Kuba Sienkiewicz – Głowy Lenina

Z szerokim gronem przyjaciół byłem  w ostatnią niedzielę na koncercie Kuby Sienkiewicza  w Kinokawiarni Stacji Falenica. Cóż to był za koncert! Lekarz neurolog dał z siebie wszystko porywając widzów do wspólnej zabawy! Moją szczególną uwagę przykuł jeden z ostatnich utworów zatytułowanych „Głowy Lenina”

Lenin. Pierwsze z nim spotkanie datuję na okres mojego wczesnego dzieciństwa. Przyszywany dziadek obdarzył mnie piękną książką, ładniejszą nawet od elementarza starszego rodzeństwa… Wspólny z dziadkiem podziw nad urodą wydania popsuli rodzice, którzy stwierdzili:

– Nawet nie dotykaj tego dziadostwa!

Z czasem okazało się, że książka nosi tytuł „Dzieciństwo Lenina”…

Drugiego oficjalnego spotkania z Wodzem dostąpiłem na koloniach w Poroninie. Podziwiałem z rówieśnikami jego pomnik i salę pamięci. Byłem nawet dumny, że tyle go łączy z naszym krajem, choć koledzy różne mieli na ten temat zdania.

Ogólnie moją fascynację bardzo dobrze oddaje dowcip, w którym Jasiu chwali się przy całej klasie:

– Proszę pani, proszę pani,  a ja byłem z tatą w lesie i widziałem Lenina!

– Jasiu, a może to był jeleń?

– A może i jeleń…

Pierwsze lekcje historii w podstawówce zaowocowały wycieczką do muzeum Lenina w Warszawie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tam na ścianach jedynie  fototapety …

W ogólniaku przyjaźniłem się z córką ówczesnego prezydenta Warszawy. Jej bogato wyposażony pokój był miejscem przechowywania olbrzymiej kolekcji medali i popiersi Lenina. Byłem przekonany, że to nic nieznaczące dary pozyskiwane przez ojca w kontaktach z przedstawicielami ZSRR… Okazało się, że ten unikalny zbiór był przejawem  wyrafinowanego hobby mojej koleżanki.

W wojsku, jeszcze przed przysięgą, zgłosiłem się do reperacji rzeźby. Kolega wcześniej doświadczony wojskiem wpajał mi, że nawet gdyby potrzebowali kosmonautę, to mam się zgłaszać, bo fucha jest oddechem dla utrapionego obowiązkami wojskowymi młodego żołnierza. Rzeźba okazała się oczywiście gipsowym popiersiem Lenina.

– Ile czasu potrzebujecie obywatelu marynarzu na doprowadzenie dzieła do stanu nowości?

– Melduję obywatelu kapitanie, że w normalnych warunkach taka czynność zajmuje miesiąc.

– Co!!!??? Macie tydzień.

Stanęło na dziesięciu dniach, z których większość wykorzystałem na wyspanie się, nadrobienie zaległej korespondencji i czytanie. Kiedy koniec czasu renowacji nieubłaganie  się zbliżył, odczekałem by cała kompania opustoszała, wziąłem Wodza pod pachę, zaniosłem do łazienki, ustawiłem w korycie do mycia nóg i wyszorowałem szczotką ryżową i mydłem. Towarzysz Iljicz wyglądał jak nowy. Otrzymałem publiczną pochwałę oraz  przepustkę na miasto.

W drugiej połowie służby wojskowej miałem jeszcze jedną przygodę z Leninem. Tym razem imię światowego przywódcy rewolucji okazało się ksywką kolegi Kaszuba. Trafił on do wojska na trzy miesiące a potem został przeproszony i zwolniony. Wypłacono mu nawet odszkodowanie jako jedynemu żywicielowi rodziny, twórcy ludowemu i choremu na coś poważnego. Nie było to prawdą, ale kolega potrafił omamić wszystkich niczym sam Lenin.  Autentycznie też potrafił porywać tłumy i już w najbliższym czasie został najmłodszym prezesem spółdzielni wielobranżowej. Nam, swoim  przyjaciołom, zapewniał ekscytujące rozrywki. Woził nas taksówkami a nawet samolotami. Dbał o karierę tak zajmująco, że w równie młodym wieku opuścił nas na zawsze.

Kiedy usłyszałem utwór Kuby Sienkiewicza „Głowy Lenin” wszystko to co napisałem wyżej stanęło mi przed oczyma i doszedłem do wniosku, że piosenka jest idealnym podsumowaniem mojej z Leninem znajomości.

______________________

Koncert z cyklu Wieczory z Piosenką Niegłupią perfekcyjnie rozśpiewał dwoma piosenkami i zapowiedział przeuroczy Tomek Krzymiński.

A tu właśnie ta piosenka :  www.youtube.com/watch?v=IUwyMyWW88c

Reklamy

MAREK ŁAWRYNOWICZ W ANINIE

Kiedy dowiedziałem się, że w anińskim klubie ma być spotkanie autorskie z Markiem Ławrynowiczem nie mogłem nie pójść. Są między nami dwa lata różnicy, ale uczyliśmy się w tym samym anińskim ogólniaku. Był bohaterem szkolnych opowieści. Można powiedzieć, że znałem go od dawna.

Po ukończeniu edukacji pracował jako robotnik, cukiernik, bibliotekarz, satyryk… Jest pisarzem, dziennikarzem, poetą, autorem bajek dla dzieci. Czyżby to Anin miał taki wpływ na ludzi…

Nasz ogólniak swoją lokalizacją namawiał do otwartego myślenia. Docierając do szkoły w ciepłe dni mieliśmy zawsze wybór: lekcje, las. Wystarczyło tylko czyjeś hasło a oficjalna edukacja szła na plan dalszy. Nie musieliśmy mieć telefonów komórkowych. W tej sprawie mieliśmy wyostrzoną telepatię. Taka filozofia najwyraźniej nie była też obca bohaterowi literackiego spotkania.

Marek Ławrynowicz przed przeczytaniem fragmentu jednej ze swoich książek, zaznaczył, że każdy literat ma prawo do fikcji. On również. Stwierdził, że tekst o jego ulubionym profesorze geografii Tiutaju, niezupełnie odpowiada prawdzie…

Fragment przywrócił mi pamięć o profesorze, który z jednej strony był dość wymagający a z drugiej pozwalał na wiele rozbrykanym uczniom. W książce autor wspominał podstępny sposób delegowania przez klasę atrakcyjnej koleżanki do pierwszej ławki tak, by miał on powody do rozkojarzenia się. Na naszych lekcjach ten sposób też działał.

Kiedyś omawialiśmy Wielką Brytanię i profesor wspomniał, że w Anglii hoduje się krowy mleczne. Zerwałem  się na równe nogi z protestem:

– Oni hodują krowy mięsne! Byłem to wiem.

Profesor poprosił mnie o rozwinięcie tematu i  w ten sposób stałem się specjalistą od tego regionu Europy. Już do końca naszej współpracy miałem z geografii czwórkę.

– Pisze pan w swoich książkach o mocnych związkach z Wilnem…

– Tak, z tamtych stron pochodzi moja rodzina. Ojcu udało się wyjechać do Polski i przez różne miasta trafił tu na te tereny i w anińskim liceum uczył rosyjskiego.

Pamiętam szczupłego profesora. Zapamiętałem go jako radosnego i ciepłego człowieka, ale mnie rosyjskiego uczyła inna nauczycielka. Miałem przyjemność spotykać się z nim ponownie, kiedy kończyłem swoją edukację na warszawskim Grochowie, a on właśnie wtedy tam zamieszkał…

Spotkanie z pisarzem przebiegało bardzo ciekawie. Wspólne miejsca pobytu zbliżają. Marek Ł. nie musiał prowokować do poruszania kolejnych tematów, one pojawiały się same.

– Może nam pan przybliżyć kino Szpak, którego już nie ma…

– To było miejsce niesamowite. Taki rodzaj wąskiej hali o półokrągłym suficie. W rzędzie było może 10,  może 12 krzeseł… Takich całkowicie drewnianych ze sterczącymi podłokietnikami, z siedziskami i oparciami ze sklejki. Skrzypiały okrutnie… Ekran był nietypowy, bo na całą ścianę. Kiedy puszczali Krzyżaków, film po raz pierwszy zrobiony nie na orwowskiej taśmie tylko na amerykańskiej… Kiedy rozjechał się ekran na boki a ze środka wyłonił się panoramiczny plener i zadrżały dwa nagie miecze wbite w ziemię, to  sali nie było, wszystkich nas wciągnęło do środka…

Temat został rozwinięty o inne kina, które po prawej stronie Wisły najczęściej nosiły nazwy ptaków.

– Dzieciństwo spędziłam na Woli. Mój tata był kierowcą autobusu, który jeździł na trasie do Anina. Wiosną tata przywoził naręcza pachnącego bzu. Zawsze też mówił, że Anin to inny świat, że tak tam pięknie, zielono, tak niesamowicie… To chyba przez niego zamieszkałam w Aninie.

– W jednej z pana książek pojawia się niewidomy starszy pan, który rozdaje cukierki dzieciom. To był mój dziadek…

Wśród słuchaczy autor przedstawił kobietę, bohaterkę jego opowiadań. Mieszkali w jednym domu, dzielili wspólnie podwórko, biegali po okolicznych zagajnikach, była uczestniczką ich wielu wspólnych przeżyć.

Nikt nie patrzył na zegarek. Temat rodził temat. Dyrektorka klubu zaprosiła wszystkich na spacer po Falenicy (już następnego dnia) w poszukiwaniu miejsc opisanych przez Marka Ławrynowicza.

Zaczęły się prywatne rozmowy przy herbacie i ciastku. Kupiłem książkę pt. Korytarz. Podszedłem do autora,  przedstawiłem się a on napisał mi dedykację:

 Dla Darka, kolegi ze szkoły, Marek Ławrynowcz, Anin, Zima 2018.

____________________

Spotkanie miało miejsce w Wawerskim Centrum Kultury filia Anin a zorganizowane zostało przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Anin.

AKUPUNKTURA

Moje pierwsze zetknięcie z tą starą chińską metodą leczenia miało miejsce naprawdę dawno, bo we wczesnym dzieciństwie… Atmosfera zbudowana była perfekcyjnie. Śpiew ptaków, szum wody, kojący upał… Pluskaliśmy się z rodzeństwem w jeziorku wśród pobliskiego lasu a gdy poczułem lekkie zmęczenie, usiadłem na piasku… i to w tym właśnie momencie nastąpiło moje pierwsze zetknięcie z akupunkturą. Jak oparzony skoczyłem po ratunek do mamy odpoczywającej w cieniu drzew. Lamentując pokazywałem szczypiące mnie miejsce a mama zamiast udzielić pierwszej pomocy, zanosiła się od śmiechu! Puchłem z bólu, ale musiałem odczekać aż się uspokoi. Oględziny wykazały pięć żądeł dzikich pszczół…

Na drugi dzień kolega w przedszkolu stwierdził:

– Trzeba było nasikać.

Syn aptekarki, wiedział co mówi.

Wbijanie szpilek czy igieł stało się dla mnie codziennością, bo moi rodzice prowadzili pracownię czapniczą. Wraz z pojawieniem się silników elektrycznych przy maszynach do szycia zwiększyła się szybkość pracy, ale też i zwiększyło się ryzyko. Jak każde dziecko lubiłem bawić się na podłodze. Jak każde dziecko byłem zainteresowany wszystkim co się rusza. W górze, na blacie maszyny, odbywał się proces szycia, a ja zastanawiałem się nad sposobem działania nowo zamontowanego silnika. Kiedy mama przestawała naciskać pedał, silnik przestawał warczeć, maszyna stawała. Postanowiłem wspomóc mamę i całym sobą docisnąłem zwolniony pedał. Rozległ się przerażający wrzask! Krawcowa przeszyła sobie palce!

Jaką nicią nie pamiętam, bo musiałem ratować się ucieczką. Wiem jednak, że to dzięki tej właśnie akupunkturze mama do dziś ma zdrowe palce.

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku koleżanka, plastyczka-pedagog, opowiedziała mi jak akupunkturą wyleczyć złodzieja z niecnych czynów. Dość często przemieszczała się środkami komunikacji miejskiej i któregoś razu wygramoliła się z zatłoczonego tramwaju z rozciętą torebką i bez portfela. Postanowiła się zemścić. Zaczęła jeździć z czymś w rodzaju jeża w torebce. Zwierzątko zrobione było z kulki twardego styropianu i sporej kolekcji nastroszonych krawieckich  igieł. Przynęta czekała około miesiąca. W zatłoczonym tramwaju rozległ się wrzask. Raniony dresiarz wyskoczył z pojazdu wraz z wbitym po kości leczniczym jeżem…

Myślę sobie o tych wszystkich wcześniejszych przypadkach leżąc z 25 igłami wbitymi na całym ciele i wsłuchując się jednocześnie w atmosferę miejsca.

– Mówiłem żeby pani zmywała korytarz po południu a nie kiedy przyjmuję pacjentów! Teraz całą wodę, a właściwie błoto, mam w gabinecie!

Pomimo porannej pory lampy świecą prosto w oczy… Lekarz przyjmuje kolejną komórkę z wielką uprzejmością umawiając się na zabieg… Za oknem panowie omawiają warunki pracy przy asyście dudniącej śmieciarki…

Atmosfera zbudowana perfekcyjnie.

Z głośnika rozbrzmiewa śpiew ptaków, szum wody, kojąca muzyka…

PRZEWIETRZANIE BLOGÓW

Zawiał wiatr i kolejny raz przewiało moje wpisy na onetowskich blogach. Tym razem wygląda na to, że już ostatecznie.

Część blogów wcześniej utraciłem, część przekazałem pod opiekę innym. Ogólnie wydaje mi się,  że do tej pory założyłem około stu. Pierwszy to był meksykański… Szukałem miejsca na prezentacje zdjęć o ceramice, a to był dobry adres na początek. W 2004 roku blogi nie cieszyły się dobrą sławą, ale pomimo to Onet je uruchomił. Wstawiłem na nie wszystkie swoje materiały tworząc rodzaj sieci powiązanej linkami. Z czasem BlogOnet udekorował mnie srebrną gwiazdą świadczącą o tym, że byłem jednym z pierwszych blogujących na tej platformie.

W Poradniku ceramicznym udostępniłem bezpłatnie swoje wieloletnie doświadczenie. Pisałem, rysowałem i publikowałem nawet trzy porady dziennie łącząc się z siecią przez modem telefoniczny. Miesięcznie płaciłem telekomunikacji nawet powyżej 500 złotych… Nie było łatwo. Nie od razu materiały były publikowane. Czasami musiałem je wpisywać kilkakrotnie. Na Garncarzu Nowatorze pisałem codziennie. Teraz, przy przenoszeniu blogów, doliczyłem się na nim około trzech tysięcy wpisów. Ocalały komentarze, które dodają smaczku moim wpisom. Kaktus, towarzysz pierwszych opowiadań, znalazł miejsce w nazwie naszej pierwszej, Nieformalnej, Niezależnej Grupy. To z nią (nim) przełamaliśmy swoją obecnością monopol lokalnych twórców  w Bolesławieckim Święcie Ceramiki! W internecie udało się skupić grono ceramików. Żeby nasze znajomości nie były jedynie wirtualne, to w 2003 roku zapoczątkowałem spotkanie w świecie realnym, na tzw. Czwartkach Ceramicznych. W 2005 r. jako Grupa Ceramików Ckwadrat zorganizowaliśmy 1. Warszawskie Spotkania Ceramiczne, a pod koniec roku powołaliśmy do życia Związek Ceramików Polskich.

Platforma BlogOnet wspierała wszystkie moje działania. Przydzielała mi coraz większą pojemność bloga. Dopiero teraz przy przenoszeniu przekonałem się o bogactwie tych zasobów. Przeciętny blog zajmuje około 0,7 MB a Garncarz zajął 17MB. Otrzymałem również miejsce na bezpłatną stronę, które wykorzystałem dla http://www.zcp.net.pl Stronę przenosiłem chyba trzy lata temu, bo Onet zamknął swoją usługę. Z automatu trafiłem w miejsce tak komercyjne, że właściciel nie miał ochoty na żadną ze mną współpracę. Może kiedyś napiszę szerzej o tym doświadczeniu, bo jest ono bardzo ciekawe pod względem moralnym.

Zdjęcia i rysunki wyleciały z Garncarza albo przypadkowo, albo na skutek szukania miejsca dla nowych wpisów. Dużo ilustracji mam w komputerze i jeśli starczy mi zapału postaram się je przywrócić na właściwe miejsca.

Od pierwszych moich publikacji zadawano mi pytanie dlaczego to wszystko robię, dlaczego tracę czas na coś z czego nie mam złotówki, a nawet je tracę… Nie potrafiłem odpowiedzieć i wtedy i dzisiaj…

W chwili kiedy piszę te słowa, Poradnikowi brakuje 625 wejść do miliona…

Może ten wynik jest jakąś odpowiedzią na dość krępujące mnie pytanie.

APETYT NA NALEŚNIKI

Stałem z jego walizką a on ubrany w buty z cholewami, bryczesy, jasnobeżową dopasowaną marynarkę ze stójką i czapkę, oddalał się w cieniu naszego domu, rzucając w moim kierunku:

– Proszę mi przynieść ręcznik i szlafrok!

– A może ma pan ochotę na naleśniki?

Zatrzymał się  i jakby zastanawiał…

– A z czym?

– Z serem.

– To poproszę.

– Dwa, czy trzy?

– Mogą być trzy.

Chciałem jeszcze doprecyzować i zapytać; z cukrem i śmietaną, ale powstrzymałem się dochodząc do wniosku, że podam tak jak sam lubię.

Otworzyłem walizkę nieopatrznie odwrotnie. Cała zawartość ułożyła się w dziwnie kubistyczną piramidę. Wyciągnąłem szlafrok, ręcznik i zamyśliłem się…

Moje pierwsze naleśniki były autorstwa babci. Robione na cygańskiej patelni, na smalcu z hodowanego w naszym obejściu świniaka, mąki kupionej na wsi, jajek od własnych kur i  smażone na kuchni opalanej drewnem…

Babka smażyła, a my z rodzeństwem wykradaliśmy je  ryzykując cios mokrą ścierką przy gromkim okrzyku:

– A kysz mi stąd! Czekać aż skończę!

Te świeżutkie były najlepsze dodatkowo przez to, że zakazane.

Z czasem doszedłem do wniosku, że jeśli tak kocham naleśniki, a w kuchni są jajka, mąka i mleko, to przecież mogę sam je zrobić… Z ciastem nie utrafiłem od razu, bo przecież robiłem „na oko”. Pierwsze sztuki nie chciały odlepić się od patelni,  a kiedy nerwowo podważane łopatką już się odlepiły, to zostawiły przeciągły, tłusty ślad na ścianie. Nie wyrzuciłem ich, zjadłem pomimo niedoskonałości.

Po osiągnięciu jako takiej wprawy, zobaczyłem w kinie jak kucharze rywalizują w  podrzucaniu naleśników. Moja reakcja była natychmiastowa. Ciasto, kuchenka, patelnia,  rzut! Placek z trudem odlepił się od sufitu.

– Co to za tłusty ślad nad kuchenką?

– Naleśnik wypadł mi z patelni…

Kiedy w latach sześćdziesiątych wylądowaliśmy z rodzeństwem na dłuższe wakacje w Gdańsku przy ul. Łąkowej, wygadałem się, że potrafię smażyć naleśniki. Dano mi składniki i sprzęt.

– A mikser?

– Elektrycznego nie mam, musisz poradzić sobie ręcznym.

W pierwszej chwili nie wiedziałem jak się nim posługiwać, ale ciotka pokazała, że półkoliste drewienko z nacięciami umieszczone na końcu kijka zanurza się w składnikach, a drugi koniec umieszcza się między dłońmi i trze tak jakby krzesało ogień.

To było wyzwanie, ale udało się.

Inna ciotka, mieszkająca w Szwecji, sama wpadła na pomysł, że ugości nas naleśnikami. Efektu nie będę opisywał, powiem jedynie, że wtedy pierwszy raz bardzo mocno uwierzyłem w siebie.

Równie ciekawego doświadczenia doznałem w stanie wojennym. Nie było mąki pszennej, kupiłem jaka była, a była kukurydziana. Przyrządziłem wszystko jak zwykle oczekując określonego sukcesu… Pierwszy naleśnik wyszedł bardzo żółty i tak ciężki, że zwątpiłem w swoje umiejętności. Rezultat od razu trafił do śmieci. Nie potrafiłem naruszyć swojej naleśnikowej estetyki nawet pomimo tak wielkich trudności zaopatrzeniowych.

Wracając do teraźniejszości… Zamówienie trzech naleśników z serem, cukrem i śmietaną, okazało się nie do końca prawdziwe. Naleśniki owszem wykonałem, ale ów gość w butach z cholewami, bryczesach, dopasowanej marynarce i czapce, okazał się Josifem Wissarionowiczem Dżugaszwili, czyli Stalinem…

Na szczęście odwiedził mnie jedynie w dziwnym styczniowym śnie.

WYBORY

wybory

Przychodząc na świat, nie miałem żadnego wyboru, ale przy pierwszym karmieniu już tak.

Stanąłem na własnych nogach dość szybko, chyba z powodu tego dyskomfortu, który przyniosła ze sobą pełna pielucha. Wydaje mi się, że pierwsze kroki również wykonałem z jej powodu. Żeby nie pozostawać dłużej w wątpliwym klimacie przebierając nóżkami, z radością wszedłem w zupełnie nowe i to świeże powietrze.

Wraz z opanowaniem chodzenia wniknąłem w prawdziwy gąszcz wyborów. Lewo, prosto, prawo i jeszcze do tyłu…

Po latach  na jednej z zaśnieżonych równin wawerskich byłem świadkiem karykatury takiej wielości wyborów. Rower po prostu rwał się w różne strony, a jego właściciel okazywał wielkie niezdecydowanie, usiłując mu dotrzymywać kroku. Rower na sto procent był pijany, bo w pewnym momencie wyłożył się jak długi, ciągnąc za sobą zrozpaczonego właściciela, któremu w ostatnim momencie ewolucji zsuwał się z głowy kapelusik i turlał na wyciągnięcie ręki. Nastawał chwilowy bezruch. Uwolniona od kierownika dłoń pełzła w kierunku nakrycia głowy, by ruchem posuwistozwrotnym osadzić je na opuszczonej czuprynie. Dopiero wtedy rozpoczynał się manewr podrywania całego zespołu na równe nogi i koła. Ośnieżoną równinę wawerską przemierzali tak w dość monotonnym tempie, co chwila powtarzając wyżej opisany manewr. Jedno jest pewne, człowiek towarzyszący rowerowi potrafił zapanować nad mnogością wyborów i z najwyraźniej wrodzonym uporem zmierzał w kierunku wcześniej obranym.

Mój ojciec zagrał ostatni raz w totolotka, kiedy z cotygodniową rutyną wybrał celnie wszystkie sześć numerków. Po odsłuchanym komunikacie radiowym był skłonny świętować, sięgnął do portfela, a tam… niewysłany kupon! Tyle wyborów i na nic. Pomyśleć, że do kolektury miał jedynie 10 metrów.

W wojsku próbowałem mieć wybór chociażby przy spożywaniu obiadu. Wybierałem z zupy to, co dało się zjeść, by w drugiej kolejności zjeść resztę. Taki wybór był spowodowany nadmiernym wyczekiwaniem wygłodzonego organizmu na każdą pojawiającą się kalorię. W tym samym czasie i podobnych okolicznościach dentysta wojskowy wybrał mi z jamy ustnej dwa zęby, z tego jeden zdrowy.

– Nie ma co marynarzu żałować. I tak by się kiedyś popsuł.

Z wyborem życzeń dla złotej rybki nie miałem najmniejszych problemów. W wyniku szybkiej analizy odrzuciłem marzenia o posiadaniu pięknego pałacu i innych znamion zamożności. Za komuny mogłem przecież dostać domiar, czyli nadzwyczaj wielki podatek od wzbogacenia, który zawsze przewyższał wzbogacenie kilkakrotnie. Skupiłem się więc na prawdziwym życiu. W trzech marzeniach wybrałem trzy kobiety mojego życia, żonę, starszą córkę i młodszą córkę. Złota rybka stanęła na wysokości zadania i za wolność odpłaciła się z prawdziwą nawiązką.

W centrum miasta już z odległości kilku kroków od przeciwnika zorientowałem się, że nie będzie lekko. Musieliśmy oboje podjąć błyskawiczny wybór strony mijania. Wybraliśmy dwie różne i mimo wszystko, a może właśnie z tego powodu, wpadliśmy na siebie. Cóż, to było takie jedyne w naszym życiu spotkanie wyższego stopnia z osobą od początku do końca nieznaną …

Wybieramy całe życie, raz dobrze, raz tak sobie, a raz źle. Powinniśmy się przyzwyczaić do tego, że nie mając wyboru musimy jednak wybierać.

MOJE AUTA

Moje auta

Mój pierwszy samochód był z wiślanego piasku i cegieł. Zniszczono go by wymurować  kawałek ściany ostatniego pokoju w rodzinnym domu. Wszystkie następne auta były mniej stacjonarne. Tym pierwszym dopuszczonym do ruchu stał się szesnastoletni volkswagen przyprowadzony przez szwagra ze Szwecji. Własnoręcznie uszyłem w nim całą tapicerkę.

VW wariant (combi) z silnikiem bokserem, jedynym silnikiem samochodowym wykorzystywanym do konstrukcji latających. Ten silnik był ukryty pod podłogą tylnego bagażnika. Cały czas mam w oczach miny milicjantów, którzy nakazali mi otworzyć maskę a tam pusto, bo to był obszerny przedni bagażnik.  Mundurowi zniesmaczeni zasalutowali i zakończyli lustrację. Z wariantem rozstaliśmy się przez wypadek, który wydarzył się  w drodze do kwiaciarni, dokąd wraz z panem młodym jechaliśmy po wiązankę dla jego oblubienicy.

Drugim moim samochodem był fiat 125p w kolorze, jak to romantycznie określiła wspomniana oblubienica, koniaku. Miałem mniej estetyczne skojarzenia… Polskie radio Safari montowałem w polskim aucie trzy dni, polskie radio w VW montowałem wcześniej 15 minut. Fiata dojeżdżałem po ojcu, a sprzedałem go majstrowi budowlanemu, któremu zawdzięczam codzienne picie kawy.

– Pan zaparzy dwie kawy.

– Ale ja nie piję kawy.

– Ja też. Będziemy sobie ją popijać każdego dnia o 11.00 i ustalać  harmonogram prac na najbliższe dni.

Następnym samochodem był również fiat 125p. Ten sam rocznik, ale w takim stanie, że grzech było nie kupić. Właściciel, oficer WP, jeździł samochodem służbowym, a tego trzymał w garażu na kobyłkach i pod plandeką. Nadzorował osobiście składanie samochodu w FSO na  Żeraniu i dobierał najlepsze części. Jedyny mankament, zmatowiony  przez plandekę lakier. To tym samochodem doznałem ciekawego przeżycia w trakcie rutynowej kontroli pojazdu. Milicjant, który brawurowo zatrzymał mnie na drodze już z odrobinę mniejszą pewnością siebie, a nawet lekko się zataczając, dotarł do mnie  zadając podchwytliwe pytanie:

– Co, pite było?

Kolor ceglany w 90 roku zamieniłem na wiśniowy nowiutkiej łady samary odbieranej w Lublinie. To był mój ostatni samochód,  który można było reperować samemu. Zimowa podróż do Zakopanego, kłęby czarnego dymu przy dodawaniu gazu, diagnoza w częstochowskim serwisie ze wskazaniem na pęknięte pierścienie i jazda z determinacją do urlopowego celu, by dzieci mogły sobie pozjeżdżać na dupniakach (rodzaj plastikowej łopaty). Już w domu reperacja, której koszt nie przekroczył… 500 złotych.

Po siedmiu latach szczęśliwej współpracy zamieniłem samarę na hondę civic. Przy odbiorze zapytałem dealera o dziwnie niskie tony przy dodawaniu gazu…

– To jest honda proszę Pana.

Dotarliśmy się szczęśliwie  w długiej trasie na południe Francji. Przystałem na jej ksywkę kosiarka i przez 18 lat nie wiedziałem co to dolewanie oleju czy jakakolwiek reperacja. Chociaż dwa lata temu popsuł się zamek centralny. Każdy elektryk na początek życzył sobie 200,- i pozostawienie samochodu na cały dzień. Z powodu wielkiego przywiązania nie potrafiłem pozwolić sobie na tak długą rozłąkę. W internecie wyśledziłem zasady działania zamku, rozebrałem lewe drzwi wg. instrukcji i dopatrzyłem się pękniętej metalowej dźwigni. Reperacja trwała jakieś 30 minut. Z hartowanego drutu odtworzyłem uszkodzony element i zamek wrócił do fabrycznej kondycji.

Po uzyskaniu przez kosiarkę pełnoletniości  zdecydowałem się na rozłąkę. Szczęśliwym nabywcą stała się studentka, która z matczyną czułością obiecała dbać o biedulkę aż do końca.

Wydawało mi się, że rozłąka nie zrobi na mnie wielkiego wrażenia, ale osiemnaście lat to spory kawałek historii… Z łezką w oku podziwiałem ujarzmianie civica przez jej nową właścicielkę. Następnego dnia obudziłem się powtarzając jak mantrę jakiś kod…

To był numer rejestracyjny samochodu mego życia.

KLAPS

Klaps.jpg3

Klapsa od położnej właściwie nie pamiętam, ale musiał zaboleć jak każdego z nas.

Pomimo ostrzeżenia w co się człowiek pcha, jakoś nikt nie rezygnuje.

Teraz po latach wiem, dlaczego położna mieszkająca w sąsiedztwie zawsze się do mnie uśmiechała, a ja podświadomie rewanżowałem się wystawieniem języka, pobierając błyskawicznie replikę powitalnego gestu, ale już z ręki rodzicielki.

Wszystkie wczesnodziecięce relacje z czasem przyozdabiają się pozorami, sukniami, krawatami, willami, samochodami, ale głównej idei nie zatracają.

Ciągle znajdują się ludzie, którzy, w dobrej czy złej wierze, gotowi  są odpowiednio klepnąć, by cieszyć się z uzyskanego efektu.

Około piątego roku życia z rówieśnikami cały dzień mozolnie budowałem szałas. Następnego dnia, wczesnym świtem, przybiegli do mnie, meldując, że ktoś całą naszą ciężką pracę przewrócił, podeptał i rozniósł na cztery świata strony. Z czasem okazało się, że spustoszenia dokonali meldujący… To samo działo się ze wspólnie zakopywanymi skarbami, które w nadprzyrodzony sposób opuszczały kryjówkę, by zupełnie niechcący ukazać się w środowisku współzakopujących…

W piątej klasie podstawówki miałem koleżankę, która w pewnym momencie zaczęła się bardzo dziwnie zachowywać w stosunku do mnie. Ogólnie mówiąc, psuła mi opinię, wykrzywiała twarz na mój widok itp. Kiedy w trakcie lekcji usiłowałem oddać pióro, które sturlało się z jej ławki pod moje nogi, zrobiła takie przedstawienie, że aż zareagowała polonistka… Te niesympatyczne zachowanie wyjaśnił po jakimś czasie poufny liścik od jej przyjaciółki z internatu:

– Ona Ciebie KOCHA!

Szkoda, bo przecież w takich okolicznościach mogliśmy się fajnie dogadać…

Konflikty, które rodzą się w główkach małolatków swoją irracjonalnością idei niczym się nie różnią od wielkich światowych nieporozumień. Zawsze coś komuś się nie spodoba, ktoś komuś nadepnie na odcisk, ktoś kogoś obrazi, albo ktoś komuś czegoś pozazdrości…

Chyba to wszystko bierze się od pierwszego na tym świecie objawu agresji, czyli tego bezwzględnie wymierzonego klapsa na dopiero co ukształtowany tyłek?

Ale, z drugiej strony, czy bez tak silnego bodźca bylibyśmy w stanie pełnić zaszczytny obowiązek życia na tym, mimo wszystko, pięknym świecie?

ŚWIATŁO

Swiatlo

Kiedy siadamy w zaczarowanym kręgu ogniska, a płomienie odbijają się w naszych oczach, łatwo ulec zadumie…Trudniej jest sformułować istotę zadumy. Wydaje mi się, że następuje wtedy w nas chwilowe zawieszenie, takie sekundowe odcięcie się od realnego świata.

W moim rodzinnym domu zawsze była elektryczność, ale z powodu częstych wyłączeń długo jeszcze mieliśmy w rezerwie lampy naftowe. Świeczki  właściwie nigdy nie zniknęły z wyposażenia.

W podsiedleckiej wsi, gdzie bywałem w czasie letnich i zimowych przerw szkolnych, prąd pojawił się dość późno, dzięki temu pamiętam wieczorne przesiadywanie wokół lamp naftowych, fascynujące opowieści, a na ścianach swoisty teatr cieni.

Taka sceneria sprzyjała duchom. Rówieśnicy podkręcali atmosferę niespodziewanym stukaniem czy drapaniem w stół. Jedna z opowieści głosiła, że antenaci nawiedzają nas, ukazując się w lustrach o północy… Ciemność i lustro to był prawdziwy dreszczowiec. Ktoś kiedyś podrzucił nam recepturę na wywoływanie przodków. Trzeba było jedynie w pudełko po paście do butów nasypać  soli, zalać denaturatem i podpalić, a zjawy błyskawicznie pojawiały się na twarzach spirytystów. Żeby temu wszystkiemu dobrze się przyjrzeć potrzebne było jeszcze lustro. Nie wiem, czy to sprawa zwierciadła, zielonkawego światła, oczekiwań, czy wszystkiego razem, ale efekt potrafił być piorunujący…

Zająca na drodze paraliżuje światło reflektorów. Mnie, w czasie bezgwiezdnego powrotu znad morza, w światłach samochodu pojawił się sparaliżowany przerażeniem łeb konia… Jakim cudem go nie trafiłem, nie wiem, ale jego obraz zapamiętałem na całe życie. Po tym objawieniu dochodziłem do siebie dobre pół godziny, a woźnica w tym czasie czmychnął w krzaki wraz ze swoim nieoświetlonym pojazdem.

Bywa jednak, że brak światła pomaga. Wujcio wieczorny obchód gospodarstwa robił po ciemku. Logikę takiego zachowania zrozumiałem dopiero na harcerskich podchodach, kiedy skradanie się do obozu przeciwników wymagało całkowitej niewidoczności. Może ten nocny woźnica też się do kogoś skradał…

– Zapalona zapałka, fascynacja światłem, nieuwaga i raptowne machnięcie ręką! Zapałka trafia w mocno wysuszone środowisko. I co!? I pożar!

W ten właśnie sposób instruktor bhp tłumaczył kursantom wysokie ryzyko związane z niefrasobliwym obchodzeniem się z ogniem. Czy to z rutyny czy z braku wyobraźni ogień błyskawicznie wydostał mu się spod kontroli. Chciał go ugasić napojem z termosu, ale tylko zwiększył płomienie. Gdyby nie nic niewiedzący słuchacze, pożar opanowałby z pewnością cały budynek, wzbogacając rubrykę wypadków Ekspresu Wieczornego. W każdym razie uzyskane światło było smrodliwe, ale bardzo widowiskowe, a akcja gaśnicza wręcz imponująca.

W czasie przesilenia letniego Finowie przesyłają sobie światło, rozpalając olbrzymie ogniska na brzegach zatok bałtyckich. Całonocny obrządek wymaga nie tylko ciągłego biesiadowania, ale też opału. Przy śpiewie i tańcach znikają w płomieniach uzbierane pnie, gałęzie a nawet wysłużone meble. Ognisko musi być duże, by światło docierało jak najdalej. Jest to swoisty wyścig z  biesiadnikami z odległych brzegów.

– Tu masz suwaki w czterech kolorach. Przesuń pierwszy…

Przesunąłem czerwony suwak na ekranie iphona, a żarówka pod sufitem pokoju w Seattle zmieniła kolor z białego na czerwony i w miarę przesuwania świeciła intensywniej.

– Taka zabawka. W żarówkach ledowych są chipy. Jakiś Europejczyk napisał aplikację sterującą światłem. Można sobie zmieniać kolory i intensywność.

W Augustowie w latach osiemdziesiątych leżeliśmy na kocach pod pięknie rozświetlonym niebem. Kuzyn miał małą lunetę, dzięki której mogliśmy przybliżać sobie światło gwiazd. Mały problem polegał na tym, że widok optyczny nie zgadzał się z tym rzeczywistym, był jakby lustrzanym jego odbiciem. Powodowało to wiele śmiesznych nieporozumień, ale ogólny czar był podobny do tego, jaki panuje w planetarium Centrum Nauki Kopernik. W Augustowie smagał nas cieplutki wietrzyk, w planetarium delikatnie grana muzyka na żywo. W obu przypadkach wpatrzeni w światła gwiazd wędrowaliśmy w nieznane, gdzieś hen daleko, gdzie pewnie nasi przodkowie pilnują ognisk, by ich światło cały czas  docierało do Ziemi.

Może już rodzi się aplikacja, dzięki której będziemy mogli podróżować pomiędzy światłami, zmieniając ich blask, a czasami nawet je gasząc, by popatrzeć  przez lustro w daleki, realny, świat…

JAJKO

JAJA2.GIF_k

Jajko przypuszczam, że pojawiło się w moim życiu razem z kolejną odmianą diety noworodka.

Kogel-mogel trafiał we mnie łyżeczką łykany na pewno w tempie błyskawicznym aż do łapczywego wylizania resztek.

Urodziłem się na przedmieściach Warszawy, gdzie kury były prawie w każdym domostwie.  Te wszędobylskie nieloty, kiedy tylko poczuły swój matczyny instynkt, potrafiły znosić jaja w ukryciu. Poszukiwania były fascynujące… Kura obwieszczała narodziny zanosząc się gdakaniem, czyli wskazywała w przybliżeniu miejsce. Bywały jednak kury cwane. Te poddawane były szczegółowej obserwacji włącznie z macaniem palcem wskazującym. Nie pamiętam, czy tego odpowiedzialnego zajęcia nauczyły mnie babki, czy rówieśnicy. Pamiętam jednak, że zbyt mały palec nie zawsze potrafił z sukcesem spenetrować  przyrząd nośny ptaka.

Wiejskie poszukiwania jaj odbywały się na nieporównywalnie większą skalę. Wtedy nauczyłem się spijać surowe jaja. Taki posiłek, bez konieczności odwiedzania domu, ratował niejedną wiejską przygodę. Nie pamiętam, żebyśmy się obrzucali jajami, ale to chyba wynikało z ogólnego szacunku do jedzenia. Poza tym jaja skupowała sklepowa, a to już były wymierne korzyści.

Jaja faszerowane… Te wszystkim dzieciakom smakowały, do tego stopnia,  że nazywaliśmy je lodami…  A jeszcze takie utytłane w drobno pokrojonym wiosennym szczypiorku… Pycha!

Tuż przed pójściem do podstawówki byłem na koloniach w Poroninie. Przy ognisku pożegnalnym rówieśnicy odgrywali skecz. Fabuła dość skomplikowana. Żart polegał  na tym, że jeden z aktorów chował cztery kurze jaja pod harcerską czapką na swojej głowie. Współaktor, zdziwiony wyglądem podniesionej czapki, uderzał w nią dłonią i następował spektakularny wyciek surowej jajecznicy ku wielkiej uciesze gawiedzi. Chóralne wołanie o bis nie przyniosło uciesznej powtórki, bo po pierwsze, nie było więcej rekwizytów, a po drugie, aktor zaczynał krzepnąć.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych w jakiejś magicznej książce wynalazłem sztuczkę wpychania jaja do butelki po mleku. Problem polegał na tym, że otwór był za mały. Wystarczyło jednak jajo namoczyć w occie, a skorupka miękła i całość bez problemu dawała się wcisnąć do środka, przynosząc wygraną w zakładach.

W książce była również propozycja konkursu zbicia jaja miską. Podstęp polegał na umieszczeniu celu w rogu ścian i podłogi.

Jajko na miękko… Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić bardziej pyszne śniadanie? Otóż chyba tak, ale nie u nas, tylko np. w stanie Newada na zachodnim wybrzeżu USA. Znalazłem się tam z rodziną w 2014 roku. Upał 40*C. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę bladym świtem. Gospodyni pensjonatu pyta:

– Czy życzą sobie Państwo na śniadanie jaja?

– Tak. Bardzo prosimy –  gotowane na miękko.

Starsza pani idzie do kuchni i bardzo długo z niej nie wychodzi… Po jakiejś chwili słyszymy rozmowę telefoniczną:

– Mam gości z Europy… Oni chcą jajka gotowane na miękko…  Jak się to robi???

Ratunek był pokrętny, bo jajka dostaliśmy obrane, podane na talerzu i oczywiście na twardo.

W dalszej części podróży, bywając  w restauracjach, z ciekawości dopytywaliśmy się o jajka  na miękko.  Pytanie wprowadzało zamieszanie. Ktoś nawet stwierdził, że u nich gotuje się wyłącznie na twardo.

Jajecznica na maśle ze świeżo zebranymi kurkami – to jest to! W Gąsiorowie, nad Zalewem Zegrzyńskim, w latach osiemdziesiątych,  zjechała się nas spora wycieczka. Poszliśmy na grzyby, postanawiając rezultat  zamienić w przepyszną jajecznicę. Trwało to bardzo długo, bo gaz w butli był na ukończeniu, a patelnia ogromna. Oczekujący, rozdrażnieni zapachem, obstawiali zakłady, czy danie kiedykolwiek będzie gotowe. Powolna obróbka cieplna wpłynęła jednak korzystnie na potrawę, która podana zniknęła w kilka razy szybciej niż trwało jej przygotowanie.

Pod koniec lat siedemdziesiątych trafiło mi się zamówienie życia, chociaż nie z mojej branży. Niemiecki hurtownik poszukiwał kilku tysięcy pisanek. Pisanka rzecz prosta, ale taka ilość już nie. We wstępnych przygotowaniach ustaliłem, że mamy w kraju dużo cukierni, a one wykorzystują przecież dużą ilość jaj… Należało jedynie przekonać cukierników, by nie rozbijali skorupek, tylko robili wydmuszki. Obmyśliłem rodzaj karuzeli, na której jaja pozbywałyby się swoich wnętrzności przy pomocy siły odśrodkowej. Teoretyczne przygotowania zajęły tak dużo czasu, że, na szczęście dla mnie, hurtownik przerzucił zamówienie do kraju, gdzie praca ręczna była jeszcze niżej opłacana, niż u nas.

Jaja wyzwalają w niektórych talenty plastyczne, szczególnie na Wielkanoc. Samo gotowanie, w łupinach cebul, w burakach, w kurkumie, w liściach czerwonej kapusty, daje  ciekawe efekty. Niektórzy jeszcze potrafią wydrapywać finezyjne wzorki. Mnie z tej okazji nazywano nawet Łowiczanką…

Jestem  przekonany, że misternie zdobione pisanki, kraszanki  pojawiać się będą jeszcze długo w naszych koszyczkach, a jaja gotowane, smażone, faszerowane będą smakować dalej kolejnym pokoleniom niezależnie od szerokości geograficznej, w której się znajdziemy.