłuchu starszego rodzeństwa i zaczynający się na tę samą literę na jaką wymyślono moje imię…Potem już z mówieniem przyspieszyłem… Podejrzewam, że rodzina często wzdychała do czasów mojego niemówienia, bo gadałem na okrągło i to jeszcze zadając głupie pytania.

– Mamo skąd się wziąłem? Przecież boćki zimą nie latają…

– Dziadku dlaczego nie zakładasz czapek na swoje cycki tak jak babcia?

– Babciu, dlaczego nie golisz się tak jak dziadek?

Pytań było tyle, że zabrakło chętnych na odpowiadanie. Nawet listonosz się mnie bał. Dawał mi cukierka żebym się zacmoktał, potem błyskawicznie przekazywał pocztę, siadał na rower i zmykał. Dość szybko wszedłem w etap pisania.  Dziwnym trafem pojąłem, że to co mówię mogę zapisać. Starsza siostra już tak robiła. Podbierałem jej obsadkę ze stalówką, rozkręcałem kałamarz, maczałem pisadło i próbowałem coś zapisać na białym obrusie…Problem pojawiał się błyskawicznie. Stalówka wbijała się w grunt i strzelała atramentem przed siebie. Literki to może nie były, ale gdyby takie zdobnictwo zastosować w ceramice to przypuszczam, że zachwyciło by wielu… Po wykryciu moich prób kaligrafii podnosił się gwałt w rodzinie. Mnie natychmiast odkurzano rajtuzy w miejscu gdzie mieści się ten wyżej wspomniany wyraz czteroliterowy, a już nie całkiem biały obrus trafiał do gotowania w asyście babcinych westchnień:

– Czy to się kiedyś skończy…

Skończyło się dość szybko, bo moje kleksy trafiły do zeszytów w kratkę i w linię. Zaczęła się mozolna praca w resorcie szkolnym… Talentów pisarskich szybko nie ujawniłem, wolałem szydełkować… Dopiero w okolicach piątej klasy wczułem się w pracę domową na temat dowolny i napisałem całkowicie zmyślone opowiadanie. Fabuła zachowywała jedność czasu, miejsca i akcji. Łazienka. Sobotnia kąpiel. Jednoczesne wyłączenie światła i wtargnięcie do łazienki strasznego stwora (kot?). Paniczna reakcja. Ucieczka przez okno zmoczonego golasa wprost na plotkujące szkolne koleżanki. Klasa zarykiwała się ze śmiechu. Nauczycielka ratując powagę wyrwała mi zeszyt i w błyskawicznym tempie pokreśliła na czerwono całe opowiadanie… W konsekwencji moje pisanie zeszło do podziemia i wyszło z niego już w moim dorosłym życiu.

Tak mi się wydaje, że to było mi pisane…

PS.

Temat golizny w tamtych czasach był tematem tabu.

ANIOŁ

Anioł

Czasem wydaje mi się, że jestem aniołem…

Szczególnie kiedy kładę się na wznak a aureola przesuwana poduszką dociska powieki przenosząc mnie w  wirtualne światy…

To przez tą cholerną aureolę wytarły mi się włosy na głowie…

W każdym razie czasami wydaje mi się, że jestem aniołem, takim przeciętnym, co to jeśli już występuje w szopce noworocznej organizowanej w drugiej klasie podstawówki, to lokowany jest w ostatnim rzędzie prawie niewidocznego chóru. Super miejsce do obserwowania wszystkich a szczególnie kumpla w złocistej pelerynie grającego Świętego Józefa i pięknej Grażyny w niebieskiej sukni z firanką na głowie, grającej Najświętszą Panienkę.

Takie pozycjonowanie satysfakcjonowało mnie zawsze i wszędzie.

Więc, czasami wydaje mi się, że jestem aniołem, żadnym Gabrielem, takim normalnym, szeregowym, któremu w trakcie układania się do snu aureolka zsuwa się poniżej czoła a mrowienie w łopatkach zapowiada przygotowanie skrzydeł do startu.

Skrzydeł też wielkich nie potrzebuję. Duże to duży kłopot. Wiem bo widziałem rozpaczliwe zmagania dorosłego anioła, który przytrzasnął je sobie drzwiami w toytoyce.

Mogą być małe, byle z turbodoładowaniem bo czasami trzeba przyspieszyć między światami by zdążyć tu i ówdzie.

Ówdzie, ale nie na obrazek, gdzie mały chłopczyk biegnie za motylkiem i tylko dzięki Aniołowi Stróżowi nie wpada do rozległej przepaści.

Aniołem Stróżem nie chcę być, zbyt duża odpowiedzialność. Sam zresztą wymagam nadprzyrodzonej opieki bo za motylkami uganiać się lubię, a to jak znam życie, w każdym wieku może być niebezpieczne…

Sąsiad, pod koniec długiego życia, na różne wymyślne sposoby tępił w swoim ogródku wszystko co latało, bo wydawało mu się, że wszystko lata przeciwko niemu. Kupił sobie profesjonalny rozpylacz, załadował go nadzwyczaj trującą substancją (rozwodniona trutką na szczury) i miotał w kierunku wszystkiego co mu przeszkadzało. Nie przewidział przeciwnych wiatrów. Nie uzbroił się w maskę i chociaż nigdy nie latał to stał się największą ofiarą swojej własnej, śmiercionośnej broni.

Jemu przydałby się anioł stróż… Może go i miał tylko pewnie unicestwił na samym początku rozpylania, bo przecież anioł to oczywisty obiekt latający.

Anioł ma kieckę… To mi nie odpowiada. Od najmłodszych lat walczyłem z ubieraniem mnie w ciuszki po starszej siostrze. Dla opiekunów to było wygodne ale moja duma ucierpiała na wieki do tego stopnia, że dzisiaj suknia u anioła mi jednak przeszkadza. Latanie w kieckach rodzi dodatkowe zagrożenia, to tylko na obrazkach tak ładnie wygląda.

Czasami wydaje mi się, że jestem aniołem, ale bardzo szybko życie pozbawia mnie tych złudzeń.

RÓŻNE OBLICZA CERAMIKI II – Sieraków Wlkp. 2014

1

Kraina stu jezior… Gdybym urodził się w takim miejscu to byłbym rybakiem, może  wędkarzem a na pewno człowiekiem jezior i lasów. Niestety urodziłem się w sporej odległości nawet od mulistych glinianek, do których z rówieśnikami musieliśmy zawzięcie pedałować, żeby w upalne dni posiąść namiastkę Florydy.

Sieraków Wielkopolski, 75 km od Poznania w stronę Szczecina. Odkryłem te urokliwe miasteczko w 2006 roku za sprawą Danusi Tomaszewskiej.

– Mam dom, mam podwórko, możemy u mnie zrobić plener. Są lasy, możemy zrobić piec i wypalać drewnem ceramikę. Jest zamek. Możemy zorganizować wystawę poplenerową.

Przekonała mnie, ale przekonać innych w owym czasie było trudno.

– Daleko. Mamy swoje terminy. Może w przyszłym roku…

Została jednak rezerwacja sali w Muzeum Zamku Opalińskich. Poruszyłem temat na Czwartku Ceramicznym. Jako Związek Ceramików Polskich postanowiliśmy wykorzystać sprzyjające okoliczności i zorganizować ogólnopolską wystawę. Naszą podstawową zasadą była, jest i będzie, otwartość na wszystko, i na wszystkich. Internetem oraz pocztą pantoflową staraliśmy się zaprosić jak największą ilość twórców. Nasz kolega, Rysiek Wichtowski, zaproponował nazwę Różne Oblicza Ceramiki. Spodobała się i ruszyliśmy ze swoimi pracami do Sierakowa drukując,  prawie po drodze, biuletyn wystawy. W 2006 roku podróż trwała trochę dłużej niż obecnie. Chyba nawet dwa razy dłużej, ale kiedy dotarliśmy na miejsce to, zauroczeni okolicą, wiedzieliśmy, że skazani jesteśmy na sukces. Wernisaż udał się znakomicie. Przyszło bardzo dużo gości, z którymi nawiązaliśmy ciekawy dialog. Zawiązały się prawdziwe przyjaźnie. Jako anegdotę przytaczam fakt, że z pobliskiego kościoła przyszli wierni po swojego kapłana, który w naszym towarzystwie niechcący zapomniał o wieczornej mszy…

W czasie jednego z wieczorów, przy kolacji, Danusia zapytała mnie:

– A co byś powiedział na przeniesienie wystawy do Palmiarni Poznańskiej?

Byłem całkowicie za i w  ten sposób rozpoczęła się wędrówka wystawy ROC  po kraju. Z  każdym miejscem wiązały się jakieś anegdotyczne sytuacje.

W Palmiarni Poznańskiej (ROC 2) jeden z gości zagadnął mnie o szczegóły technologiczne stojącej przy nas pracy. Zapytałem wtedy:

– Czy Pan jest ceramikiem?

– Nie, dyrektorem Muzeum Narodowego.

Galeria Uliczna w przejściu pod Placem Na Rozdrożu w Warszawie (ROC 3) już sama w sobie była anegdotą. W trakcie wernisażu zatrzymywały się panie z pieskami zdążające na spacer do pobliskich Łazienek.

Muzeum w Opatówku (ROC 4) to miejsce z największym polskim zbiorem fortepianów, z nietypowymi jak na starą fabrykę, drewnianymi stropami i z malowidłami Franciszka Starowiejskiego… Te rysunki nagich pań o obfitych kształtach stały się tłem powernisażowego spotkania ceramików i organizatorów. Dopiero w trakcie przygotowywania fotorelacji zorientowałem się, że głowy biesiadników umocowane są w tle nie zawsze przyzwoitym, czego sprawcą był sam mistrz Franciszek Starowieyski…

W Zamku Książ (ROC 5) przez naszą wystawę przeszło 32 tysiące widzów. Wystawa była jedną z atrakcji Święta Kwiatów i wszyscy goście  musieli przez naszą wystawę przejść  by dojść do kolejnych ekspozycji…

W kozienickim pałacu, w siedzibie Muzeum Regionalnego (ROC 6), naszemu wernisażowi towarzyszyło kilka ślubnych sesji zdjęciowych. Dla niektórych ceramików okazało się to proroczą wróżbą.

W Galerii Oranżeria, przy pałacu Potockich w Radzyniu Podlaskim (ROC 7), wernisażowi towarzyszył koncert syberyjskiego barda Evgena Malinovskiyego i wyjątkowa dyskusja na tematy sztuki.

W warszawskim Norblinie (ROC 8) zgromadziliśmy około dwustu prac stu ceramików różnych narodowości. Wernisaż zaszczyciło ponad pięciuset gości w tym władze Muzeum Techniki, NOT-u i Burmistrz dzielnicy Wola. Przy -15*C kilku naszych związkowców, w trakcie pełnienia obowiązków służbowych, dostało zapalenia oskrzeli …

Po ośmiu latach Danusia Tomaszewska postanowiła znowu zorganizować w Sierakowie Wlkp. ceramiczne wydarzenie. Doszliśmy do wniosku, że sztandarowy cykl wystaw Związku Ceramików Polskich wywodzi się z Sierakowa, w związku z tym możemy nazwać obecną wystawę Różne Oblicze Ceramiki II.

W 2006 roku przywiozłem ze sobą czasopisma ceramiczne z różnych stron świata. W wieczornych debatach marzyliśmy o takim polskim piśmie… W tym roku przyjechałem  do Sierakowa nie tylko jako ceramik, prezes ZCP ale i jako redaktor naczelny Szkła i Ceramiki. Przyjechała również Dorota Łasisz, wiceprezes ZCP i Ewa Micyk, sekretarz redakcji SiC. Można powiedzieć, że w jakiś sposób nasze marzenia z tamtych czasów się ziściły.

29 września, piątkowe popołudnie, Zamek Opalińskich osnuty dymami wypałów ceramicznych. Przy piecu, pomimo deszczowej pogody, od 11.00  pracują Marianna Dudek (Łomianki k. Warszawy), Małgorzata Fotek (Warszawa) i Karolina Szeląg (Poznań). Wspomagają je Wojtek Betlewicz (Tarnowskie Góry) i Waldek Blajek (Sieraków). Rośnie galeria ceramicznych arcydzieł raku. Wśród podziwiających jest Witek Mierzejewski, prezes Fundacji Ceramika Polska XX wieku, społeczny archiwista i współpracownik SiC.

O godzinie 18.00 oficjalne otwarcie, unikatowy występ zespołu Batteria i kolacja w restauracji ośrodka Kama na obrzeżach miasta. Pogoda wymiękła. Stało się ciepło i prawdziwie letnio, idealnie na wieczorne spacery. Cały czas dojeżdżali ceramicy. Nocowaliśmy w domkach nad jeziorem i w Stadzie Ogierów… Duchy sierakowskiego zamku towarzyszyły nam w obu miejscach. Najpierw nad jeziorem wystraszyła się ich jedna z przednich szyb samochodowych i pękła, potem mury pałacu w Stadzie  Ogierów. Nie pękły, ale drżały ze strachu przed tajemniczymi szeptami aż do białego rana…

Sobota przywitała nas słońcem. Koryto Warty malowniczo zakręcające przed zamkiem poprowadziło nas do miasta. Na brzegu rzeki rodzi się bulwar. Miasteczko pięknieje. Dochodzimy do ruin ewangelickiego kościółka. W 2006 był jeszcze cały, teraz w połowie zawalony przypomina o naszych marzeniach przeobrażenia go w galerię związkową… Cóż, nie wszystkie marzenia się spełniają…

Budynek synagogi opuszczony przez wiernych sporo przed drugą wojną światową, teraz prosperuje jako sklep meblowy. Fryzjer. Czemu nie wejść. W 2006 skorzystałem z jego usług to i teraz mogę. Piękny kościół dwuwieżowy. Rynek, a tam kawiarnia. Na jednej ze ścian w środku ekspozycja rzeźb ceramicznych Danusi, kawa i pyszne ciasta…

Trzeba wracać do Zamku, bo o 15.00 pokaz toczenia na kołach garncarskich. Bohaterami są Zosia Kosiorek (Łowiczanka z Warszawy) i Lery Papidze (Gruzin w wrocławskiej ASP). Wcześniej, bo już od jedenastej Dorota Łasisz (wiceprezes ZCP, Warszawa), Mariola Kalicka (Poznań), Joasia Buczak (Poznań) prowadziły warsztaty lepienia z gliny a Krystyna Wenelska (Czaplinek) wypalała raku. Stoły uginały się pod finezyjnymi arcydziełami.

Zaczął się pokaz toczenia oraz występ Agi Radziejewskiej i Bartka Draka z  zespołu Paraluzja.  W rytm transowej muzyki transowe toczenie… Wianuszek widzów i słuchaczy.

Wśród nas są Tomasz Chudy, dyrektor Zdunowskiego Ośrodka Kultury oraz Maciej Burdzy, nowy administrator Kaflarni Zduny. Przywieźli oni wybrane prace sześciu plenerów ceramicznych.

O 16.30 wykład Marka Łasisza (Warszawa) na temat prekolumbijskiej ceramiki Majów i ludu Nasca. Oryginalny sposób prowadzenia prezentacji przybliża nas do tajników ceramicznego rzemiosła realizowanego w Ameryce Południowej daleko przed wizytą Kolumba.

18.00.  Przed wejściem do zamku  Robert Jędrzejczak  dyrektor Muzeum Zamek Opalińskich i Witold Kmieciak, dyrektor Sierakowskiego Ośrodka Kultury, otwierają wernisaż. Danusia Tomaszewska zaprasza wszystkich ceramików biorących udział w wystawie na środek. Przedstawia założenia wydarzenia, dziękuje wszystkim którzy ją wsparli.

Dyrektor muzeum pokazuje mi szybującego nad nami nietoperza:

– On tak cały dzień, jakby upominał się by przyszły Festiwal Ceramiki nazwać jego imieniem…

Poproszono mnie o perę słów. Wspomniałem nasze początki, które mogą być przykładem prawidłowego wykorzystywania  internetu, tak by tworzyć rzeczy wyjątkowe i wartościowe. Przyszedł czas na wejście do Galerii. Goście skierowali się drewnianymi schodami pod dach zamku gdzie na kubikach, podłodze i pomiędzy filarami ceramicy od rana aranżowali wystawę. Bardzo w tym pomagała Marysia Grzybek (Ostrów Wlkp.).

Uczta duchowa przeciągnęła się aż do późnych godzin nocnych. Skupieni przy ognisku długo poruszaliśmy tematy już niekoniecznie ceramiczne. Podświetlone wieże kościoła  razem z gwiaździstym niebem tworzyły unikalne tło naszego święta. W pewnym momencie jakby wszystko przygasło…

Na szczęście miałem latarkę.

DSC_6813_1500_n

Organizatorami imprezy byli: Muzeum Zamek Opalińskich w Sierakowie Wikp. oraz Sierakowski Ośrodek Kultury. Wydarzenie współfinansowane  ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu Edukacja Kulturalna.