Teresa Wilman-Varga 2005

Piętnaście, szesnaście lat temu odwiedziła mnie starsza, dystyngowana kobieta, ubrana bardzo sportowo. Okazało się, że życie spędziła w Ameryce Południowej pracując w dyplomacji. Zakochana w glinie po powrocie do kraju zaczęła intensywnie lepić. Przy kawie prowadziła mnie po odległym kontynencie. Pokazywała zdjęcia swoich prac. Oryginały zobaczyłem w Galerii CDN Magdy Semilskiej. Galeria mieściła się w warszawskiej Radości i była miejscem zaczarowanym… Godzinami można było wyszukiwać coraz ciekawsze prace rozmawiając z właścicielką o każdej z nich. Takiej atmosfery i takiej ilości dobrej ceramiki nie spotkałem w innej galerii…
Całość:

Aleksandra i Bogusław Dobrowolscy. Warszawa 2005

To jedna z ciekawszych wystaw ceramiki jaką oglądałem.
Poznaliśmy się w Orońsku. Kiedy usłyszałem, że jest tam ciekawa pracownia ceramiki, pojechałem i bywam tam kiedy tylko jestem w pobliżu. Intrygujące miejsce, piękne plenery, zaskakujące wystawy a przede wszystkim ciekawi ludzie. Warto tam zaglądać.
Warszawa 2005.

Ponurzyca 2003. Plener Stanisława Tworzydło

Moja pierwsza wizyta w Ponurzycy na plenerze  Stanisława Tworzydło. To wtedy dostałem do rozpowszechnienia rysunek pieca raku na drewno. Opis był w języku węgierskim. Doliczyłem się około 60. postawionych takich konstrukcji własnoręcznie i pod „nadzorem” internetowym. Stanisław Tworzydło na tym plenerze testował już piec gazowy, który również szybko przyjął się w naszym środowisku.

https://zcp-foto.blogspot.com/2020/04/blog-post_29.html

Studio Miniatur Ceramicznych Małgosi i Marka Ruff. Warszawa 2004

Publikując w 2004 roku ten fotoreportaż napisałem, że pracownia Małgosi i Marka jest najmniejszą w kraju. Może z tego powodu po jakimś czasie Marek poznał mnie z rzeźbiarzem, który swoją pracownię miał w budce strażnika parkingu (1,5m x 1,5m)…
Pod szyldem Otwartej, Niezależnej Grupy Ceramików Kaktus byliśmy pierwszymi ceramikami na Święcie Ceramiki w Bolesławcu. Pomogliśmy Ewie Zbroi (głównej organizatorce) wpuścić do Bolesławca ceramikę spoza regionu. Grupa Kaktus przeobraziła się w Niezależną, Otwartą Grupę Ceramików C², by ostatecznie stać się Związkiem Ceramików Polskich.
Przejeździliśmy z Małgosią i Markiem kawałek kraju, przegadaliśmy niejedną chwilę. Łezka w oku się kręci, gdy odnajduję takie zapisy historii jak ten fotoreportaż.

Pełna fotorelacja:

https://zcp-foto.blogspot.com/…/pracownia-magosi-i-marka-ru…

BIENNALE CERAMIKI Bornholm 2006

Bornholm. Byłem tam rowerem w 2007 roku. Samochód zostawiliśmy u kolegi w Świnoujściu. To piękna wyspa i nie dziwię się Ani Kligert, że razem z siostrą wybrały ten zakątek Bałtyku. Wyspa aż kipi ceramiką i szkłem. Pracownie, galerie,  kawiarenki, wędzarnie rybne i muzyka nie tylko morza, ale i ta tworzona przez człowieka… Ania namówiła nas na obejrzenie kultowego filmu. Przybliżyła nam jego treść, byśmy poradzili sobie z odbiorem duńskiej wersji. Fabuła mówił o rybakach z wyspy, którzy na skutek przepisów unijnych stracili miejsca pracy. Kołem ratunkowym dla głównych bohaterów okazała się ceramika. Biennale ceramiki jest na wyspie od 2006 roku. Dzięki Ani możemy je podziwiać jeszcze dziś.

PEŁNA FOTORELACAJ:

https://proceramika.blogspot.com/2020/04/bienale-ceramiki-bornholm-2007-foto.html

Ceramika z Tunezji. Warszawa ME-2004

Ta relacja powstała w prawdziwie reporterskim tempie. Od rana wydzwaniałem żeby się dowiedzieć, czy mogę ją zrobić. Po zrobieniu zdążyłem jeszcze tego samego dnia ją przygotować i opublikować. (Był również tekst). Dzisiaj normalność, ale 16. lat temu to był wyczyn. Komputer niechętnie obrabiał fotki, modem uwielbiał zrywać połączenie internetowe, a czas oczywiście gonił   
Fotorelacja stała się punktem zwrotnym w moim życiu, ale tej opowieści już nie ma.Ceramikę w Tunezji wyrabiały przede wszystkim kobiety.

Muzeum Etnograficzne W Warszawie

Całość:
https://proceramika.blogspot.com/…/tradycyjna-ceramika-z-tu…

CEGIELNIA W MARKACH k.Warszawy. 2003

W 2003 roku postanowiłem zorganizować Czwartki Ceramiczne, czyli spotkania ceramików poznanych wirtualnie w świecie rzeczywistym. Wybrałem na te spotkania nieistniejącą już herbaciarnię TeeArt  na warszawskiej Starówce przy ul. Bednarskiej. Pomyślałem, że  na stoliku muszę umieścić jakiś znak rozpoznawczy. Wybór padł na cegłę. Pojechałem do cegielni w Markach k. Warszawy. – Chciałem kupić dwie pełne cegły… Na twarzy rozmówcy zobaczyłem najpierw mocne zdziwienie, potem szczery uśmiech … – Niech pan weźmie nawet dziesięć. Wszystkie gratis.

Postanowiłem w jakiś sposób zrewanżować się i tak powstał poniższy fotoreportaż. Przypuszczam, że ani właściciel, ani pracownicy nie obejrzeli go nigdy, bo internet na pewno nie był ich światem 🙂 Dzisiaj w Markach nie ma już żadnych cegielni… Za swojej świetności te firmy zaopatrywały w glinę  pracownię ceramiki w warszawskiej ASP, pracownie szkolne, pracownie domów kultury i indywidualnych ceramików. Z tego co wiem, to właściciele nie brali za glinę pieniędzy… – To ziemia nam ją daje. Jest tak samo nasza jak i wasza…

Po jednej cegielni został jeszcze komin…  Przez ostatnie dwadzieścia lat zrobiłem kilka tysięcy zdjęć około ceramicznych. Umieszczałem je na bezpłatnych blogach, a te z różnych powodów zniknęły. Na szczęście zapisywałem wszystko w swoich archiwach i dzisiaj, w dobie koronawirusa, postanowiłem uporządkować te obszerne zbiory. W ten sposób odnalazłem m.in. tę cegielnię… Fotoreportaż stał się zapisem historii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

KWARANTANNA

 

kwarantanna4

22 dni, 3130 km z hakiem, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Niemcy, Polska, dwa razy Bałtyk z ekscytującą nutką sztormu, a na zakończenie kwarantanna…

Właściwie nie kwarantanna a wykłócanie się o nią. Z całego systemu prawidłowo zadziałała jedynie rodzina, znajomi i kot. Ten ostatni przywitał nas czule dając do zrozumienia, że miska już dawno  pusta. Zjadł i z wrodzoną wyniosłością legł na kanapie.

My, z bagażem przygód, po nieprzespanej nocy, z trzydziestoma  jajami z wolnego wybiegu nabytymi przy A2, z perspektywą przeżycia na nich najbliższych 15 dni, wzięliśmy kąpiel i wzorem kota poszliśmy spać. Udało się to zrobić jeszcze we wspólnym łóżku i w normalnej małżeńskiej odległości, bo podobno już niedługo trzeba będzie dystans korygować do dwóch metrów.

Obudziła nas TVN24 i już nie puściła, sycąc najnowszymi wiadomościami z frontu, który od 13 marca deptał nam po piętach.

Podstawowa komórka społeczna siostrzenicy wspomagała nas już od następnego dnia tj.18.03 troskliwiej niż policja. Ta wpadła na nasz trop dopiero 22-giego … Może to zbyt obszerne określenie „nasz trop”, ponieważ ja pozostawałem w konspiracji. Teoretycznie zostałem w NRD. Samochód sam przywiózł małżonkę do domu.

W realu oglądałem TV w towarzystwie kota i żony, piekłem chleb, ciasta, spożywałem wymyślnie przez żonę zrobione dania, mierzyłem dwa razy dziennie temperaturę i serfowałem po Internecie, ale wirtualnie mnie nie było…

Od 22-ego systematycznie wyskakiwałem przez okno do naszej przemiłej policji  krzycząc: -A kuku!

Ale odpowiedź zawsze była ta sama: – My pana nie mamy w wykazie! My się z panem nie bawimy!

Stałem się obywatelem nikt, mężem na łasce żony, kuzynem dokarmianym bezdotykowo, kumplem pocieszanym przez telefon… Taki status zawsze był moim marzeniem, ale gdy nastał zirytował mnie okropnie. Apogeum nastąpiło kiedy nie chciało mi się zrobić a kuku,  policji nie chciało się powiedzieć, że się ze mną nie bawią, a żonie nie chciało się krzyknąć, że jeszcze mąż…

– Wszystko u pani ok!? – Tak, dziękuję, wszystko w najlepszym porządku!

No, szlag mnie trafił. Ja mogłem sobie zapomnieć, ale żona? Następnego dnia wszystko wróciło do normy. – A kuku! – A, my się z panem nie bawimy! – Ale mąż ze mną przekraczał granicę!

– Przykro nam, nie mamy Pani męża w wykazie!

Przyszedł czas końca tej żenującej zabawy. Z kotem i z żoną podliczyliśmy skrupulatnie stan karmy. Przeliczyliśmy ilość dni naszej domowej wegetacji i okazało się, że kwarantanna zakończona.

Policja nie uwierzyła.

– Nic podobnego. My tu mamy od 22. marca do 4. kwietnia! – A kuku!? – A z panem się nie bawimy!

Błyskawicznie zawiązaliśmy Domowy Sztab Antykryzysowy telefonując po wszystkich możliwych urzędach. Kot dodatkowo przegłosował kilka połączeń z Organizacją Ochrony Zwierząt, twierdząc, że cała ta sytuacja wywarła piętno na jego psychice…

Ponad 100 telefonów, 30 maili i życie zaczęło się klarować.

– Na granicy uznano pana za kierowcę tira.

(Cholera, to jakieś czary… Moim marzeniem jest prawo jazdy kat. C…)

Uważam, że całe zamieszanie to wynik wywiania mojej deklaracji z podłogi otwartego busa, czyli z polowego biura Straży Granicznej w Kołbaskowie. Mogli dokumenty przycisnąć chociaż karabinem…

Druk, który udało nam się pozyskać internetowo na bałtyckim promie, po przebytym sztormie, najwyraźniej poczuł się wilkiem morskim i nie chciał leżeć w stosie lądowych papierzysk.

W każdym razie w wyniku działalności Domowego Sztabu Antykryzysowego przywrócono moją osobowość i oficjalny związek małżeński. Zacząłem znowu istnieć i to w dodatku na wolności.

Policja przestała się nami interesować.

Zauroczony nowymi okolicznościami postanowiłem odbyć pierwszy spacer poza granice kwarantanny. Wolność czekała, było ciemno i obraz jakoś tak drżał… Szybko ustaliłem, że drżenie pochodzi od łydek. Przytrzymałem się płotu, wibracje ustały. Na ulicy żywego ducha… Postąpiłem krok do przodu. Kurczę, co w tym chodzeniu ma być przyjemnego? Odwróciłem się i szepnąłem:  Droga wolna… Kot spojrzał na mnie z politowaniem. Żony nie było. – Radiowóz! Kryć się! Skoczyłem pod drzewo wtulając się w jego pień. Przejechali… Z komina pobliskiego domu unosił się znajomy swąd. Plastik, płyta paździerzowa, szmaty…? Zaciągnąłem jednorazową maseczkę i postanowiłem wracać. – Cholera! Furtka zatrzaśnięta… Dzwonię. – U mnie wszystko w porządku panie władzo. Już podchodzę do okna. – To ja! – Jaki ja? –Twój mąż! – Hasło! – Nie pamiętam! – Data ślubu! – Niech pomyślę… – Ok, wchodź.

Uf, udało się, wróciłem. Kot spał na kanapie jakby w ogóle nie wychodził, TVN24 nadawało newsy, czajnik szczytował.

Wszystko wróciło do normy.